Większość ludzi nie wierzy w Boga – i jest im z tym dobrze. Tak wygląda dziś rzeczywistość na Zachodzie, tak w coraz większej mierze wygląda też Polska. Czy da się coś z tym zrobić i odzyskać albo pozyskać na nowo większość społeczną dla Kościoła?
Książka Jana Loffelda
W 2024 roku ukazała się w Niemczech książka księdza Jana Loffelda poświęcona problemowi funkcjonowania Kościoła w zeświecczonym społeczeństwie. Praca wywołała ogromne poruszenie, bo podważyła wiele założeń przyjętych przez katolików za absolutnie obowiązujące. Jan Loffeld jest kapłanem z diecezji Münster w zachodnich Niemczech. Zajmował się tam duszpasterstwem, między innymi wśród studentów. Od lat pracuje jako profesor teologii praktycznej w holenderskim Utrechcie, na Uniwersytecie Tilburga. Z racji na holendersko-niemieckie milieu, w którym funkcjonuje, książka Loffelda jest w pierwszej mierze wyzwaniem dla katolików progresywnych. Choć sam autor nie zdradza szczególnych sympatii konserwatywnych, w swojej książce dokonuje fundamentalnej dekonstrukcji założeń postępowego katolicyzmu, który upatruje szansy na zachowanie żywotności Kościoła w reformach. Lekcję z jego pracy mogą jednak wyciągnąć również katolicy tradycyjni. Obserwacje i uwagi Loffelda odnoszą się po prostu do dzisiejszego społeczeństwa, matrycy wszystkich katolików – czy to liberalnych, czy konserwatywnych. W swoim istotnym znaczeniu twierdzenia autora obalają zresztą nie tylko progresywne, ale też konserwatywne nadzieje.
Wesprzyj nas już teraz!
Książka nosi prowokacyjny tytuł „Wenn nichts fehlt, wo Gott fehlt. Das Christentum vor der religiösen Indifferenz” (pol. „Kiedy nie brakuje niczego, gdy brakuje Boga. Chrześcijaństwo wobec religijnej obojętności”). Nie została jeszcze wydana w Polsce, ale z racji na jej poczytność za Odrą być może któreś z wydawnictw zdecyduje się na przekład.
Z racji na wagę książki Jana Loffelda dla debaty, która toczy się dziś zarówno w Niemczech jak i w Holandii, postanowiłem rzecz przeczytać i zaprezentować w tym tekście. Obserwacje autora wydają mi się w wielu aspektach trafne. Są w swoich głównych liniach zgodne ze sposobem, w jaki sam patrzę na przyszłość chrześcijaństwa w Europie i Polsce. Nie mogę ręczyć za ich nieomylność – ale uważam, że zapoznanie się z myślą Loffelda może być twórcze, nawet jeżeli ktoś miałby ją w ostateczności odrzucić. W poniższych akapitach omawiam kilka tez Loffelda. Nie czynię tego w sposób zupełnie ścisły: książka niemiecko-holenderskiego autora jest wprawdzie objętościowo szczupła (niespełna 190 stron), ale niezwykle zwarta w sposobie wyrazu. Staram się jednak adekwatnie zaznaczyć, gdzie piszę o tezie autora, a gdzie przedstawiam własną refleksję.
Ludzie nie chcą Boga i są szczęśliwi
Pierwsza i z mojej perspektywy zasadnicza teza Jana Loffelda brzmi: ludzie nie potrzebują Boga. Nie w tym sensie, oczywiście, by go rzeczywiście nie potrzebowali – ale w praktyce ludzie potrafią organizować sobie życie bez Boga w sposób zupełnie ich zadowalający. Loffeld przytacza dane z Niemiec, Holandii, Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii. Wszędzie wzrasta liczba tak zwanych apateistów – ludzi, którym kwestie religijne są po prostu całkowicie obojętne. Po angielsku nazywa się ich często „nones” – nie wyznają żadnej religii, nie przynależą do żadnej tradycji duchowej, a co kluczowe, nie chcą wcale tego zmieniać; nie odczuwają po prostu żadnej potrzeby życia w zgodzie z praktykami jakiejkolwiek religii. Są z gruntu religijnie obojętni – i całkiem zadowoleni. Autor cytuje młodego Holendra, który odpowiadał na pytania o sens życia w jednym z badań socjologicznych: „uważam, że moje życie nie ma żadnego sensu i jest mi z tym bardzo dobrze”. Katolicy – zarówno progresywni jak i konserwatywni – uważają zwykle, że to swoista maska, bo Bóg jest ostatecznym celem człowieka. Św. Augustyn powiedział, że ludzkie serce jest niespokojne, dopóki nie spocznie w Bogu. W ocenie Jana Loffelda to wszystko jest prawdziwe w sensie teologicznym, ale w praktyce jest jednak inaczej. Człowiek – zwłaszcza człowiek współczesny – nie wykazuje w masowej skali tęsknoty do transcendencji, rozumianej jako pragnienie spotkania z Bogiem-Osobą. Zamiast o dążeniu transcendentnym należy raczej mówić o dążeniu do okazyjnego „samoprzekraczania” (niem. Selbsttranszendierung). Innymi słowy, ludzie mają potrzebę „wyjścia poza siebie”, ale to może odbywać się i faktycznie odbywa się w najrozmaitszych formach. Dla niektórych momentem „samoprzekroczenia” jest joga. Dla innych medytacja. Dla jeszcze innych – długi spacer w lesie; sposoby odpowiadania na pragnienie „samoprzekroczenia” można mnożyć nieledwie w nieskończoność. Udział w praktykach religijnych jest tylko jedną z możliwych dla człowieka odpowiedzi – i nie jest wcale oczywisty, przede wszystkim dlatego, że jest trudny. Komfortowe życie w postawie apateizmu, od czasu do czasu spełnianie tęsknoty do „samoprzekroczenia” w wybrany, para-religijny czy zgoła czysto świecki sposób – oto model, który odpowiada większości ludzi. Loffeld podkreśla, że typowe dla katolików twierdzenie, jakoby życie bez Boga prowadziło w konieczny sposób do poczucia nieszczęścia, nie jest udokumentowane – to założenie. Zgodnie z badaniami socjologicznymi najwyższy poziom zadowolenia z własnego życia deklarują mieszkańcy państw skandynawskich – jednych z najbardziej zsekularyzowanych państw na świecie. Nie należy przez to rozumieć, że istnieje pozytywna zależność między szczęściem a brakiem religii – ale że nie istnieje odwrotny konieczny związek.
Ktoś mógłby twierdzić, że Loffeld się myli i przytaczać takie czy inne wyniki badań. Nie ważę się podejmować żadnej dyskusji socjologicznej. Mogę tylko zauważyć, że spostrzeżenia autora książki „Wenn nichts fehlt, wo Gott fehlt” wydają mi się być dość zbieżne z sytuacją duchową człowieka starożytnego, co uprawdopodabnia słuszność jego tezy. Grecy i Rzymianie zbudowali własne cywilizacje, choć nie mieli perspektywy szczęśliwego życia wiecznego. Grek kochał życie, bo zgodnie z ówczesnymi wyobrażeniami egzystencja po śmierci była jakimś tylko lichym cieniem ziemskiego istnienia. Żadnej perspektywy Raju, żadnej perspektywy spotkania z miłującym Bogiem. Podobnie u Rzymian – żadnego zbawienia. Z bogami należało żyć dobrze, ale odnoszono się do nich jako do nieusuwalnych sił naturalnych albo kosmicznych, z którymi po prostu trzeba się ułożyć, by uniknąć nadmiernych problemów. Z perspektywy chrześcijańskiej życie przeciętnego Greka i Rzymianina było bardzo podobne do życia współczesnego apateisty („nones”). Pomimo braku znajomości Boga, zarówno Grecy jak i Rzymianie byli w stanie wytworzyć własną, żywotną cywilizację.
Dobre duszpasterstwo? To nie działa
Drugą tezą Loffelda, nieco bardziej praktyczną, jest stwierdzenie braku znaczenia skuteczności duszpasterstwa dla pozyskiwania wiernych. Autor stara się rozwiać złudzenia wszystkich niemieckich progresywnych katolików, którzy upatrują szansy na zachowanie żywotności Kościoła w przeprowadzeniu strukturalnych reform, mających poprawić funkcjonowanie struktur. Odwołując się przede wszystkim do własnego doświadczenia duszpasterskiego, zarówno z Niemiec jak i z Holandii, Loffeld stara się pokazać: to po prostu nie ma znaczenia. Ludzie odpływają ze wszystkich parafii – zarówno tych, w których poziom duszpasterstwa i strukturalna organizacja pozostawiają wiele do życzenia, jak i z tych, które funkcjonują naprawdę doskonale. Zaangażowany ksiądz, który głosi dobre kazania; wysoko rozwinięte duszpasterstwo z bogatą ofertą dla ludzi różnych grup – wierni i tak odchodzą. Przyczyna tego odchodzenia jest wszędzie taka sama: to brak wiary w Boga i/lub brak wiary w Kościół jako szczególną przestrzeń, w której Bóg jest obecny. Autor książki „Wnn nichts fehlt, wo Gott fehlt” odwołuje się też do wywiadów z ludźmi, którzy uczestniczą okazjonalnie w praktykach religijnych – na przykład z okazji chrzcin, wesel czy pogrzebów. Bywa, że są nabożeństwami zachwyceni, tak wspaniała jest ich organizacja i cała oprawa. Po wyjściu z kościoła mówią, że gdyby w ten sposób wyglądało codzienne duszpasterstwo, częściej chodziliby do kościoła. Według Loffelda mówią tak tylko pod wpływem chwilowego wrażenia: tak naprawdę nie są jednak zainteresowani regularnymi praktykami religijnymi. Nie tylko dlatego, że uroczystego poziomu liturgii chrzcielnej czy weselnej nie da się utrzymać w każdą niedzielę, ale przede wszystkim dlatego, że nie mają żadnej motywacji. Poszli do kościoła na chrzciny, wesele lub pogrzeb, bo są to szczególne „momenty przejścia”, w których ludzie poszukują jakiegoś szczególnego podkreślenia ich wagi. Nie ma to nic albo tylko niewiele wspólnego z wiarą w Boga. W codziennym życiu taka motywacja nie występuje, a skoro nie ma wiary – nie ma praktyk. Choćby duszpasterstwo było najlepsze, kościoły się nie zapełnią. Choćby struktury zostały przebudowane w niemal idealny sposób, niczego to nie da.
Co więcej, według Loffelda nieistotna jest nawet praktyka charytatywna. Badania pokazują, że wielu Niemców ceni sobie charytatywne zaangażowanie Kościoła. Są nawet gotowi wesprzeć je finansowo. Nie ma to jednak żadnego związku z wiarą – za sprawą charytatywnego zaangażowania Kościoła nie zaczynają wierzyć w Boga, a jeżeli nawet w Niego wierzą, nie zaczynają wcale uznawać Kościoła za szczególną przestrzeń pod kątem budowania relacji z Bogiem.
Czy ta teza Loffelda ma znaczenie dla konserwatystów?
Choć autor o tym nie pisze, uważam, że to prawdopodobne – w dwóch wymiarach. Po pierwsze również katolicy konserwatywni uważają, że strukturalna reforma Kościoła mogłaby w znaczący sposób pomóc w odzyskiwaniu czy pozyskiwaniu na nowo ludzi dla wiary. Rozumieją przez to często coś innego, niż progresiści, ale mechanizm jest przecież ten sam. Progresiści chcą atrakcyjnej liturgii dostosowanej do gustów estetycznych współczesnych ludzi, silniejszego zaangażowania świeckich i kobiet w życie kościelne i tak dalej. Konserwatyści – poprawy jakości muzyki liturgicznej, bardziej pobożnego wystroju kościołów, podniosłej i eleganckiej liturgii, zwłaszcza w tradycyjnym rycie rzymskim. Zgodnie z ujęciem Loffelda, to wszystko nie ma jednak znaczenia: apateista nie zostanie przez to przekonany do religii. Człowiek, który został wychowany w środowisku niereligijnym, może z sympatią spojrzeć na widowiskową liturgię progresywną i różnorodne płciowo duszpasterstwo; z drugiej strony może z zadowoleniem przyjąć jakby średniowieczną pietas tradycyjnej liturgii i poczuć się w gotyckim kościele uwznioślony – ale nie zdecyduje to o przemianie jego życia, będzie co najwyżej jednym z momentów „samoprzekroczenia”. Oczywiście teza Loffelda nie wyklucza, że w poszczególnych, indywidualnych przypadkach stanie się inaczej i jakiś człowiek, wcześniej niezaznajomiony z Kościołem, dzięki pięknu tradycyjnej liturgii odkryje nagle Boga i Kościół. Chodzi o sceptycyzm wobec bardziej masowej skali oddziaływania jakichkolwiek strukturalnych reform.
Podsumowując tę refleksję, którą opieram na generalnej tezie Loffelda:, jeżeli progresista mówi, że ksiądz musi nagrywać wesołe filmy na tik-toku, żeby przyciągnąć młodych, to całkowicie się myli. Jeżeli konserwatysta mówi, że ksiądz musi być chodzić zawsze w sutannie i zachowywać religijną powagę, by pozyskać ludzi dla wiary, również się myli. Jedno może być z perspektywy moralnej, teologicznej czy historycznej bardziej właściwe niż drugie, ale ani jedno, ani drugie nie ma samo w sobie istotnego znaczenia dla siły ewangelizacyjnej.
Jak głosić Ewangelię?
Loffeld zastanawia się, jak w tej sytuacji skutecznie głosić ludziom Ewangelię. Nie znajduje jednak dobrej odpowiedzi. Owszem, profesor z Tilburga przedstawia różne propozycje, ale sam jest świadomy ich ograniczonego potencjału: to na przykład wskazywanie na siłę przebaczenia i zdolność do wzbudzenia postawy pojednania z własnym życiem, wyjątkową dla chrześcijaństwa. Jan Loffeld uważa, że co do zasady należy nastawić się na dalsze postępy sekularyzacji – także w takich krajach, jak Stany Zjednoczone, które dziś są jeszcze mniej zeświecczone niż Holandia, Niemcy czy Wielka Brytania. Możemy powiedzieć, że dotyczy to także Polski – badania socjologiczne prowadzone w naszym kraju pokazują, że sekularyzacja nad Wisłą jest bardzo dynamiczna, a młode pokolenie rzeczywiście odchodzi od Kościoła. Co ciekawe, dotyczy to ludzi o bardzo różnych przekonaniach politycznych. CBOS przedstawił niedawno badanie dotyczące sympatyków Korony Grzegorza Brauna – partii, która teoretycznie powinna skupiać ludzi bardzo religijnych. Okazuje się, że największą grupą sympatyków są ludzie niepraktykujący, a wraz z praktykującymi tylko sporadycznie stanowią zdecydowaną większość. Sekularyzacja dotyka Polaków o różnym światopoglądzie, zarówno lewicowym jak i prawicowym.
Co zatem robić? Jak skutecznie głosić Ewangelię światu? Jak zadbać o chrześcijańską tożsamość narodu i państwa, którą zagwarantować może tylko faktyczna religijność Polaków? Czy jest to w ogóle możliwe, skoro żyjemy w wolnościowym porządku demokratycznym? Na przestrzeni wieków chrześcijaństwo niemal całkowicie pokrywało się z kulturą – bycie w Kościele było czymś oczywistym i niekwestionowanym. Dzisiaj jest niemal dokładnie odwrotnie – aktywne zaangażowanie w życie religijne jest czymś nieoczywistym i powszechnie kwestionowanym. Społeczeństwo premiuje indywidualizm – różnego rodzaju kolektywne struktury przymuszania jednostki do wpasowania się w powszechnie obowiązujący paradygmat religijny nie istnieją. Zdaniem Loffelda ta dominacja paradygmatu wolnościowego w sposób totalny zmienia perspektywę ewangelizacyjną. Czy więc bez kulturowego albo państwowego przymusu da się przywrócić chrześcijańską większość?
Przedstawiam własną próbę odpowiedzi, tylko inspirowaną Loffeldem, ale przez niego nie podnoszoną. Zwraca moją uwagę odrębność sytuacji amiszów w Stanach Zjednoczonych oraz niektórych muzułmanów żyjących w Europie. Obie grupy żyją w wolnościowym porządku demokratycznym – tak samo jak chrześcijanie. Nie tracą jednak członków na tę samą skalę. Wśród amiszów odsetek dzieci porzucających swoją religijną wspólnotę jest znikomy i grupa cały czas się rozwija. Wśród muzułmanów rzeczywistość jest bardzo złożona – czymś zupełnie innym jest osadzona od dekad w Niemczech turecka rodzina, czymś innym przybyła niedawno rodzina syryjska. Generalnie jednak wśród muzułmanów żyjących w krajach zachodnich sekularyzacja jest nieporównywalnie powolniejsza niż wśród chrześcijan. W przypadku obu grup przyczyny mogą być różne, ale chciałbym wskazać na jedną, która, jak sądzę, jest wspólna – i może mieć decydujące znaczenie.
Przede wszystkim: rodzina
Choć zarówno amisze jak i muzułmanie żyją w wolnościowym państwie demokratycznym, to wcale nie to państwo jest ich głównym punktem odniesienia. Nie jest nim również większość społeczeństwa – amisze i muzułmanie tworzą raczej społeczeństwo równoległe. W nim główną rolę odgrywa rodzina – to ona jest zasadniczym punktem odniesienia, to ona daje bazę pod kształtowanie całego życia. Porzucenie własnej religii wiąże się w obu przypadkach z ostracyzmem – postawieniem się poza rodziną, a to oznacza bardzo poważne problemy. Amisze prowadzą specyficzny sposób życia, którego nie da się skutecznie realizować poza własną wspólnotą. Muzułmanie w zachodniej Europie nie uczestniczą w tym samym stopniu co chrześcijanie czy neopoganie w głównym nurcie życia społecznego, ekonomicznego i politycznego – gdyby porzucili strukturę rodzinną i zdecydowali się funkcjonować na zasadach indywidualnych, byłoby im po prostu życiowo bardzo trudno. Innymi słowy, w obu przypadkach to silna rodzina, która wypracowuje zwarty model wspólnego życia gwarantujący relatywny sukces wszystkim jej członkom, pozwala na zachowanie tożsamości religijnej.
Czy przeniesienie tego modelu na chrześcijan jest możliwe? Nie, w skali 1:1 to całkowicie wykluczone. Katolicyzm uniemożliwia separację od społeczeństwa. Przeciwnie, zakłada aktywne życie w społeczeństwie, nawet jeżeli jest ono niechrześcijańskie. Narzuca się zatem tylko jedna możliwość: zawężenia perspektywy do spójności rodzinnej. Z racji na fakt, że chrześcijanie na Zachodzie mają wielką łatwość w porzuceniu własnej rodziny i oparciu życia na zasadach indywidualnych, żadna, nawet najbardziej zwarta struktura rodzinna, zbudowana na silnej tożsamości religijnej, wielodzietności i zasadzie pomocniczości, nie pozwoli na uzyskanie strategicznej gwarancji wysokiego stopnia zachowania tożsamości religijnej w kolejnych pokoleniach.
Być może jednak – podkreślam, że tylko być może – bardzo ścisłe związanie funkcjonowania rodziny z religią przy jednoczesnym otwarciu rodzin na posiadanie wielu dzieci pozwoliłoby na długoterminowe ograniczenie siły procesów sekularyzacyjnych i w związku z tym na zachowanie przynajmniej jakichś elementów chrześcijańskiego ładu w państwie. Wiele katolickich rodzin o silnej tożsamości religijnej z licznymi dziećmi – to szansa na zwiększenie odsetka zaangażowanych chrześcijan w całości społeczeństwa. Nie jest to model ewangelizacji rozumianej jako wychodzenie na zewnątrz – wprost przeciwnie, to raczej model skupienia się na posiadanych już przez Kościół zasobach i wykorzystaniu ich do maksimum. Nie wiem jednak, czy cokolwiek innego jest dziś możliwe – dziś, w czasach powszechnej religijnej obojętności. Stąd moją propozycją odpowiedzi na wyzwanie, jakie stawia przed Kościołem indyferentyzm religijny społeczeństwa, jest skupienie wysiłków na rodzinie: zachęta do wielodzietności i budowania tożsamości tej podstawowej wspólnoty ludzkiej na religijności.
Paweł Chmielewski