W epoce duchowego rozmycia powrót do książki, która mówi wprost: zrozumienie słów Chrystusa wymaga ukształtowania całego życia według Niego, działa jak oczyszczająca kąpiel — zimna, ale uzdrawiająca.
Surowy głos średniowiecza kontra duch XXI wieku
Czy surowy głos średniowiecznego mnicha może być dziś jeszcze drogowskazem dla współczesnego chrześcijanina? W świecie XXI wieku coraz częściej słyszymy, że religię należy „dostosować”: do wrażliwości, do psychiki, do możliwości, do tempa życia. Wiara ma być „życiowa”, „realistyczna”, „na miarę człowieka”.
Wesprzyj nas już teraz!
Na tym tle O naśladowaniu Chrystusa Tomasza à Kempisa brzmi jak głos z innego świata. Nie próbuje się przypodobać. Nie tłumaczy, że „czasy są trudne”. Nie łagodzi Ewangelii. Zamiast tego mówi rzeczy zasadnicze: że życie chrześcijańskie jest drogą, że wymaga decyzji, że pociąga za sobą ofiarę.
Kempis — pięć wieków przed nami — zdaje się odpowiadać na współczesne hasło „dostosuj religię do siebie” jednym zdaniem: dostosuj siebie do Chrystusa. To zderzenie dwóch optyk bywa bolesne. Ale jest też ożywcze. Bo nagle znika mgła półsłówek i niedopowiedzeń. Zamiast elastycznych interpretacji pojawia się jasność.
Ożywcza jasność prawdy: czarne jest czarne, białe jest białe
Jednym z największych problemów duchowości naszych czasów jest brak rozstrzygnięć. Żyjemy w epoce półcieni, w której wszystko można „zrozumieć”, „zrelatywizować”, „zreinterpretować”. Tymczasem O naśladowaniu Chrystusa przywraca logikę Ewangelii: prostą, wymagającą i jednoznaczną.
„Kto Mnie naśladuje, nie będzie chodził w ciemności” — to zdanie stanowi oś całego dzieła Kempisa. Mnich nie dopisuje do niego wyjątków. Traktuje je dosłownie. Albo idziesz za Chrystusem, albo błądzisz. Albo wybierasz światło, albo godzisz się na półmrok.
Dla współczesnego ucha brzmi to zbyt kategorycznie. Ale może właśnie dlatego, że przywykliśmy do duchowej bylejakości. Kempis przypomina, że prawda nie jest kwestią nastroju ani epoki. Jest wymagająca, bo prowadzi do życia. A dusza zmęczona relatywizmem nie potrzebuje kolejnej opinii — potrzebuje punktu oparcia.
Książka nie tylko dla pustelników: samotnia, której potrzebujemy
Często słyszy się, że dzieło Kempisa jest książką mniszą, nieprzystającą do realiów życia świeckiego. To nieporozumienie. Owszem, tekst powstał w ciszy klasztoru, ale właśnie dlatego tak celnie trafia w doświadczenie współczesnego człowieka — przebodźcowanego, rozproszonego, nieustannie zalewanego informacjami. W świecie, w którym niemal nieustannie jesteśmy „online”, O naśladowaniu Chrystusa tworzy przestrzeń samotni — tej, której tak bardzo dziś brakuje.
O naśladowaniu nie wymaga pustelni. Wystarczy kwadrans ciszy. Jeden rozdział. Jedno zdanie, które zostaje z nami na cały dzień. Wielu czytelników praktykowało lekturę losowo — otwierając książkę tam, gdzie „akurat się otworzy”. I odkrywało, że tekst w zadziwiający sposób dotyka aktualnego stanu duszy. Jakby ktoś mówił wprost do wnętrza.
Zarzut pogardy dla świata materialnego również okazuje się uproszczeniem. Anna Kamieńska przypomina słowa Norwida: „Pogardzać wszystkim prócz Boga — jest to w pewnym względzie i Jego samego mieć w pogardzie.” Kempis nie uczy pogardy. Uczy hierarchii. Proponuje porządek, w którym to, co stworzone, jest dobre, ale nie jest Bogiem. Wskazuje, że nie chodzi o nienawiść do świata, lecz o właściwy porządek miłości: to Bóg ma być pierwszy, aby wszystko inne mogło znaleźć swoje miejsce.
Prawda, która nie przemija
Wskazówki, jakie Tomasz à Kempis daje czytelnikowi, nie są owocem konkretnej epoki ani historycznego kontekstu. Wyrastają bezpośrednio z Ewangelii. A to oznacza, że nie mogą się zdezaktualizować. Prawda o tym, czego Bóg oczekuje od człowieka, nie zmienia się wraz z postępem cywilizacyjnym. Zmienia się raczej nasza gotowość, by ją przyjąć.
To my stajemy się letni. Zadowalamy się półśrodkami, duchową namiastką, chrześcijaństwem bez kosztów. Gdy więc wracamy do tekstu, który mówi językiem prostym i bezpośrednim, odbieramy go jako zbyt surowy. Ale ta surowość nie jest cechą Ewangelii. Jest miarą dystansu, jaki nas od niej dzieli.
Kempis działa jak lustro. Nie oskarża. Nie krzyczy. Po prostu przypomina, czym jest droga chrześcijańska. I nagle odkrywamy, jak daleko odeszliśmy — nie dlatego, że świat się zmienił, lecz dlatego, że zgodziliśmy się na kompromis.
Dlaczego surowość Ewangelii nas dziś boli?
Czy prawda o naśladowaniu Chrystusa może być zbyt surowa? To pytanie wraca dziś zaskakująco często. „To za trudne”, „To nierealne”, „To nie na dzisiejsze czasy” — słyszymy. A jednak Chrystus nie zmienił swojego języka. „Niech wasza mowa będzie: tak – tak, nie – nie.”
Surowość Ewangelii zaczyna nas boleć wtedy, gdy przestajemy traktować wiarę jako relację. Bo relacja — każda — wymaga wysiłku. Czasu. Uważności. Gotowości do rezygnacji z siebie. Bez tego nawet najlepiej zapowiadająca się przyjaźń obumiera. Ten kwiat trzeba podlewać. Trzeba rozmowy. Trzeba spotkania. Trzeba trwania. Jeśli przy budowaniu więzi nie ma realnego zaangażowania, staje się pustą deklaracją.
Tomasz à Kempis nie pozwala zapomnieć, że relacja z Chrystusem nie jest metaforą. Jest rzeczywistością. A rzeczywistość bywa wymagająca. Mnich przypomina, że miłość, która nie kosztuje, szybko zamienia się w iluzję. I być może właśnie dlatego jego słowa dziś tak drażnią: bo obnażają iluzję wiary bez krzyża.
Lektura, która staje się rekolekcjami
O naśladowaniu Chrystusa nie jest książką do „przeczytania”. Jest książką do przeżycia. Każdy rozdział przypomina krótką konferencję rekolekcyjną — zadaną wprost sumieniu, bez wstępnych wyjaśnień i bez taryfy ulgowej. To właśnie dlatego lektura tak często przeradza się w osobiste rekolekcje.
Ogromną rolę odgrywa tu polski przekład Anny Kamieńskiej. Wplatając w tekst liczne fragmenty Ewangelii, sprawiła, że głos Kempisa nieustannie splata się z głosem samego Chrystusa. Czytelnik nie ma wrażenia, że czyta komentarz, raczej, że uczestniczy w rozmowie.
Dlatego po tej lekturze rodzi się wewnętrzne poruszenie. Coś zostaje dotknięte. Coś się odsłania.
Głos z XV wieku wzywa: porzuć chaos, wróć do Chrystusa
Żyjemy w epoce chaosu. Nadmiar informacji, sprzeczne narracje, rozmyte autorytety. Nawet w Kościele coraz częściej słyszymy język niepewności, ostrożności, uniku. Na tym tle głos Tomasza à Kempisa brzmi zaskakująco klarownie. Nie analizuje epoki. Wskazuje drogę.
Zdaje się mówić: jeśli nie wiesz, jak odzyskać pokój, pokażę ci, jak naśladować Jezusa. Wsłuchaj się. Czytaj. Nauczę cię cierpliwości. Pokory. Wytrwałości. Przeprowadzę cię przez pokusy, przez rozczarowania, przez momenty duchowej pustki. Ale nie obiecuję, że będzie łatwo. Obiecuję, że będzie prawdziwie.
Kempis nie ukrywa trudności. Jego słowa często brzmią jak nagana. Budzą sumienie. Przywołują do porządku. W świecie, który panicznie unika słowa „musisz”, on używa go bez wahania. I właśnie dlatego jego głos jest dziś tak potrzebny. Bo chaos nie znika od kolejnych interpretacji. Chaos znika wtedy, gdy ktoś odważy się wskazać jedyną drogę — wąską i stromą.
Wymagania, których się boimy — ale których potrzebujemy
Dusza współczesnego człowieka boi się wymagań. Przywykliśmy do rozwiązań łatwych, elastycznych, „na miarę”. Dyscyplina kojarzy się z opresją, a wyrzeczenie — ze stratą. Tymczasem przez wieki duchowość chrześcijańska opierała się właśnie na ćwiczeniu woli. Nie po to, by człowieka złamać, lecz by go wyzwolić.
Kempis nie ma złudzeń: tam, gdzie jest wola, pojawia się sposób; tam, gdzie jej brak — natychmiast rodzą się usprawiedliwienia. Ta prawda boli, bo zdziera maskę. Odsłania, że wiele naszych duchowych porażek nie wynika z braku możliwości, lecz z braku decyzji. A decyzja zawsze kosztuje. Wymaga rezygnacji z wygody. Z usprawiedliwień. Z życia na pół gwizdka.
Ćwiczenia duchowe, o których pisze Kempis, nie są zarezerwowane dla klasztoru. Są dla każdego, kto chce żyć świadomie. Dlatego właśnie tak wielu ludzi niezłomnych duchowo odnajdywało w tej książce ratunek. Rotmistrz Witold Pilecki przebywając w więzieniu na Rakowieckiej polecił żonie, by czytała dzieciom przed snem właśnie O naśladowaniu Chrystusa. Nie dlatego, że była to lektura „pocieszająca”. Ale dlatego, że była prawdziwa. A prawda — nawet surowa — daje siłę, by przetrwać.
Świat oferuje fałszywe lekarstwa. Kempis proponuje terapię prawdy
Współczesny świat nie cierpi na brak recept. Wręcz przeciwnie — mnożą się propozycje uzdrowienia duszy bez bólu, bez wysiłku, bez konieczności zmiany życia. Obiecuje się nam spokój bez ciszy, sens bez prawdy, duchowość bez Boga. A jednak mimo tej obfitości lekarstw wewnętrzny niepokój nie znika. Raczej się pogłębia.
Może więc problem nie tkwi w liczbie proponowanych rozwiązań, lecz w samej diagnozie. Tomasz à Kempis stawia ją bez wahania: źródłem rozdarcia człowieka jest życie odłączone od Boga, skupione na sobie, na własnych pragnieniach i lękach. Tego nie da się uleczyć afirmacją ani chwilowym pocieszeniem. Tu potrzebna jest prawda — nawet jeśli okaże się trudna do przyjęcia.
Kempis nie obiecuje natychmiastowej ulgi. Nie składa obietnic łatwego ukojenia. Proponuje drogę, która prowadzi przez oczyszczenie. I być może właśnie dlatego jego książka przetrwała wieki — bo nie leczyła objawów, lecz sięgała do źródła.
Twarde słowa, które ratują duszę
Wiele osób zarzuca Kempisowi surowość. Ostre napomnienia. Brak delikatności. Ale warto zapytać: czy to rzeczywiście surowość — czy raczej uczciwość? W świecie, który unika trudnych tematów, każde twarde słowo brzmi jak atak. Tymczasem chrześcijaństwo nigdy nie obiecywało drogi łatwej.
„Ostre wydają się niektórym słowa: Zaprzyj się siebie, weź swój krzyż i naśladuj Jezusa. Ale przecież ostrzejsze będą słowa ostateczne: Idźcie precz ode mnie, przeklęci, w ogień wieczny.” To zdanie Kempisa nie jest groźbą. Jest ostrzeżeniem wypowiedzianym z troski. Jak lekarz, który nie ukrywa diagnozy.
Czasem prawda musi zaboleć, by uleczyć. Czasem słowo musi przeciąć złudzenie, by ocalić duszę. Kempis nie straszy piekłem — on przypomina, że życie ma konsekwencje. A wieczność nie jest metaforą.
Surowa dieta duchowa na rozpad współczesności
Nasze wnętrza są niespokojne. Zmęczone. Rozbite. Szukamy ukojenia w rozrywce, w zakupach, w nieustannej stymulacji. Tymczasem Kempis proponuje coś dokładnie odwrotnego: duchowy post. Odejście od nadmiaru. Wyrzeczenie się wygodnych przyzwyczajeń. Zgodę na dyskomfort.
To surowa dieta duchowa — pozbawiona słodyczy, ale skuteczna. Polega na wyjściu ze strefy komfortu, na porzuceniu bylejakości, na zgodzie, że nie wszystko musi być łatwe i przyjemne. Kempis mówi wprost: celem życia nie jest szczęście rozumiane jako przyjemność, lecz zjednoczenie z Chrystusem. A to niemal zawsze prowadzi przez krzyż.
„Ty w górę, ty w dół, ty w głąb, ty na zewnątrz, a wszędzie krzyż. I wszędzie potrzeba wiele cierpliwości, jeśli chce się osiągnąć pokój i zasłużyć na nagrodę wieczności.”
Ta logika całkowicie kłóci się z narracją XXI wieku, który obiecuje szczęście natychmiastowe i bezwarunkowe. Ale właśnie dlatego jest tak potrzebna. Bo rozpad współczesności nie bierze się z nadmiaru wymagań — lecz z ich braku.
Przewodnik przez ciemność współczesności
O naśladowaniu Chrystusa nie odpowiada na wszystkie pytania, jakie stawia współczesność. Czyni coś znacznie ważniejszego: przywraca pytanie zasadnicze. Nie pyta, jak żyć wygodniej ani jak ocalić dobre samopoczucie, lecz komu naprawdę chcesz oddać swoje życie.
Tomasz à Kempis nie zatrzymuje czytelnika przy sobie. Jego słowa nie mają budować duchowego komfortu ani poczucia „wystarczalności”. Nieustannie odsyłają dalej — ku Chrystusowi, ku ciszy, ku decyzji. Ku drodze, która nie schlebia, ale przemienia.
Dlatego ta książka nie jest lekturą neutralną. Albo zostanie odrzucona jako zbyt twarda, zbyt jednoznaczna, zbyt wymagająca — albo stanie się momentem prawdy. Kempis nie pyta, czy ta droga nam się podoba. Pyta, czy chcemy iść za Chrystusem. A to pytanie, niezależnie od epoki, zawsze brzmi ostro.
I być może właśnie dlatego jego głos, zapisany w XV wieku, wciąż przebija się przez hałas XXI stulecia. Nie obiecuje ucieczki od ciemności. Prowadzi przez nią — ku światłu.
Anna Dubaniowska