Jeśli Grenlandia nie będzie – mniejsza o formę – pod kontrolą Stanów Zjednoczonych, to albo Chiny, albo Rosja, albo oba te państwa będą mogły wykorzystać Grenlandię (…) w celu wykonywania ataków rakietowych czy lotów na terytorium Stanów Zjednoczonych – przekonuje prof. Zbigniew Lewicki, amerykanista i politolog związany z Uniwersytetem Kardynała Stefana Wyszyńskiego.
Pytany o przyczyny zainteresowania Grenlandią ze strony Waszyngtonu, prof. Lewicki nie uważa, żeby chodziło o złoża naturalne, np. metale ziem rzadkich. W ocenie amerykanisty, sprawa dotyczy kwestii bezpieczeństwa narodowego.
Wesprzyj nas już teraz!
„Jeśli Grenlandia nie będzie – mniejsza o formę – pod kontrolą Stanów Zjednoczonych, to albo Chiny, albo Rosja, albo oba te państwa będą mogły wykorzystać Grenlandię, a przynajmniej obszar nad Grenlandią, w celu wykonywania ataków rakietowych czy lotów na terytorium Stanów Zjednoczonych. Grenlandia jest w tej chwili słabo broniona pod tym kątem. Nie ma tam jeszcze ani Rosjan, ani Chińczyków, ale wiemy, że pojawiają się u wybrzeży tej wyspy i mają pomysł – jedni czy drudzy, a może wspólnie, tego nie wiemy – na to, by ten teren uznać za najbardziej dogodny do ataku, a przynajmniej do groźby ataku na terytorium Stanów Zjednoczonych” – powiedział politolog w rozmowie z „Rzeczpospolitą”.
Do krytyki działań Donalda Trumpa w sprawie krainy, o której w ostatnich dniach zrobiło się tak głośno, dołączyły Kreml oraz Pekin. Zdaniem prof. Lewickiego, „to klasyczny przykład uderz w stół, a nożyce się odezwą”, ponieważ oba państwa mają być zaniepokojone ewentualnym przejęciem przez Stany Zjednoczone kontroli nad wyspą.
„Dania to kraj sympatyczny, ale niewielki i niezbyt mocny. Więc ani Dania, ani tym bardziej Grenlandia samodzielnie nie mogą stanowić zapory dla ewentualnych pomysłów czy to Moskwy, czy Pekinu – podkreśla amerykanista. Prof. Lewicki przypomina jednocześnie, że Chiny również prowadzą ekspansję z pogwałceniem prawa międzynarodowego, zwłaszcza na Morzu Południowochińskim, które Pekin nazywa swoimi „wodami terytorialnymi”.
„Skoro one mogą tam sobie na to pozwolić wobec takich państw jak Korea, jak Filipiny, a także Japonia, to co dopiero wobec właściwie niebronionej Grenlandii? Ani Dania, ani Grenlandia, ani tych kilkunastu żołnierzy europejskich, którzy tam się dzielnie wybierają, nie byliby w stanie obronić wyspy, gdyby Rosja czy Chiny zaatakowały” – ocenia ekspert. Politolog przekonuje, że dopóki Stany Zjednoczone nie będą miały nad Grenlandią żadnego formalnego nadzoru, w razie czego nie mogłyby nawet przyjść z pomocą terytorium zamieszkiwanemu przez 57 tysięcy ludzi.
Źródło: rp.pl
PR