Dzisiaj

Zgodnie z projektem Ministerstwa Cyfryzacji, w miejsce „męża” i „żony”, w dokumentach stanu cywilnego mają znaleźć się neutralne płciowo formy „małżonek 1” i „małżonek 2”. Choć rozporządzenie rzekomo nie zmienia polskiego prawa rodzinnego, to ma jednak umożliwić uznanie tzw. związków jednopłciowych zawartych za granicą.

Nie można oprzeć się wrażeniu, że presja Brukseli na swoich delegatów w Warszawie odbija się tym drugim solidną czkawką. Stojąc między młotem tęczowej agendy a kowadłem polskiego porządku konstytucyjnego, ministrowie Tuska muszą się solidnie nagimnastykować, by posunąć obyczajową rewolucję choćby o milimetr. Sam premier najchętniej odłożyłby temat LGBT+ na wieczne nigdy, gdyby nie był w tej sprawie wciąż podgryzany przez swojego koalicjanta z lewej.

Dwa lata temu upadł rządowy projekt o tzw. związkach partnerskich. Podobny los podzieliła próba wprowadzenia homozwiązków na drodze ustawy. Do dzisiaj w sferze niepewnego „być może” pozostaje i tak mocno już okrojony wspólny projekt Lewicy i PSL o „statusie osoby najbliższej”. Nic więc dziwnego, że na pomoc naszym nadwiślańskim Europejczykom pospieszyła sama centrala, przygotowując skandaliczny wyrok TSUE, nakazujący Polsce uznanie związków jednopłciowych zawartych za granicą.

Wesprzyj nas już teraz!

Ponagleni sygnałem z Brukseli, nasi rodzimi unijczycy z miejsca ruszyli szukać sposobów na podważenie polskiego porządku konstytucyjnego. W tym celu próbuje się stworzyć niemal schizofreniczną rzeczywistość, w której istnieją paralelne porządki prawne. Choć Konstytucja wyraźnie chroni instytucję małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny, nie brakuje prób prawnego uznania związków osób tej samej płci z obejściem Ustawy Zasadniczej. Pytani o powody całego zamieszania, z udawaną bezradnością rozkładają ręce wskazując na Unię Europejską. „Bruksela locuta, causa finita” (Bruksela przemówiła, sprawa zamknięta) – zdają się parafrazować słynną maksymę, tak jakby od realizacji wyroków TSUE zależało istnienie państwa polskiego.

Wykładnię podobnego „dwójmyślenia” prezentuje chociażby minister sprawiedliwości Waldemar Żurek, który choć podkreśla konstytucyjne znaczenie tradycyjnego małżeństwa, to nie odrzuca możliwości, by dwóch panów zawarło „małżeństwo” za granicą, a następnie zatwierdziło go sobie w polskim urzędzie stanu cywilnego, mimo że taki związek jest w Polsce nielegalny. „I to na pewno się stanie” – przekonywał w rozmowie z „Rzeczpospolitą”.

Jakby na potwierdzenie tych słów, 16.01.2026 r. Ministerstwo Cyfryzacji wyszło z inicjatywą projektu, który „zmieni wzory dokumentów wydawanych z rejestru stanu cywilnego, tak aby umożliwić praktyczne wdrożenie wyroku”. I tak formuły „mąż” i „żona” zostałyby zastąpione neutralnymi płciowo zwrotami „małżonek 1” i „małżonek 2”. Zmiany dotyczyłyby również rubryki odnoszącej się do rodziców, np. „ojciec pierwszego małżonka” czy „matka drugiego małżonka”. Projekt ma zostać skierowany na ścieżkę prac rządowych i zostać poddany konsultacjom.

Można żartobliwie dopytać, komu przypadnie rola „pierwszego”, a komu „drugiego małżonka” i czy jeżeli strony nie dojdą do porozumienia w tej kwestii, czy procedura zostanie dokończona na drodze losowania. Jednak temat wcale nie nastraja do żartów. Mamy bowiem do czynienia nie tylko z konsekwentnym rozkładem polskiego systemu prawnego, ale przede wszystkim podważaniem samej instytucji rodziny i małżeństwa.

Minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski na antenie Radia Zet przekonywał, że podobnej zmiany można dokonać na drodze zwykłego rozporządzenia, więc nic w tym kontrowersyjnego. Tymczasem jak tłumaczy adw. Nikodem Bernaciak z Instytutu Ordo Iuris, choć rzeczywiście treść formularzy do aktów stanu cywilnego zmienia się rozporządzeniami, nie mogą one stać w sprzeczności z dotychczasową wykładnią.

„O ile formalnie (…) zmiana wzorów jest oczywiście możliwa w oparciu o to samo upoważnienie ustawowe, o tyle od rozporządzenia należy oczekiwać także materialnej zgodności z pozostałymi normami ustawowymi i ustrojowymi. Tymczasem Prawo o aktach stanu cywilnego aż 16 razy posługuje się pojęciem „mężczyzna” i 6 razy pojęciem „kobieta”, akcentując, po pierwsze, zasadę dychotomicznego podziału społeczeństwa na dwie płcie oraz, po drugie, zasadę heteroseksualności w odniesieniu zarówno do małżeństwa, jak i do rodzicielstwa (macierzyństwa albo ojcostwa)” – zauważa ekspert Ordo Iuris.

Zatem projekt Ministerstwa Cyfryzacji nie tylko narusza Konstytucję RP, wybiórczo traktuje ustawę, na którą się powołuje, ale także – jak podkreśla Bernaciak – przeczy samej zasadzie techniki prawodawczej, która stanowi, że „należy posługiwać się określeniami, które zostały użyte w ustawie podstawowej dla danej dziedziny spraw” – a zatem określeniami „mężczyzna” i „kobieta”.

Choć resort, obecnie pod zarządem słynnego sympatyka Międzynarodówki, pręży muskuły, nie wiadomo czy projekt nie podzieli losu wcześniejszych inicjatyw. Zapytany, czy Donald Tusk zgodził się na takie rozwiązanie, minister Gawkowski odpowiedział enigmatycznie: „Zgodził się…Krzysztof Gawkowski”.

Można mieć nadzieję, że w sytuacji obecnego, totalnego rozkładu praworządności, wprowadzanie kolejnych rozwiązań z dużym potencjałem wybuchowym będzie zbyt ryzykowne dla obecnej władzy. Pamiętajmy, że to właśnie gigantyczny opór ze strony organizacji społecznych, części mediów i samego społeczeństwa zmusił Barbarę Nowacką do wycofania się z planów wprowadzenia tzw. edukacji zdrowotnej jako przedmiotu obowiązkowego. Efekt wszyscy dobrze znamy – około 70 proc. uczniów w całej Polsce wypisało się z zajęć tworzonych przez zawodowych „edukatorów” seksualnych.

Mimo wszystko niepokoi łatwość z jaką obecna koalicja jest w stanie podeptać najbardziej fundamentalne zasady państwa prawa, mając nad sobą wyłącznie parasol ochronny Brukseli. Tym bardziej, że za wyłom służy walec rewolucji seksualnej, dotykający nie tylko kwestii prawa czy obyczaju, ale podważający właściwe rozumienie instytucji rodziny i małżeństwa – fundamentów zdrowego społeczeństwa i narodu. Określeniem „homodyktatura” przyjęło się nazywać proces wytwarzania presji społecznej w kwestiach światopoglądowych. Mało kto jednak przypuszczał, że może to oznaczać również dosłowną dyktaturę administracyjno-prawną, gdzie tęczowa agenda służy jako narzędzie łamania suwerenności państw członkowskich.

Piotr Relich

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(2)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie