Tak jak papież Franciszek zainicjował w 2016 r. „ofensywę miłosierdzia” w polityce zagranicznej Watykanu, tak i teraz cała watykańska dyplomacja mobilizuje się i podejmuje zintensyfikowane działania na polu dyplomatycznym. Wyzwaniem dla niej jest „asertywna” postawa obecnej administracji amerykańskiej.
13 stycznia 2026 r. szef watykańskiej dyplomacji kardynał Pietro Parolin mówił w siedzibie jezuickiego czasopisma „La Civiltà Cattolica”, że konfliktów nie da się rozwiązać „dzieląc”. Zawsze należy „pozostawić otwarte drzwi” dla dialogu.
Podczas prezentacji książki jezuity o. Antonia Spadaro pt. „L’Atlante di Francesco. Vaticano e politica internazionale”, która jest dostępna jedynie w języku włoskim i dotyczy polityki międzynarodowej papieża Franciszka – na prezentacji obecna była także premier Włoch Giorgia Meloni – Parolin wskazał, że przyjęcie podejścia, które dąży do „włączenia, a nie wykluczenia wroga” stanowi „triumf miłosierdzia”.
Wesprzyj nas już teraz!
Szef watykańskiej dyplomacji przypomniał na czym polegała siła „dyplomacji miłosierdzia” poprzednika Leona XIV, podkreślając, że papież Franciszek nigdy nie uznawał nikogo ani niczego „za definitywnie stracone w relacjach między narodami”. – Dialog, nawet w najtrudniejszych sytuacjach, jest pożądany dla pokoju – podkreślił, krytykując koncentrację państw na „interesach narodowych”. Zwłaszcza dzisiaj, gdy około „dwóch miliardów ludzi żyje na obszarach dotkniętych konfliktami” i wydaje się, że wszystko zmierza ku wybuchowi III wojny światowej.
Zdaniem watykańskiego sekretarza stanu, dyplomacja musi otwierać drzwi „innowacyjnym strategiom” i wypracowywać „skuteczne oraz trwałe” rozwiązania, rezygnując z realizacji „interesów narodowych”.
Parolin ma nadzieję, że Stolica Apostolska zachowa pozycję arbitra ponad wszystkimi stronami, będąc „super partes”. Głównym bowiem interesem jest zachowanie życia ludzi. – Ci, którzy prowadzą wojnę, zapominają o człowieczeństwie; nie zaczynają od ludzi i nie biorą pod uwagę ich konkretnego życia – podkreślił kardynał.
Przemawiając podczas tego samego zdarzenia premier Włoch zaznaczyła, że chociaż Watykan może pomóc w negocjacjach kończących konflikty zbrojne, w tym wojnę na Ukrainie – ponieważ „Stolica Apostolska jest najlepiej przygotowana do promowania rozwiązania negocjacyjnego właśnie dlatego, że nie jest motywowana interesami narodowymi” – jednocześnie upierała się przy klarownym nazwaniu, kto jest agresorem i wskazaniu, kto się broni. Dodała przy tym, że nie będzie pokoju, jeśli ludzie nie pomogą bronić się tym, którzy są celem agresora. Jej zdaniem, jedynym i najskuteczniejszym sposobem zakończenia konfliktów „jest wspieranie tych, którzy się bronią”, aby „zasada” siły nad prawem nie zwyciężyła.
Szefowa włoskiego rządu można powiedzieć, że poszła znacznie dalej, niż lansuje to dyplomacja watykańska pod wodzą Parolina, przez lata unikająca napiętnowania tych, którzy wywołują konflikty, obawiając się zamknięcia drogi do negocjacji.
To właśnie podejście wywoływało w ostatnich latach sporo frustracji i powodowało wielkie niezadowolenie katolików, nie rozumiejących podejścia Stolicy Apostolskiej do chociażby umów o współpracy z władzami Chin prześladującymi kapłanów wiernych Rzymowi, czy polityki wobec Rosji.
I wydaje się, że – przy braku korekty kursu – to niezrozumienie albo inaczej mówiąc, brak akceptacji takiej „dyplomacji miłosierdzia” będzie kontynuowane.
Parolin bowiem jest zwolennikiem polityki „bardziej otwartej i przyjaznej”, jak się wyraził, przeciwstawiając ją „polityce powstrzymywania i restrykcji”.
Można śmiało powiedzieć, że Sekretarz Stanu Stolicy Apostolskiej będzie chciał kontynuować dyplomację z czasów pontyfikatu Franciszka, chociaż zmieni nieco metody, o czym za chwilę.
„Ofensywa miłosierdzia” Franciszka
12 lutego 2016 r. pisałam o niej w artykule „Watykan i geopolityka. Ofensywa w Roku Miłosierdzia”, odnosząc się do historycznego spotkania patriarchy moskiewskiego Cyryla z papieżem Franciszkiem na Kubie.
Zarówno ówczesny papież, jak i szef dyplomacji watykańskiej deklarowali, że chcą wykorzystać Rok Jubileuszowy, by doprowadzić do zakończenia licznych konfliktów na świecie, w tym wojny w Syrii i na Ukrainie.
Przed spotkaniem Franciszka z Cyrylem, obaj duchowi przywódcy mieli rozmawiać o walce z terroryzmem, ale także politycznym rozwiązaniu konfliktu w Syrii i na Ukrainie. Rozmawiano także o dążeniu Watykanu do „pojednania” z prawosławiem, co w kontekście obchodów fatimskich w 2017 r., a także jubileuszu tzw. reformacji nabierało istotnego znaczenia.
Franciszek podkreślał, że Święty Rok Miłosierdzia miał być rokiem „rozładowania konfliktów, zatrzymania plagi wojen i wspólnego rozwiązywania globalnych problemów”. Jednocześnie wskazał, że „pokojowe współistnienie wyznawców różnych religii, tam gdzie uznawana jest wolność religijna i zapewniona jest realna możliwość współpracy w budowaniu dobra wspólnego, we wzajemnym poszanowaniu tożsamości kulturowej każdego obywatela”, jest możliwe.
W bulli ogłaszającej rozpoczęcie Nadzwyczajnego Roku Miłosierdzia Franciszek zapowiedział zintensyfikowanie działań korpusu dyplomatycznego, by aktywnie uczestniczył w rozmowach politycznych, mających zaowocować pokojowymi rozwiązaniami konfliktów.
Już wtedy papież Franciszek podkreślił, że nie zamierza bronić jednej wybranej cywilizacji, a „działania Stolicy Apostolskiej na arenie międzynarodowej mają na celu dobro całej rodziny ludzkiej”. Dlatego nie zamierzano tworzyć „sojuszy uprzywilejowanych” lub „wyłącznego partnerstwa” z czołowymi podmiotami geopolitycznymi.
Parolin zaś tłumaczył, że „Dyplomacja Watykanu ma za zadanie budować mosty w celu wspierania dialogu, a negocjacje są wykorzystywane jako sposób rozwiązywania konfliktów, budowania braterstwa, zwalczania ubóstwa i budowania pokoju”. Parolin dodał, że papież – ani tym bardziej ci, którzy go reprezentują za granicą – nie mają innych „interesów” ani „strategii”.
Podczas pontyfikatu poprzedniego papieża byliśmy więc świadkami licznych inicjatyw na polu międzynarodowym i zaangażowania w ekumenizm, by – jak mówił Franciszek – „nawiązać dialog szczery i lojalny, który doceniając szczególny charakter i tożsamość właściwą każdemu, sprzyja harmonijnemu współistnieniu między wszystkimi członami społeczeństwa”.
Zgodnie z watykańską koncepcją polityki zagranicznej, jednym z podstawowych obowiązków Stolicy Apostolskiej jest zapewnienie bezpieczeństwa i przetrwania chrześcijan wszędzie tam, gdzie są prześladowani. Watykan unika jednak konfrontacji, wierząc, że „dialog”, „pojednanie” i niedrażnienie drugiej strony więcej przyniesie korzyści, aniżeli polityka asertywna i nazywanie wprost zbrodni zbrodnią, czy krytykowanie brutalnych reżimów. Korpus dyplomatyczny Stolicy Apostolskiej twierdzi, że ze wszystkimi można i nawet trzeba rozmawiać, unikając wszelkich „spięć”.
Dlatego z ust papieża Franciszka i dyplomatów watykańskich rzadko kiedy słyszało się słowa o prześladowaniu chrześcijan, czy twierdzeń o trwającej wojnie, czy też „zderzeniu cywilizacji”.
Poprzedni papież szokował niektórych wypowiedziami, chwalącymi Chiny i uspokajaniem przed rosnącą potęgą chińską. Apelował o patrzenie z nadzieją w przyszłość.
Grekokatolicy na Ukrainie mieli do niego pretensje o to, że tuż po aneksji Krymu, Stolica Apostolska nie potępiła agresji rosyjskiej. W ONZ dyplomacja watykańska interweniowała, by wyłączyć ją z rezolucji w sprawie powieszenia flagi palestyńskiej przy siedzibie ONZ w Nowym Jorku, aby nie drażnić Izraela, chociaż papież współpracował z Palestyńczykami i działał na rzecz ich pokojowego współistnienia z narodem żydowskim.
Na Kubie Ojciec Święty unikał ostrych słów potępienia reżimu braci Castro i osobiście zaangażował się w pojednanie amerykańsko-kubańskie, uwolnienie szpiega USA, który usiłował zbudować dla mniejszości żydowskiej w Hawanie sieć połączenia satelitarnego.
Dyplomaci watykańscy zaangażowali się także w misternie budowaną sieć powiązań z Iranem i lobbowaniem za przyjęciem przez Europę większej liczby syryjskich uchodźców. Mimo, że ormiański arcybiskup Aleppo, Butros Marayati błagał o pomoc humanitarną i rozwiązanie, które pozwoli chrześcijanom pozostać na terenie Syrii.
Watykan nie miał wątpliwości, że Rosja i Iran były kluczowymi podmiotami nie tylko dla zakończenia wojny w Syrii, ale także dla zapewnienia obecności chrześcijańskiej na Bliskim Wschodzie. Stąd budowano silne relacje z Teheranem i Watykan angażował się na rzecz porozumienia nuklearnego, jednocześnie utrzymując dobre relacje z Rosją – mimo wojny na Ukrainie – co zaowocowało bezprecedensowymi wizytami przywódców obu państw w Watykanie.
Trzeba przyznać, że Rzym od ponad 30 lat utrzymuje dobre stosunki z Iranem, za Franciszka uległy one pogłębieniu do tego stopnia, że amerykańscy eksperci, odnosząc się do polityki watykańskiej, mówili o „opcji szyickiej”.
Franciszek także bezpośrednio zaangażował się w sprawę syryjską w 2013 r. Jeszcze w 2011 r. amerykańscy biskupi pomogli wynegocjować pomyślne uwolnienie dwóch turystów z USA, więzionych w Iranie od 2009 r. pod zarzutem szpiegostwa. Anglikański „biskup” John Bryson Chane i kard. Theodore McCarrick pracowali wraz z Departamentem Stanu USA nad ułaskawieniem Amerykanów w sytuacji, gdy – jak później amerykańscy dyplomaci przyznali – praktycznie nie było szans na powodzenie akcji.
Wspólny pogląd Watykanu i Iranu w sprawie Syrii doprowadził do sojuszu politycznego i umowy jądrowej. W kwietniu 2014 roku delegacja Konferencji Episkopatu USA spotkała się z Radą Najwyższą Iranu, by przygotować wspólne stanowisko przeciwko broni nuklearnej. W oświadczeniu stwierdzono, że islam szyicki „sprzeciwia się i zabrania produkcji, składowania, użytkowania i użyciu broni masowego rażenia”. Dodano, że „również katolicy pracują na rzecz świata bez broni masowego rażenia i wzywają wszystkie narody, aby pozbyć się jej”. Irańscy duchowni wydali ze swojej strony stosowną fatwę.
Amerykańscy biskupi bezpośrednio kontaktowali się z Watykanem. Podobnie odpowiedni lobbing prowadziły organizacje katolickie w sprawie umowy z Iranem. Do Rzymu na rozmowy z Franciszkiem przybył prezydent Iranu Hasan Rouhani. Do Watykanu na konsultacje udał się także prezydent Rosji Władimir Putin.
Następca Franciszka, papież Leon XIV także podkreśla, że trzeba podjąć intensywne działania, aby zakończyć trwające konflikty na świecie, przedstawiając w grudniu ub. roku swoją wizję „nieuzbrojonego i rozbrajającego pokoju”.
Papież zasugerował, że należy porzucić „logikę konfrontacji”, która „dominuje obecnie w polityce globalnej, pogłębiając z dnia na dzień niestabilność i nieprzewidywalność”. Państwa powinny również porzucić rozbudowę sił zbrojnych. Jego zdaniem, to nie jest najlepsza odpowiedź na zagrożenia zewnętrzne. „Idea odstraszającej siły militarnej, zwłaszcza odstraszania nuklearnego, opiera się na irracjonalności relacji między narodami, budowanych nie na prawie, sprawiedliwości i zaufaniu, lecz na strachu i dominacji siłą”.
Leon XIV i krytyka współczesnego myślenia strategicznego
Leon XIV skrytykował współczesne myślenie strategiczne i zachęcił do „niepalenia mostów” oraz unikania „uporczywego krytykowania” innych. Wezwał do dialogu i prowadzenia negocjacji z domniemanymi „wrogami”. Na tym ma polegać „pokój rozbrajający”. Należy budować mosty i odrzucać przemoc. Nie można – jego zdaniem – w żaden sposób usprawiedliwiać religijnie jakiejkolwiek przemocy. Wiara nie może być pretekstem do przemocy. „Każda wspólnota” ma stać się „domem pokoju”, w którym uczy się rozładowywać wrogość poprzez dialog”.
Nie można także promować „kultury strachu” i pozwolić sobie na „dominację oraz kontrolę nad ludźmi”, bo wzbudza to rozpacz i zniechęcenie.
Następca św. Piotra zarzucił politykom, że nie prowadzą „skutecznej dyplomacji”, która opiera się na „wzajemnym zaufaniu, szczerości w negocjacjach i wiernym wypełnianiu zobowiązań”. Trzeba uznać własne ograniczenia i skłaniać się ku „wzywaniu pomocy z zewnątrz”.
W swoim dorocznym przemówieniu skierowanym w styczniu do korpusu dyplomatycznego papież Leon XIV wezwał do stworzenia bardziej „skoncentrowanej i skutecznej” ONZ, która stawiałaby „jedność rodziny ludzkiej” ponad ideologie. Potępił nie tylko trwające wojny, prześladowania chrześcijan, ale także cenzurę w imię „inkluzywności” oraz praktyki negujące godność życia ludzkiego, w tym aborcję, eutanazję i macierzyństwo zastępcze.
Odnosząc się do fiaska multilateralizmu, Leon z żalem zauważył, że „dyplomacja, która promuje dialog i dąży do konsensusu między wszystkimi stronami”, jest zastępowana „dyplomacją opartą na sile, stosowaną zarówno przez jednostki, jak i grupy sojuszników”.
Potępił także agresywne narzucanie postępowych norm i wartości, jako uniwersalnych. Poszedł znacznie dalej niż Franciszek wskazując, że „rozwija się nowy język w stylu orwellowskim, który, próbując być coraz bardziej inkluzywnym, ostatecznie wyklucza tych, którzy nie zgadzają się z ideologiami, które go napędzają”. Uznał nawet, że „powtórne odkrycie znaczenia słów jest prawdopodobnie jednym z głównych wyzwań naszych czasów”.
Znowu, w przeciwieństwie do papieża Franciszka, Leon XIV nie stronił od ostrego potępienia prześladowania chrześcijan, uznając, że jest to „jeden z najpowszechniejszych kryzysów praw człowieka” i podkreślił, że „nie wolno nam zapominać o subtelnej formie dyskryminacji religijnej wobec chrześcijan”.
Ostrzegł przed naruszeniami wolności sumienia i słowa wyznawców Chrystusa na Zachodzie, którym ogranicza się prawo do „głoszenia prawd Ewangelii z powodów politycznych lub ideologicznych, zwłaszcza gdy bronią godności najsłabszych, nienarodzonych, uchodźców i migrantów lub promują rodzinę”.
– Prawo do wolności słowa, wolności sumienia, wolności religijnej, a nawet prawo do życia są ograniczane w imię innych tak zwanych nowych praw, w wyniku czego same ramy praw człowieka tracą swoją żywotność i tworzą przestrzeń dla siły i ucisku – mówił.
Ubolewał także z powodu przeznaczania środków publicznych na aborcję, zamiast na wspieranie matek i rodzin. Wskazał, że Stolica Apostolska kategorycznie potępia aborcję i macierzyństwo zastępcze. Jednocześnie mówił o „podwójnym ataku” na rodzinę, w tym ze strony systemu międzynarodowego, który ma tendencję do „zaniedbywania i niedoceniania jej fundamentalnej roli społecznej, co prowadzi do jej postępującej marginalizacji instytucjonalnej”.
Leon XIV oczekuje od chrześcijan zwrócenia się „ku miastu niebieskiemu”, okazywania miłosierdzia i pielęgnowania pokoju.
Ofensywa amerykańskich biskupów
Jego dyplomacja będzie koncentrować się na stanowczym odrzucaniu wojny jako „narzędziu realizacji wąskich interesów narodowych”, jak ostatnio napisało trzech postępowych kardynałów z Waszyngtonu, Nowego Jorku i Newarku.
Amerykańscy biskupi – z pewnością nie bez konsultacji z Watykanem, którego najwyżsi dyplomaci przyznali, że zaangażowali się przed interwencją Trumpa w Wenezueli, by umożliwić prezydentowi Maduro spokojne opuszczenie kraju – rzucili wyzwanie obecnej wojującej administracji Trumpa, kwestionując chociażby jego interwencję w Wenezueli, a obecnie także podejście do Grenlandii.
Niedawno arcybiskup Timothy Broglio, zwierzchnik Archidiecezji Wojskowej USA, mówił brytyjskiemu dziennikarzowi, że amerykańscy żołnierze mogliby „w granicach własnego sumienia” złamać niemoralny rozkaz inwazji na Grenlandię.
Ten bezprecedensowy sprzeciw części episkopatu amerykańskiego wobec polityki zagranicznej Donalda Trumpa, przy wyraźnym poparciu Stolicy Apostolskiej, znamionuje bardziej asertywną dyplomację Stolicy Apostolskiej za obecnego papieża wywodzącego się z USA.
A jak zaznacza postępowy „National Catholic Reporter”, jest to „wyraz sprzeciwu wobec Hobbesowskiej wizji natury ludzkiej i świata, sformułowanej przez Stephena Millera, szefa sztabu Trumpa ds. polityki”. „Zasada „siła czyni prawo” Millera jest realizowana nie tylko na arenie międzynarodowej, ale także na naszych ulicach, w kontekście nieograniczonej aktywności funkcjonariuszy Służby Imigracyjnej i Celnej (Immigration and Customs Enforcement)”, sugeruje pismo.
Bardziej aktywna postawa biskupów amerykańskich i formułowana przez abp. Broglio koncepcja sprzeciwu wobec niemoralnego rozkazu znamionuje nie tylko ochłodzenie relacji Stanów Zjednoczonych z Watykanem, ale także rozpoczyna dyskusję na temat tego, czy polityka zagraniczna powinna być moralna? Dyskusję, którą zainicjowali amerykańscy przywódcy katoliccy przeciwstawiając się hegemonistycznej polityce USA.
Postawa Trumpa niejako wymusiła na dyplomatach watykańskich – którzy nie chcą czynić sobie z żadnego kraju wroga, gotowych do prowadzenia negocjacji ze wszystkimi – szukania innych metod osiągania celów w polityce zagranicznej.
Parolin o nowych metodach osiągania celów w polityce zagranicznej
W wykładzie wygłoszonym w Papieskiej Akademii Kościelnej, w której kształcą się młodzi dyplomaci watykańscy 17 stycznia 2026 r. kardynał Parolin potępił naruszenie prawa międzynarodowego i upadek multilateralizmu. Wskazał, że trzeba przywrócić pokój i sprawiedliwość, które powinny „ponownie stać się filarami porządku między narodami”.
Przemawiając jako Wielki Kanclerz Akademii z okazji 325. rocznicy jej powstania mówił, iż „pomimo oznak wojen, przemocy wobec ludzkiego życia, zniszczeń, niepewności i powszechnego poczucia dezorientacji, które obecnie panują, z różnych regionów świata wciąż napływają głosy domagające się pokoju i sprawiedliwości”. Na te wezwania nie można pozostać obojętnym i należy „ustanowić nowy styl” dyplomacji, zapewniając „bezpieczeństwo religijne” pośród innych rodzajów bezpieczeństwa.
Próbując nakreślić, jak miałaby wyglądać współczesna dyplomacja watykańska zasugerował, że należy „przyczyniać się do budowania dobra wspólnego, które pozostaje nadrzędnym celem życia społecznego w każdej wspólnocie, zarówno narodowej, jak i międzynarodowej”.
– Możemy przyczynić się do tego procesu, jeśli będziemy świadomi, że pokój pozostaje owocem sprawiedliwości, a nie jedynie konsekwencją dobrych uczynków – kontynuował, cytując św. Augustyna.
Zaznaczył, że trzeba wyjść z głębokiego kryzysu, który lekceważy „wartości, na których stopniowo zbudowano Wspólnotę Narodów, a w konsekwencji również normy regulujące jej strukturę, równowagę społeczną, suwerenność państw oraz ich niezależność polityczną, instytucjonalną i gospodarczą”.
Trzeba przezwyciężyć „poczucie bezsilności” „w obliczu naruszania wiążących zasad prawa międzynarodowego i podstawowych reguł współistnienia w społeczeństwie państw oraz wykorzystywania konfliktu jako jedynej metody zarządzania stosunkami międzynarodowymi”.
– Sumienie i rozum nie mogą dłużej tolerować naruszeń suwerenności w ich różnych formach, przymusowych przesiedleń całych populacji, zmian w składzie etnicznym terytoriów, pozbawiania środków niezbędnych do działalności gospodarczej ani ograniczania wolności – zaznaczył.
Parolin podkreślił, że konieczność „zagwarantowania bezpieczeństwa, a wraz z nim przestrzeni suwerenności i życia społecznego osób zamieszkujących terytorium państwa, nie upoważnia do podejmowania działań prewencyjnych lub ataków w sposób coraz bardziej odbiegający od legalności międzynarodowej”. – Legalność ta, pomimo licznych ograniczeń, zapewniła stabilność systemowi wielostronnemu, zastępując obecną w życiu międzynarodowym „sprawiedliwą równowagę sił” zakazem użycia siły i groźby jej użycia – a zatem wojny i odstraszania, tłumaczył.
Porównując multilateralizm z multipolaryzmem, prałat wyraził poważne zaniepokojenie nowym wyścigiem zbrojeń.
– Z multipolaryzmu, dziś, jak i w całej historii, jasno wynika, że poprzez wyścig zbrojeń możliwe jest jedynie osiągnięcie pokoju zbrojnego lub ustanowienie postawy wzajemnej nieufności między państwami. Odstraszanie bronią, ekspansja przemysłu zbrojeniowego i badania wojskowe to droga do izolacji i zamknięcia, a także podstawa wyborów politycznych, wojskowych i gospodarczych uzasadnionych przewidywaniem lub konfrontacją z hipotetycznymi atakami. Osoby pracujące w dyplomacji doskonale zdają sobie sprawę, że rozróżnienie między prewencją a arbitralnym działaniem można łatwo zignorować, jeśli normy prawne, zasady etyczne i moralne, które inspirują i gwarantują ich zasadność, są lekceważone. W ten sposób powstało przekonanie, że pokój można osiągnąć dopiero po skutecznym unicestwieniu wroga. A wrogiem może być państwo, naród, instytucja lub podmiot gospodarczy, który sprzeciwia się wizji najsilniejszej w danym momencie partii, zapominając, że kategoria wroga nie jest kwestią przypadku, lecz jest kreowana przez grę siły lub wolę jej ukazania komuś – zaznaczył szef watykańskiej dyplomacji.
Zaproponował odnowiony multilateralizm i wezwał do konkretnych działań, by „ukazać, jak niebezpieczna jest postawa tych, którzy, nie biorąc pod uwagę jego zakresu i konsekwencji, polegają na konflikcie jako sposobie rozwiązywania każdego problemu, ignorując wszelkie rozważania na temat tego, jak nieludzka jest wojna”.
Oczekuje wspierania odnowy różnych instytucji międzyrządowych, które dostosują swoje działania do obecnej sytuacji międzynarodowej, broniąc życia ludzkiego, walcząc z zacofaniem, uwzględniając mobilność ludzi, transfer wiedzy specjalistycznej w zakresie nowych technologii, dostępność zasobów naturalnych itd.
– To nie tylko lista programów, ale rzeczywiste sytuacje, w których rodzą się konflikty lub wybuchają wojny, którym tylko działania wielostronne mogą zapobiec, rozwiązując je lub zarządzać nimi – zaznaczył.
Puentując kardynał odpowiedzialny za politykę zagraniczną Stolicy Apostolskiej stwierdził, że „praktykowanie dyplomacji oznacza wiarę w naszych bliźnich, w naszych towarzyszy podróży, w tych, których spotykamy, aby negocjować cele, z którymi dzielimy przestrzeń życiową i relacje”. Wszystkich należy zaangażować w negocjacje, uwzględniając złożony kontekst międzynarodowy, różne nastawienie i metodologię działania. – Tylko w ten sposób możemy być prawdziwymi „twórcami pokoju”, zdolnymi zaspokoić „łaknących i pragnących sprawiedliwości” (Mt 5, 3-10)” – przekonywał.
Należy się więc spodziewać ze strony Watykanu i biskupów w różnych krajach większego zaangażowania w życie publiczne i asertywnej krytyki działań „realistów” stawiających na powrót „koncertu mocarstw”.
Najbliższe lata, kto wie, być może przyniosą dalszy rozwój doktryny katolickiej w kwestii wojny sprawiedliwej i w ogóle moralności polityki zagranicznej. Z pewnością będą to lata pełne wyzwań dla Watykanu i dla nas samych.
Agnieszka Stelmach