Dzisiaj

Jan Maciejewski – Listy do Zuzanny – Głód i anioły

(Oprac. PCh24.pl)

PCh24.pl prezentuje niezwykły cykl – publikujemy dla Państwa powieść w odcinkach „Listy do Zuzanny” autorstwa Jana Maciejewskiego, pisarza i eseisty, autora opowiadań i książek, m.in. „Już pora: miesiące i godziny” oraz nagrodzonej nagrodą Identitas „Milczenie katedry: felietony i portrety”. Kolejny odcinek „Listów do Zuzanny” już za dwa tygodnie.

Wszystkie opublikowane części powieści dostępne są TUTAJ

Zuzanno, wciąż jeszcze mam czas.

Wesprzyj nas już teraz!

I wystarczająco sił, by do Ciebie pisać. Ale Ty, moja droga, coraz mniej mnie potrzebujesz. Radzisz sobie już w zasadzie sama. Nie widuję Cię już tak często jak kiedyś. A jeśli już – na chwilę. Lata mijają w godziny. Obserwuję Cię teraz, Zuzanno, jak roślinę rosnącą na przyspieszonym nagraniu. Jesteśmy ze sobą rzadziej, ale bardziej przez to intensywnie. Muszę być skoncentrowany. Strzępki. Obrazy. Pojedyncze słowa. Jestem coraz mniej potrzebny. Dobrze.

Z uznaniem obserwuję Twoje postępy. Stałaś się biedna. To bardzo dobrze. Na początek w zupełności wystarczy. Być niczym, chcieć wszystkiego.

Kiedy ostatnio spotkałem Cię na jawie, pracowałaś w piekarni. Potem wyjechałaś. Od tamtej pory – już tylko sny. Pamiętasz jeszcze tego starca w garniturze, kupującego dwie razowe bułki i kawę z mlekiem, „na miejscu, jeśli można prosić”? Oczywiście, że nie. Codziennie widywałaś co najmniej kilku takich. Wszedłem, żeby zobaczyć, jak się miewasz. Jak odwiedza się przyjaciela w szpitalu, tak ja musiałem choć raz odwiedzić Cię w ten sposób. Miałaś niewyspane oczy, ale uśmiechnęłaś się do mnie. Próbowałem nie odpowiedzieć tym samym. Siedziałem potem w kącie, piłem kawę – wyznaczyłem sobie dziesięć minut na to ostatnie widzenie. Zdjąłem zegarek z przegubu ręki, położyłem obok filiżanki. Podglądałem Cię, ostatni raz w ten sposób.

Czułem, że wyjedziesz. Nie chodziło o nasze miasto, tylko o Ciebie. Od teraz nigdzie nie zostajesz dłużej niż kilka miesięcy, prawda? Nie uciekasz, Zuzanno. Ty szukasz. Rzemiosła czy tematu? Środków wyrazu, a może treści? Nie jesteś już królową. Oddałaś koronę, nie przyjmujesz hołdów ani ofiar. Stąd ta lekkość, która pozwala Ci nigdzie nie zagrzewać zbyt długo miejsca.

Po piekarni był sklep z butami. Potem, od wiosny do jesieni, sprzedawałaś kwiaty na rogu ulicy. Potem już tylko coraz krótsze urywki. Sprzątasz, gotujesz, podajesz. Z każdym miejscem jest Cię coraz mniej. I wzbiera w Tobie pragnienie. Ta przeciwność dumy, ambicji imienia. Jeśli masz dużo przyjąć, musisz przygotować miejsce. Pozbywać się, wyrzucać, zdrapywać ściany. Tak właśnie stawałaś się artystką, Zuzanno. Jeszcze bez rzemiosła. Z tematem, który tylko niejasno przeczuwałaś. Ale najważniejszy, kluczowy krok był już za Tobą. To właśnie przyszedłem sprawdzić wtedy, do piekarni. Był w Tobie głód. Ten fizyczny – także.

Chwiałaś się, myliłaś krok. I głód Ci w tym pomagał. Schudłaś, Twoje włosy straciły blask, ale za to oczy – stały się większe, płonęły. Wiedziałaś, że nie chcesz być zawodowym artystą – to wewnętrzna sprzeczność. Potrzebowałaś jakiegoś kamuflażu, zewnętrznego zajęcia odciągającego od Ciebie uwagę świata. Trwoniłaś swoją dumę i poczucie wyższości z zapamiętałą żarliwością. Jakbyś leciała balonem i chciała wznieść się coraz wyżej, dalej dolecieć, wyrzucałaś z pokładu kolejne rzeczy. Ludzi, wspomnienia, gesty. Już wtedy, za ladą piekarni, zdzierałaś z siebie kolejne wyrazy twarzy, rzucałaś na podłogę, pozwalałaś je deptać stojącym w kolejce.

Ten pryszczaty nastolatek – pamiętasz go jeszcze? – rzucił Ci na odchodnym jakąś nieprzyzwoitą uwagę. Podniosłem się wtedy z fotela, ale uderzyłem tylko kolanami o blat stołu i usiadłem z powrotem. Popatrzyłaś na niego z wdzięcznością. Czy tam też była czułość, Zuzanno? Ją także miałaś dla tego małego chama? Kilkanaście sekund z dziesięciu minut. Ten jeden raz się zapomniałem i zapatrzyłem na Twoją twarz. Nie można Cię było wtedy nie podziwiać. Chłopakowi także zrobiło się głupio, schował głowę między ramiona, wymknął się. Już tam nie wrócił. Chyba, że myślami. Coś się z nim potem stało. Nie wiem, na niego nie mam już czasu, ale Twoje spojrzenie miało ciąg dalszy. Dziwny, niespokojny. Potrzebny.

Cieszyłaś się, gdy Cię popychano. Byłaś dumna z tego, że nie znasz drogi. I tak wchodziłaś w swoje dzieło – w ten jedyny, właściwy sposób.

Zuzanno.

Uzdrowisko poza sezonem. Odwiedzasz je bardzo wczesną wiosną albo późną jesienią. Zanurzasz się w ich atmosferze. Nieczynne restauracje. Zamknięte budki z pamiątkami. Puste ulice. Jak świat, który zapomniał, że się skończył.

Czasami coś notujesz. Kilka słów w zeszycie. Pod nim – jakiś szkic. Zanucona melodia pod nosem. Kiedy nadejdzie właściwy moment wybierzesz swoje rzemiosło. Albo raczej – odsłonisz je, przyjmiesz do siebie. Może dopiero na koniec. To nie jest ważne. Liczy się tylko przeczucie. Wierność. Zapiekła, Zuzanno, szalone i niekończące się przywiązanie do czegoś, co nawet nie ma imienia. Idziesz spokojnie śladem tej mgły, ulatniającego się, to znowu wzbierającego w sobie zapachu. I już tworzysz. Wykonujesz tę najtrudniejszą część zadania.

Mój koniec jest świadkiem Twojego początku. Łaska.

Wynajmujesz mieszkania jakbyś rozbijała namioty. Jedna walizka. Dwie sukienki.

Ty nie wymyślasz. Czekasz na obstalunek. Jak ja czekałem na Ciebie.

Tamten mężczyzna – pamiętasz: drzewo, burza, „nie znam godziny” – spotkałaś się z nim jeszcze przed opuszczeniem miasta. Przyszedł do piekarni tuż przed zamknięciem. Stanął przed Tobą, spuścił oczy. Ty zrobiłaś to samo. Przepraszaliście się nawzajem czy sobie dziękowali? A czy to w ogóle jest jakaś różnica?

Jeszcze jest trochę czasu, moja droga, piękna Zuzanno. Widzę więcej niż jestem w stanie zapisać, ale jestem spokojny. Za dużo słów. Przez całe życie. Ale tak było trzeba, Zuzanno moja. To był jedyny sposób. Przebijałem się przez gęsty, ciemny las. Miałem tylko słowa. Poszczerbione, zepsute, puste w środku – zbyt często. Ale ważny był kierunek. Liczyło się, że za ich pomocą zbliżałem się do Ciebie. Lepiej nie potrafiłem. Przepraszam. Dziękuję.

Już mnie nie potrzebujesz. Wydaje Ci się, że odnalazłaś temat.

Anioły.

W górę i w dół. Rozpasany porządek nad naszymi głowami. Schody, a my u samego ich dołu. Już nie potrzebujesz. Już w zasadzie nie powinienem. Ale tak trudno jest się z Tobą rozstać.

Piszę ten list już trzeci tydzień. Linijka, czasem dwie dziennie. Mam więcej czasu niż słów do napisania. A tak nie powinno być, to nie jest właściwy porządek rzeczy. Wkrótce wszystko się wyrówna.

Czy byłem Ci do czegoś potrzebny Zuzanno? Czy Ci się przydałem? Czy tylko uczepiłem się poły Twojego płaszcza jak chłopiec, który zgubił się w tłumie? Bardzo chcę, żeby tak nie było. Niech one dotrą. Listy. Ja już nie dam rady. Może kto inny.

To jedna ze stron bycia biednym, Zuzanno. Sam głód nie wystarczy. Trzeba też być zdanym na innych. Potrzebować ich pomocy. Nie móc się bez niej obyć. Tego także powinnaś się nauczyć. Artysta musi być biedny. Samotny – z zasady, ale nie zawsze. Te listy. Moja pomoc. Na dobry początek.

To już trzeci dzień i czwarta noc jak Cię nie widziałem. Czy tak już zostanie?

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie