Wyrok Sądu Apelacyjnego w Rzeszowie jest nie tylko kuriozalny z prawnego punktu widzenia i świadczy o skrajnej ideologizacji wydającego go sędziego. Jest także zamachem na konstytucyjną ochronę wolności słowa i poglądów.
Sąd orzekał w sprawie, jaką w ramach pozwu o naruszenie dóbr osobistych szkole wytoczył chłopak, który uznał, że chce być dziewczyną. Chłopak miał rozpocząć operację, zwaną eufemistycznie „uzgodnieniem płci”, czyli tak naprawdę rujnujące dla psychiki i organizmu działania zmierzające do fizycznej zmiany płci. W tym momencie miał żądać od nauczycieli i szkoły, aby mimo braku formalnej zmiany w dokumentach nazywano go żeńskim imieniem. Nauczyciele mieli się temu żądaniu nie podporządkować, czyli dochodziło do tak zwanego „misgenderowania”. W woke’istowskiej nowomowie ten termin oznacza używanie wobec danej osoby rodzaju biologicznego, a nie takiego, jakiego ta osoba sobie życzy.
Istotne jest, że w momencie, który stał się podstawą dla wniesienia sprawy, chłopak był formalnie (a i zapewne faktycznie) nadal chłopakiem. Spełnienie jego kuriozalnych oczekiwań musiałoby oznaczać, że nauczyciele mieliby odgrywać komedię, w ramach której na lekcji mówiliby na chłopaka „Wiktoria”, ale w dzienniku nadal stałoby jak byk „Janek”. Trudno się dziwić, że odmawiali udziału w tej farsie.
Wesprzyj nas już teraz!
Inna ważna rzecz to fakt, że sprawę prowadził radca prawny Damian Ruhm głęboko zaangażowany w promocję tęczowych środowisk i powiązany ze Stowarzyszeniem Tęczówka. O sprawie można obszernie przeczytać na blogu pana mecenasa. Można tam również znaleźć fragmenty kuriozalnego uzasadnienia wyroku. Prawnicy obsługujący „tęczowe” sprawy zwietrzyli w tym interes dokładnie tak samo jak inne branże pasą się na pobudzaniu mody na zmianę płci.
Wyrok w rzeszowskim sądzie zapada w momencie, gdy szczególnie w Stanach Zjednoczonych, ale też w niektórych innych krajach zaczynają na jaw wychodzić cynicznie prowadzone interesy lobby farmaceutycznego, psychologicznego czy chirurgicznego, zaangażowanych w promowanie mody na „transowanie”, prowadzącej do gigantycznych krzywd psychicznych i często nieodwracalnej traumatyzacji osób, które dały się na te brednie złapać. Na okrutny paradoks zakrawa, że rzeszowski sąd roztkliwia się nad rzekomymi krzywdami psychicznymi, jakich doznał uczeń ze strony szkoły, podczas gdy krzywdy psychiczne wyrządzili mu przede wszystkim ci, którzy przekonali go, że powinien zostać dziewczyną. I to oni powinni stanąć przed sądem.
Sprawa ma dwa wymiary: prawny i światopoglądowy. Oba są dramatyczne.
Rozumowanie sądu z prawnego punktu widzenia – o ile można je zrekonstruować z dostępnych fragmentów uzasadnienia – zasadza się na opartym nie wiadomo na czym przekonaniu, że czyjaś iluzja na temat własnej tożsamości czy też „tożsamość płciowa” sprzeczna z płcią biologiczną jest elementem dóbr osobistych, które można naruszyć. Najbardziej bodaj zadziwiający fragment wywodu sądu to ten, gdzie SA stwierdza, iż nie istnieje przepis, który zabraniałby zwracać się do powoda (sąd używa zresztą, nie wiadomo, na jakiej podstawie, słowa „powódka”) „preferowanym imieniem”. Problem w tym, że nie istnieje również przepis, który by to nakazywał, pomijając już fakt, że w kategoriach prawnych nie istnieje coś takiego jak „imię preferowane”. Sąd wywiódł zatem z podstaw ściśle ideologicznych, że otoczenie ma obowiązek dostosowywać się do iluzji powoda tylko dlatego, że ten tak sobie życzy. Właściwie trudno zrozumieć, dlaczego miałoby to działać jedynie w kwestii „tożsamości płciowej”. Równie dobrze można by zastosować rozumowanie sędziego do dowolnej innej iluzji. Jeśli uczeń zażądałby, aby mówić do niego „panie profesorze doktorze habilitowany”, bo taką ma „tożsamość” – to dlaczego i tego nie nakazać w imię ochrony „godności” ucznia? Albo gdyby uznał, że jest wcieleniem Kazimierza Wielkiego – dlaczego nie nakazać mówić do niego „wasza królewska mość”? Tu nie ma granicy. Jeżeli raz uznamy, że czyjeś iluzje mają być podstawą formułowania nakazów postępowania otoczenia wobec danej osoby, powinniśmy być konsekwentni.
Sąd zadziałał podobnie, jak działa TSUE czy bywało, że działał Trybunał Konstytucyjny: podstawy dla swojego orzeczenia wywiódł z bardzo ogólnikowych przepisów, czyli z art. 30 konstytucji: „Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych” oraz z prawa oświatowego, które stwierdza ogólnie o obowiązku poszanowania godności ucznia. Zaliczenie kwestii wyimaginowanej „tożsamości płciowej” do spraw godnościowych to już radosna twórczość sądu.
Drugi aspekt jest być może ważniejszy. Sąd apelacyjny oznajmił, że odmowa zwracania się do chłopca jako do dziewczyny nie naruszała niczyich praw ani interesów – i tu zwyczajnie skłamał. Aby to zrozumieć, trzeba najpierw przywołać sposób, w jaki swoje żądania argumentują zwykle takie osoby oraz zwolennicy przychylania się do ich urojeń. Twierdzą, że „co wam szkodzi” nazywać mężczyznę jak kobietę albo odwrotnie, albo też stosować określenia „neutralne płciowo” (bo i taki rodzaj urojenia jest możliwy). Otóż – szkodzi, ponieważ oczekuje się od nas, że w imię czyjegoś wyimaginowanego komfortu psychicznego będziemy zaprzeczali obiektywnej prawdzie. SA w Rzeszowie uznał, że tak właśnie należy robić, a obiektywną prawdę uznał za nieistotną. Tyle że w ten sposób wkroczył brutalnie w sferę światopoglądu innych osób. Kwestia tego, czy można ulegać złudzeniom, rojeniom i iluzjom grupy ludzi, stosując wobec nich niezgodne z faktami określenia (pamiętają Państwo jeszcze pana Szutowicza, nazywanego „Margot” przez postępackie media?), jest jak najbardziej przedmiotem ostrego ideowego sporu. W ten spór wchodzi SA w Rzeszowie i oczekuje od osób, które trwają przy stanowisku, że od iluzji ważniejsze są fakty, że zrzekną się swojej postawy i zaczną rzeczywistość fałszować. Tego nie wolno nakazywać nikomu.
Jeśli już sędzia z Rzeszowa tak lubi grzebać w konstytucji, to może niech dogrzebie się do art. 31, który mówi: „Każdy jest obowiązany szanować wolności i prawa innych. Nikogo nie wolno zmuszać do czynienia tego, czego prawo mu nie nakazuje” – a jako żywo prawo nie nakazuje nikomu ulegać czyimś iluzjom na temat swojej „tożsamości”; a także do art. 54, który powiada: „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji” (nawiasem mówiąc, umieszczenie artykułu dotyczącego wolności słowa na tak niskim miejscu w rozdziale o prawach i wolnościach osobistych jest znamienne). Przykre, że trzeba się dzisiaj upominać o prawo do nazywania mężczyzny mężczyzną, które chce nam odebrać zideologizowany sędzia.
Temu terrorowi woke’izmu odkrytego przez kręgi sędziowskie – na Zachodzie szczęśliwie zdychającego – poddawać się oczywiście nie wolno. Dlatego zapowiadam solennie, że będę „misgenderował” i „deadname’ingował” każdego, kto będzie próbował mnie zmusić, żebym w imię ideologii i jego uroszczeń zaprzeczał obiektywnej prawdzie. To już mieliśmy – w komunie. Teraz metody wracają, tylko etykietki się zmieniły.
Łukasz Warzecha