Dzisiaj

Muzyka i cierpienie. Jak zrozumieć krzyż w życiu Ignacego Jana Paderewskiego?

(Oprac. PCh24.pl)

„Ma pani słuszność, twierdząc, że każda biografia musi być wszechstronna – nie tylko gdy chodzi o czasy, w których się żyje, i zmiany w nich zachodzące, ale także w odniesieniu do ludzi i zdarzeń, które są przecież integralną ich częścią. Biografia powinna oddać nasze uczucia i emocje, rozwój umysłu i ducha – i to od lat dziecinnych do starości. Po prostu wszystko – wszystko bowiem przyczynia się do dokładnego oddania wizerunku danego życia” – czytamy w spisanych przez Mary Lawton Pamiętnikach Ignacego Jana Paderewskiego.

Dzieło to nie wpisuje się bynajmniej w schemat uproszczonej biografii muzycznego geniusza, który od najmłodszych lat wiódł prym i szybko został wyniesiony do sławy. Zamiast tego czytelnik poznaje postać naprawdę wielkiego formatu – nie tylko wybitnego pianistę i cenionego kompozytora, lecz także prawdziwego patriotę i ambasadora spraw polskich. Wrażenie to nie znika wraz z ostatnią stroną książki, lecz zostaje z odbiorcą na długo po zakończeniu lektury.

Pamiętniki naszego wielkiego rodaka w muzycznej literaturze wspomnieniowej są zjawiskiem wyjątkowym. Rzucają mianowicie mocne światło na epokę, w której przyszło mu żyć. Ukazują kondycję kulturalną i intelektualną ówczesnych elit – nie tylko muzycznych. Paderewski miał bowiem kontakty z najbardziej wpływowymi politykami swoich czasów. Jako że posiadał niekłamaną zdolność zjednywania sobie ludzi, wśród wielkich politycznych graczy, z którymi utrzymywał bliskie relacje, znaleźli się tacy ludzie jak brytyjski polityk lord D’Abernon czy prezydent Stanów Zjednoczonych Woodrow Wilson. Nie stronił też od towarzystwa równie liczących się na arenie międzynarodowej mężów stanu, choć trudno nazwać te stosunki przyjacielskimi. Z tego powodu biografia kompozytora obfituje w przeciekawe i zabawne anegdoty. W jednej z nich autor opowiada o starciu Davida Lloyda George’a z pewną sufrażystką podczas ichniejszego spotkania. Gdy ta nie mogła znieść stanowiska swojego oponenta, miała powiedzieć, że gdyby był jej mężem, na pewno by go otruła. W odpowiedzi premier Wielkiej Brytanii zapewnił kobietę, że gdyby była jego żoną, z pewnością sam zażyłby truciznę.

Wesprzyj nas już teraz!

Z przekazów historycznych wiemy, że swoje liczne koneksje muzyk umiejętnie wykorzystywał w kluczowych dla losu Polaków momentach. Jego niewątpliwe zasługi na polu walki o polską niepodległość domagają się pamięci ze strony mieszkańców kraju nad Wisłą. Sam kompozytor mówił o nich ze szczerą skromnością, zdając sobie jednocześnie sprawę z wagi poniesionych starań. Jednak to nie jedyny powód, dla którego zasługuje on na upamiętnienie i szacunek rodaków. We wspomnieniach Paderewski nade wszystko daje się poznać jako człowiek niezłomny i niezwykle utalentowany. Umiejętności muzyczne zdobył dzięki tytanicznym wręcz wysiłkom, mimo niewielkiego wsparcia i braku zachęty ze strony niektórych nauczycieli. Nie uchylał się także od pracy umysłowej. Wszystko to czyniło go postacią nieprzeciętną, zdolną odnaleźć się wśród najznamienitszych osobistości swoich czasów. Z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy powiedzieć, że większość jego niepospolitych przyjaciół nie miała pojęcia o trudach, z jakimi muzyk zmagał się od wczesnej młodości.

Już jako maleńkie dziecko pozbawiony został najcenniejszych doznań. Zaledwie kilka miesięcy po narodzinach przyszło mu rozstać się z matką na zawsze. Po śmierci rodzicielki przez wiele lat jedyną kobietą w otoczeniu była starsza siostra. Nie doświadczył więc matczynej opieki ani bliskości. Ukochany ojciec – jak czytamy w Pamiętnikach – był dla niego wszystkim. „Szlachetny i nieugięty, fizycznie przedstawiał też mocny, piękny typ”. Z perspektywy wspomnień naszego bohatera śmiało rzec można, że nie byłoby wielkiego Ignacego bez Jana Paderewskiego, po którym odziedziczył drugie imię.

Ojciec pianisty przedstawiał się w oczach syna nie tylko jako wzór niezłomności i cnót wszelakich, ale także jako przedziwny stróż w chwilach najdramatyczniejszych. O nieszczęściach pewnej eskapady po rosyjskich kresach na etapie wczesnej młodości Paderewski relacjonował następująco: „Pozbawiony wszystkiego: przyjaciół, pieniędzy, ubrania i – niemal – pożywienia. Wszystko straciłem i znalazłem się w kompletnej nędzy. W jaki sposób doszedł do mnie list ojca – nie wiem. (…) Byłem liściem oderwanym od drzewa. Często myślą powracam do tych dni, zawsze z uczuciem wielkiej wdzięczności dla mego drogiego ojca, a także dla Boga, który kierował jego czynami. Tak już było przeznaczone. Była w tym widoczna ręka Boga”.

Czy było przeznaczone naszemu polskiemu dobrodziejowi znosić trudy i znoje doczesności – nie sposób powiedzieć. Niewątpliwie w drogę jego życiowych zmagań na stałe wpisał się pewien rodzaj cierpienia. Życiorys Paderewskiego obfituje wprawdzie w momenty pełne sukcesów i niezwykłych zdarzeń. Dzięki swoim znakomitym umiejętnościom muzycznym znany i podziwiany był niemal wszędzie. Jego podróże po Australii i Nowej Zelandii są tego najlepszym przykładem. Za fasadą fantastycznej kariery toczył się jednak żywot człowieka dotkniętego przedwczesną śmiercią młodziutkiej żony, a także kalectwem i przedwczesnym odejściem jedynego syna. O przeciwnościach tamtych dni wspominał słowami: „Przeżyłem więc krótki, ale piękny epizod życia. Nawet mając lat dwadzieścia, można już poznać dole i niedole, poznać ból i nieodgadnione tajemnice ludzkiego istnienia. I znów stanąłem wobec nowej zmiany – znów samotnie musiałem iść naprzód w przyszłość”.

A przyszłość, aczkolwiek barwna i pełna zwycięskich momentów, okupiona została ogromnym wysiłkiem. Kunszt pianistyczny polskiego artysty był bowiem rezultatem całodziennych prób w warunkach nieraz urągających pracy muzyka. Podczas pierwszego tournée po Stanach Zjednoczonych, jeszcze jako nieznany w tej części globu, Paderewski przymuszony został kontraktem do występów w liczbie przewyższającej najśmielsze oczekiwania nawet najbardziej doświadczonych wykonawców. Z tego powodu prace nad repertuarem trwały tygodniami i odbywały się w miejscach zupełnie nieprzeznaczonych do tego typu praktyk. Pewnej nocy przyszło mu ćwiczyć na strychu składu fortepianów. Jak czytamy w zapiskach Mary Lawton: „Gdy obecnie to sobie przypominam, wydaje mi się, że musiało to faktycznie przedstawiać co najmniej niezwykły widok – pusty pokój, dwie migające świece i dwóch głośno chrapiących, każdy w swoim kącie: stróż nocny i mój sekretarz. Musieli mi posłużyć za całe źródło natchnienia. Ćwiczyłem aż do świtu. Nie chciałbym przeżywać więcej podobnych chwil”.

Przez całe późniejsze lata Paderewski odczuwał skutki zdrowotne swojej pierwszej amerykańskiej trasy koncertowej. I choć stała się ona dla Polaka przepustką do artystycznych i politycznych salonów Ameryki, następstwa tego wysiłku z czasem okazały się niezmiernie dokuczliwe. Cierpiał bowiem na chroniczny ból pleców oraz sztywność palca. Wielu medyków próbowało zaradzić tej ciągłej niedyspozycji, lecz mimo podejmowanych prób leczenia ich rezultaty pozostawały dalekie od zadowalających. Wymownym świadectwem przywołanego dramatu niech będzie cytowany fragment jego wspomnień: „Smutno zapisał mi się w pamięci ten okres życia. Dziwię się, że mój system nerwowy wytrzymał i że nie załamałem się zupełnie. Działo się to wówczas, gdy dochodziłem do celu, gdy byłem na drodze do zdobycia dużej fortuny. Cieszyłem się niezłą opinią jako pianista – i właśnie wówczas musiała nastąpić ta katastrofa. Nie miałem jeszcze trzydziestu dwóch lat, a stałem się do pewnego stopnia kaleką”.

Fizyczne dolegliwości nie złamały na szczęście muzycznej kariery naszego bohatera. Młodość, ambicja i konsekwencja w realizacji obranych celów stanowiły fundament przyszłych osiągnięć. Niemniej jednak sukces Paderewskiego był nade wszystko pokłosiem mozolnych starań. O ciężarach tych autor Pamiętników wyraził się następująco: „Czasami, gdy myślę o ogromie wręcz fizycznej pracy, której dokonałem, nie jestem w stanie zrozumieć, jak mogłem temu podołać; istotnie bowiem życie moje było stałym trudem i wysiłkiem, niekiedy niewdzięcznym, gdy musiałem – jakże często – uczyć się czegoś, co potrzebne było tylko chwilowo”.

Zapiski rekonstruujące życiorys naszego wielkiego rodaka nie są bynajmniej upamiętnieniem życiowych udręk. Wręcz przeciwnie – autor nie nadawał im szczególnego znaczenia, choć jednocześnie nie potrafił ich przemilczeć. Towarzyszyły mu bowiem na drodze jego ziemskiej wędrówki. Były niczym widoczna rysa na szkle. Z relacji wynika, że bunt, który się w nim rodził, postrzegał jako odruch jałowy. Zmuszony warunkami zewnętrznymi do stałej ciężkiej pracy, radził sobie ze wszystkim, co przynosiła mu codzienność. Dostrzegał w swych doświadczeniach pewien rodzaj prowadzenia, o czym mówi urywek jednego z wielu opowiadań: „A jednak Opatrzność okazała się dla mnie wyjątkowo łaskawa (…). Naprawdę nie mogłem się skarżyć, mój anioł stróż był dobrym opiekunem”.

Lektura Pamiętników Ignacego Jana Paderewskiego jest – poza wspomnianymi walorami – nadzwyczaj pouczająca. Człowieka tego formatu porównać można do posągu wyrzeźbionego z wielkim trudem: imponującego mistrzowską sprawnością dłuta artysty-rzeźbiarza, lecz jednocześnie przypłaconego jakąś niewidzialną stratą. Wspomnienia pianisty przedstawiają poniekąd niełatwą do zaakceptowania prawdę o życiu. Mówi nam o niej dogłębnie historia zbawienia. Utkana z życiorysów ludzi zmuszonych do podjęcia nierzadko wyczerpującej do cna walki, pokazuje, że Boża miłość zawsze nas w jakiś sposób rani. Bywa, że poddawani jesteśmy próbom przekraczającym – zdawałoby się – nasze siły. Każde z tych doświadczeń niesie ze sobą pewien rodzaj poświęcenia, ponieważ ogołaca nas ze wszystkiego, co jest nam drogie i co kochamy.

Dopiero po czasie widzimy, że były konieczne. Pozwoliły zdobyć potrzebną mądrość życia, by nasz rozwój przebiegał ku pełni człowieczeństwa. Lękamy się tych wyzwań, bo naprawdę bolą i ranią nas, gwałtownie otwierając serca, przekłuwając egocentryzm i niwecząc narcyzm. I choć nie chcemy, by przychodziły, znosimy je – zwłaszcza gdy nadamy im sens i wartość. Kiedy jesteśmy bowiem zranieni, a tym samym nieszczelnie zamknięci, możemy wniknąć w głębsze poznanie naszego Pana. Jak pisał św. Paweł w Liście do Filipian: „Moim celem jest poznanie Chrystusa, zarówno przez doświadczenie mocy Jego zmartwychwstania, jak i przez udział w Jego cierpieniach” (Flp 3,10–11).

Poznać Pana Jezusa i być do Niego podobnym – oto nasza misja. Przepięknym obrazem tej mądrości jest charyzmatyczna relacja stanowiąca parafrazę jednego z wersetów Księgi Malachiasza. Opowiada o grupie kobiet studiujących tekst prorocki. Gdy dotarły do trzeciego rozdziału, natknęły się na werset: „I zasiądzie jako Ten, kto roztapia i oczyszcza srebro; oczyści synów Lewiego, oczyści ich jak złoto i srebro (…)” (por. Ml 3,3). Werset ten wzbudził ich ciekawość i zastanawiały się, co dokładnie oznacza. Wybrana spośród nich miała dowiedzieć się, jak przebiega proces rafinacji srebra, i przekazać grupie swoje odkrycia podczas następnego spotkania.

W tym samym tygodniu skontaktowała się ze złotnikiem i umówiła spotkanie w jego pracowni. Nie wspomniała, co dokładnie ją interesuje; ograniczyła się jedynie do stwierdzenia, że ciekawi ją proces rafinacji srebra. Gdy weszła do pracowni, zobaczyła złotnika trzymającego kawałek srebra nad ogniem, aby się rozgrzał. Wyjaśnił jej, że podczas tego procesu kruszec należy umieścić w samym środku ognia, gdzie płomienie są najgorętsze, aby wypalić wszelkie zanieczyszczenia. Nieznajoma od razu pomyślała o Bogu i wersecie: „będzie siedział, roztapiając i oczyszczając srebro”. Zapytała więc złotnika: „Czy to prawda, że musisz siedzieć cały czas przed ogniem, gdy srebro jest oczyszczane?”. Mężczyzna odpowiedział: „Owszem. Nie tylko muszę siedzieć i trzymać srebro, ale przez cały czas, gdy przebywa w ogniu, muszę na nie patrzeć. Gdyby zostało zbyt długo w płomieniach – zostałoby zniszczone”. Kobieta, przyglądając się tym czynnościom, po chwili zapytała: „Skąd zatem wiesz, kiedy srebro jest w pełni czyste?”. Złotnik uśmiechnął się i odpowiedział: „To łatwe… W pełni jest oczyszczone wtedy, gdy widzę w nim swoje odbicie”.

Potwierdzeniem przywołanej interpretacji wspomnianego wersetu ostatniej księgi prorockiej Starego Testamentu jest fragment napisanego przez wybitnego pianistę wstępu do polskiego wydania jego Pamiętników: „Ciężkim, codziennym i systematycznym wysiłkiem przezwyciężać musiałem trudności od lat niemal dziecinnych. Przeszedłem twardą szkołę życia, za co los mój błogosławię. Dała mi ona hart ducha i umiłowanie mej pracy, umocniła mą wiarę w Boga i w ostateczne dobrej spawy zwycięstwo. Nie pozwoliła zboczyć z drogi prawej, ani ulec przeciwnościom. Kazała mi mocno stać przy mych zasadach chrześcijanina-Polaka. Dała mi u kresu mego życia spokój sumienia i zadowolenie ze spełnionego obowiązku”.

Anna Nowogrodzka-Patryarcha

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(2)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie