Dzisiaj

Scenariusze wojny. Strzelba Czechowa nad Zatoką Perską

(Oprac. PCh24.pl)

Uderzy, czy nie uderzy? Cały świat czeka na decyzję Stanów Zjednoczonych, które zgromadziły – i nadal gromadzą – ogromne siły w okolicach Iranu. Co prawda, równolegle z gromadzeniem sił, widzimy kolejne rundy negocjacji, te jednak wydają się nie przynosić szczególnych skutków. Tymczasem, rozmaite media prześcigają się w cytowaniu przeważnie anonimowych urzędników amerykańskich, którzy mówią już o 90-procentowym prawdopodobieństwie uderzenia jeszcze w ten weekend.

Z pewnym ociąganiem powróciłem do tematu Iranu, aby spróbować zaktualizować to, co pisałem w tym temacie zaledwie trzy tygodnie temu. Zasadniczo, niczego nie musiałbym zmieniać w tamtym tekście. Ot, jeden szczegół okazał się błędny, bo okazało się że drugi lotniskowiec o jakim tam pisałem, USS George H. W. Bush, jednak nie popłynął na wschód – ale zamiast niego, bodaj dwa tygodnie później usłyszeliśmy oficjalny komunikat że w stronę Iranu zmierza nowszy, i bynajmniej nie mniej potężny USS Gerald R. Ford. Co się tyczy przyszłości, tu również niewiele muszę zmieniać – choć przyznam, spodziewałem się że Amerykanie podejmą decyzję w ciągu dwóch tygodni, a tymczasem nadal sprawa jest odwlekana, to jednak, dopóki koncentracja sił amerykańskich narasta, dopóty szanse na uderzenie rosną niezależnie od upływu czasu. Trudno zresztą, żeby było inaczej, gdy trwa chyba bezprecedensowa akcja medialna budowania, podtrzymywania, pompowania poparcia dla tej wojny.

Ten weekend, czy przyszły?

To jest niewątpliwie moment, aby rozważać już nie pytanie czy dojdzie do wojny, ale raczej jak – konkretnie, jak może ta wojna wyglądać. To nie znaczy, oczywiście, że Ameryka na pewno uderzy. Tym bardziej nie znaczy to, że należy traktować poważnie anonimowe wypowiedzi o takich a takich prawdopodobieństwach uderzenia – nikt nie wie jakie jest realnie prawdopodobieństwo, bo ostateczną decyzję podejmie Donald Trump, który od początku swej prezydentury usilnie – i z powodzeniem – stara się kultywować wizerunek osoby skrajnie nieprzewidywalnej. Cóż więc znaczy prawdopodobieństwo nalotów w ten weekend, gdy Trump sam mówi o perspektywie około 10 dni? Nie znaczy to wiele, bo nie sposób powiedzieć która wypowiedź jest bliższa prawdzie. Czy będzie nalot w sobotę, w niedzielę? Nie wiem, choć szczerze – wątpię. Czy nadejdzie w przyszłym tygodniu, w przyszły weekend? Nie wiem, choć przyszły weekend wydaje się znacznie bardziej logicznym terminem – da to czas ostatnim napływającym do regionu amerykańskim siłom do osiągnięcia gotowości, da to też czas Irańczykom aby udzielili Ameryce jakiejś odpowiedzi dyplomatycznej która dałaby choćby cień wymówki do rozpoczęcia akcji (tak czy inaczej sprzecznej z traktatami międzynarodowymi, czego chyba nie trzeba tłumaczyć), i wreszcie – odwlecze to wojnę do czasu po dobiegającym końca igrzyskom olimpijskim. Przypuszczenie zaś że akcja zacznie się w weekend a nie wcześniej, wynika z przypuszczeń analityków, że Trump będzie wolał poczekać do chwili, gdy będą zamknięte giełdy, aby w pierwszym szoku ataku nie doszło do tąpnięcia. Nadzieja administracji byłaby więc taka, że uderzając w weekend, zdążą osiągnąć znaczące sukcesy zanim w poniedziałek na nowo rozpocznie się handel.

Wesprzyj nas już teraz!

To wszystko nadal nie znaczy że uderzenie w ten czy przyszły weekend jest pewne. Amerykanie mogą zdecydować się odwlec uderzenie dłużej, czy to ze względu na trwające jednak negocjacje (choć raz już uderzyli tuż przed planowanym spotkaniem negocjacyjnym), czy dla jakichś innych względów. Jednak najmniej prawdopodobnym scenariuszem wydaje się zupełny brak uderzenia – że miałoby dojść do jakiejś gładkiej ugody, i de-eskalacji. Dlaczego? Mówiąc lapidarnie – bo strzelba Czechowa. Rozwińmy tę myśl.

Trump więźniem strzelby Czechowa?

Amerykanie obecnie już zgromadzili ogromną siłę ognia wokół Iranu, a nie wszystkie ich zasoby jeszcze dotarły na miejsce – wspomniany już USS Ford prawdopodobnie dopiero zajmuje swoje stanowisko, przy czym nie jest jasne czy lotniskowiec ten będzie aktywnie uczestniczył w nalotach, czy tylko osłaniał amerykańskie bazy oraz Izrael przed irańskimi kontruderzeniami. W każdym razie, niektórzy analitycy mówią o największej koncentracji amerykańskich wojsk od czasów wojny w Iraku przed dwoma dekadami. Nie jest to do końca prawdą, gdyż o ile siły morskie i lotnicze są faktycznie tak potężne jak wówczas, o tyle wojska lądowe wydają się być nieobecne w tym równaniu, lub obecne tylko w ilościach bardzo ograniczonych. Owszem, publicznie dostępne dane radarowe odnotowały przylot kilku samolotów transportowych dostosowanych do lądowania na improwizowanych lądowiskach, co sugeruje że w amerykańskich planach figurują małe, skoncentrowane akcje sił specjalnych – ale o pełnej inwazji lądowej nikt póki co nie mówi. Niemniej, logika sytuacji wydaje się być nieubłagana i w pewien żałosny sposób teatralna – i tu właśnie kłania się dramaturg Anton Czechow. Chodzi o słynną zasadę kompozycji teatralnej sformułowaną niegdyś przez niego, która brzmi następująco: w trosce o oczekiwania publiczności, jeśli w pierwszym akcie powiesiłeś strzelbę na ścianie, to w kolejnym musi wystrzelić. Inaczej nie powinno jej tam być. No więc, Donald Trump powiesił na ścianie znacznie więcej niż tylko strzelbę…

Można by pomyśleć, że to absurd, odnosić się do reguł rodem z dramaturgii, w polityce międzynarodowej. Tu przecież króluje zimna kalkulacja i Realpolitik, czyż nie? A jednak. Zimne kalkulacje Realpolitik muszą uwzględniać czynnik ludzki – psychologię, emocje, i tak trudno mierzalne elementy jak ego oraz reputacja. Te elementy zaś sprawiają, że największemu światowemu mocarstwu (choć przyznam, od jakiegoś czasu zastanawiam się czy ten tytuł obecnie nie przysługuje już raczej Chinom) przewodzonemu przez wybitnie egotystycznego prezydenta, będzie niezmiernie trudno wycofać się z obecnej sytuacji bez bardzo konkretnego zwycięstwa. Do tego już nas Trump przyzwyczaił – choć zdarza mu się, i to często, wycofywać ze swoich działań, to zawsze warunkuje to osiągnięciem jakiegoś choćby pretekstu do ogłoszenia wielkiego – największego, historycznego, i tak dalej – zwycięstwa. Im większa zaś skala działań, im większe groźby padły wcześniej, tym większy musi być ten sukces. Oczywiście, nieraz jego sukcesy są czystą retoryką maskującą porażkę, co sprawiło, że wielu komentatorów w Stanach mówi o „taco” Trump – przezywając go nazwą meksykańskiej potrawy, za którą kryje się skrót od słów „Trump always chickens out” – Trump zawsze tchórzy. Jest to prawda – Trump nie jeden raz zaskoczył, w sumie bardzo pozytywnie, wycofując się w ostatniej chwili z tej czy innej idiotycznej akcji która przyniosłaby jemu i Ameryce opłakane konsekwencje. Ale zawsze musi być ku temu wymówka, a im większa akcja, im więcej wysiłku włożonego w jej przygotowanie, tym poważniejsza musi to być wymówka aby pozwolić zachować pozór – jeśli nawet nie przed całym swym narodem, to chociaż przed własnymi zwolennikami.

Tymczasem, jak już mówiliśmy przed trzema tygodniami, presja na Trumpa w Stanach jest ogromna. I jest to presja wykalkulowana właśnie na ten scenariusz – nie żeby Trumpa zmusić do działania, ale żeby sprawić iż Trump sam poczuje się zobowiązany do podjęcia działania, lub raczej że będzie bał się nie podjąć działań. Stąd zwolennicy interwencji – wiodący wśród nich jest wpływowy senator Lindsey Graham, a za granicą, oczywiście premier Izraela Beniamin Netanjahu – mówią o tym, że nie dokonanie tego uderzenia teraz byłoby kolosalną stratą pieniędzy i twarzy. Że nie podjęcie działań teraz, gdy – według nich – Islamska Republika Iranu przeżywa moment słabości, byłoby tragicznym błędem nie do odrobienia w przyszłości. Że nie wolno ograniczać się w negocjacjach tylko do sprawy programu nuklearnego Iranu, że musi być stanowcze żądanie (niemożliwe do spełnienia dla Iranu) eliminacji irańskiej broni balistycznej oraz de facto wycofanie swoich wpływów z całego regionu. Wspominany nieraz w ostatnich miesiącach niedoszły następca perskiego tronu, Reza Pahlawi, również jest niezmiernie aktywny w mediach i na forach międzynarodowych – niezmiernie, niezmiernie ważnym sygnałem jest to, że o ile w ubiegłym roku na prośbę Islamskiej Republiki nie dopuszczono Pahlawiego na coroczną Monachijską Konferencję Bezpieczeństwa, o tyle w tym roku został on zaproszony do aktywnego udziału. Wydaje się to sugerować, że również Europa chciałaby co najmniej wymusić ustępstwa po stronie Iranu, jeśli nie wprost doprowadzić do zmiany reżimu. Ważnym argumentem wymierzonym w Trumpa jest fakt iż wcześniej obiecał interwencję na rzecz protestujących, zachęcając ich do wyjścia na ulicę, a potem pozwolił by protesty zostały stłumione. Stąd też tak wiele w mediach podaje się maksymalistyczne, zupełnie niczym niepotwierdzone liczby zabitych – najpierw zaczęto mówić o 30 tysiącach, a w ostatnich dniach dało się nawet usłyszeć o „36 tysiącach w samym Teheranie”. Żeby było jasne, te mrożące krew w żyłach liczby nie są niemożliwe, i mogą ostatecznie okazać się prawdziwe – ale znamienny jest fakt iż chcąc wywrzeć presję moralną na Stanach, zwolennicy interwencji zawsze sięgają do najwyższej liczby, nie przejmując się w żaden sposób weryfikacją. Zarazem, poza czynieniem Trumpowi takich wyrzutów, mami się go możliwością że przejdzie do historii jako ten, który naprawił błąd popełniony jeszcze przez prezydenta Cartera przed półwieczem, gdy tamten nie zdołał powstrzymać rewolucji w Iranie.

Moim zdaniem, poziom presji który obecnie osiągnięto praktycznie uniemożliwia Trumpowi wyjście z obecnej sytuacji bez wojny. Ostatnią chyba szansą byłoby dogadanie się z Iranem, aby zgodził się na teatralną wymianę ciosów, podobną do tej która miała miejsce w lipcu ubiegłego roku, kiedy to po nalotach amerykańskich, Iran odpowiedział dosłownie tylko symbolicznie. Tyle tylko że Irańczycy ponoć zapowiedzieli Amerykanom że tym razem kategorycznie nie ma mowy o czymś takim – że ich odpowiedź na jakiekolwiek uderzenie będzie pełnoskalowa. Wynika to z tego że przynajmniej część rządu Iranu uważa że muszą odbudować zdolność odstraszania, bo inaczej raz po raz będą musieli się godzić na coraz to kolejne „ograniczone” uderzenia. Odbudowa ta polegałaby na tym, że zniosą bolesne ciosy ze strony Ameryki, a ich odpowiedź również będzie bolesna, na tyle żeby pokazać iż nawet jeśli Stany mogą pokonać Iran w wojnie, to jednak nie zdołają obalić rządu bez poniesienia ekstremalnie wysokich kosztów.

Scenariusze wojny

Wszystko wskazuje na to, że właśnie ta gotowość Iranu do przyjęcia ciosu i wyprowadzenia kontruderzenia sprawiła że Trump nie zdecydował się na naloty jeszcze w styczniu, i dlaczego do dzisiaj nadal czekamy na ostateczną decyzję, podczas gdy Ameryka gromadzi coraz to większe siły w regionie – już nie siły na jeden ograniczony nalot, ale wykalkulowane na kilkutygodniową intensywną kampanię wojenną. Obydwie strony widzą mocne argumenty za przejściem do zbrojnej konfrontacji, obydwie uważają że mogą z niej wynieść korzyść – ale przecież jeśli faktycznie do tego dojdzie, to jedna ze stron będzie musiała się mylić. Zadajmy więc w końcu to pytanie: jakie skutki może przynieść ta wojna?

Na wstępie, muszę przypomnieć rzecz następującą – zadaniem analityka nie jest ocena sytuacji według kryteriów moralnych, a raczej według możliwych skutków oraz ich prawdopodobieństw. Choć więc Stany Zjednoczone nie mają żadnych podstaw do uderzenia na Iran, i trudno tu mówić o wojnie sprawiedliwej w teologicznym ujęciu, nie zmienia to faktu że osiągnięcie przez Stany obalenia obecnego rządu Iranu bez nadmiernych strat ludzkich można by postrzegać jako w miarę optymistyczny scenariusz. Czy lepszy dla Irańczyków niż status quo? Nie śmiem tego oceniać, wiem natomiast że wśród Irańczyków jest wielu, którzy uważają że nawet wojna jest lepsza niż dalsze trwanie ustroju który właśnie zabił co najmniej kilka tysięcy obywateli w ciągu kilku dni. Jaki jest poziom poparcia dla tego stanowiska – nie wiem.

Problem w tym, że patrząc na Iran, nie widzę nijak możliwości aby amerykańskie uderzenie mogło osiągnąć cokolwiek, jeżeli nie będzie długotrwałe i intensywne – co zresztą właśnie sugeruje ilość przygotowanego na tę okazję sprzętu. Obawiam się, że taka kampania nabierze tylko dynamiki w trakcie. Amerykanie wydają się liczyć na to, że ich przewaga technologiczna pozwoli na długotrwałe działania bez strat. Co jeżeli te straty jednak nastąpią? Uszkodzenie czy zatopienie nawet niszczyciela, o lotniskowcu nie wspominając, śmierć kilkudziesięciu albo więcej amerykańskich marynarzy, sprawiłaby że jakikolwiek rozejm nie wchodziłby już w grę. Wtedy jedyną akceptowalną dla Stanów formą zakończenia konfliktu byłaby kapitulacja irańskiego rządu. Czy może do tego dojść? Cóż, choć często mówi się, że nikt nie poddaje się pod presją nalotów, to jednak trzeba pamiętać, że swego czasu, rząd Serbii poddał Kosowo właśnie w obliczu zniszczeń dokonanych przez NATO-wskie, głównie amerykańskie naloty. Ale nikt wtedy nie mówił o obaleniu całego rządu, ani tym bardziej nikt nie odgrażał się, że poszczególni obrońcy reżimu zapłacą własną krwią za przewinienia całego rządu.

Obawiam się więc, że Islamska Republika nie ma żadnego powodu do kapitulacji, chyba że – to wydaje się zupełnie nieprawdopodobne – zostałaby pokonana na lądzie, drogą regularnej inwazji. Niemniej, długotrwałe naloty mogą bardzo realnie osłabić struktury państwa, zniszczyć jego tkankę gospodarczą – elektrownie, rafinerie – i doprowadzić w końcu do upadku kraju. Nie jest tajemnicą, że dla sojusznika Stanów, jakim jest Izrael, taki scenariusz jest najbardziej pożądany. O ile więc Trump być może liczy na to że uda się w Iranie osiągnąć, że tak powiem, Wenezuelę, o tyle Izrael będzie dążył do przeistoczenia Iranu w Syrię. To zaś oznaczałoby wieloletnią wojnę domową, chaos, setki tysięcy zabitych, i co najmniej kilkanaście milionów uchodźców. Przy czym, nie ma żadnej pewności że rząd który ostatecznie wyłoni się z tego chaosu będzie lepszy niż obecny. Obecnie bowiem, licząca kilkaset tysięcy ludzi Gwardia Rewolucji jest zaledwie tylko podporą rządu – ale niejeden raz w historii Persji zdarzało się, że gwardia pałacowa przejmowała władzę nad państwem. Tymczasem, my nie zdajemy sobie sprawy jak silnie umocowana w Iranie jest Gwardia Rewolucji, jak silne są jej powiązania z wielkimi fundacjami religijnymi, które dzierżą w swoich rękach bodajże połowę całej irańskiej gospodarki. Kto miałby więc wypełnić pustkę, gdyby upadł rząd? Czy zrobi to opozycja – czy ci, którzy do tej opozycji bez wahania strzelają?

O ile nie okaże się, że struktury aparatu władzy w Iranie są przegnite w sposób trudny do przewidzenia, a przynajmniej dziś niewidzialny – czyli że na przykład, w chwili kolejnej próby, bojownicy Gwardii Rewolucji odmówią tłumienia zamieszek, albo że wojsko obróci karabiny w kierunku tejże Gwardii, o tyle nic nie wskazuje na to, aby amerykańskie uderzenie mogło przynieść coś więcej niż tylko chaos, krew, i dewastację Persji. Jeśli zaś poniosą Amerykanie porażkę, nie tylko wszyscy odczujemy skutki porażki hegemona w polityce międzynarodowej, ale też zwycięstwo dla Iranu będzie czysto pyrrusowe, gdyż kraj dalej będzie duszony zarówno przez sankcje gospodarcze, jak też i przez własny ustrój, który na przestrzeni ostatnich dwóch dekad okazał się zupełnie niezdolny do wewnętrznej reformy.

Wojna to coraz bardziej wydaje się nieuchronna. Toteż szukam jakichkolwiek przesłanek do optymizmu, do stwierdzenia, że wojna ta przyniesie więcej dobra niż zła. Nie znajduję żadnych. Cóż – dla dobra mieszkańców Iranu, pozostaje mi mieć nadzieję że moja własna analiza jest zupełnie chybiona, a przebieg wydarzeń będzie zupełnie inny. Oby.

Jakub Majewski

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(3)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie