„Naszym zadaniem jest słuchanie biskupów i zespołów synodalnych oraz towarzyszenie im, głównie poprzez dialog z odpowiednimi strukturami na poziomie kontynentalnym. Jesteśmy również gotowi towarzyszyć poszczególnym Kościołom lokalnym, zakonom, wspólnotom, ruchom lub innym instytucjom kościelnym, które proszą o wsparcie, priorytetowo traktując Kościoły dysponujące mniejszymi zasobami. Ponadto jednym z naszych zadań jest promowanie synodalności poprzez zachęcanie ludzi do podążania tą drogą w sposób synodalny. W praktyce oznacza to wiele spotkań w Rzymie z biskupami i innymi członkami Kościołów lokalnych, ale także liczne podróże do lokalnych Kościołów, aby dać impuls, słuchać i odkrywać, jak synodalność jest wdrażana w różnorodnych kontekstach kulturowych i kościelnych. Synodalność musi opierać się na konkretnej sytuacji i kontekście. Najlepszym podejściem jest utworzenie zespołów synodalnych na poziomie diecezji lub parafii, które będą kreatywnie współpracować z biskupem lub proboszczem w celu rozróżnienia priorytetów i konkretnych kroków w oparciu o wytyczne zawarte w dokumencie końcowym. Może to oznaczać na przykład wprowadzenie dialogu duchowego w radzie parafialnej, organizowanie synodalnych zgromadzeń parafialnych, powołanie diecezjalnej konferencji duszpasterskiej, zaangażowanie większej liczby osób świeckich – zwłaszcza ludzi młodych i kobiet – w role przywódcze, szkolenie seminarzystów i księży w zakresie przywództwa synodalnego itp. Idzie to w parze z ekumenizmem, ale także z dialogiem międzyreligijnym, dialogiem ze społeczeństwem i wszystkimi ludźmi, oraz podkreśla znaczenie słuchania wszystkich, zwłaszcza ubogich i marginalizowanych”.
Przepraszam za przydługi cytat z wywiadu jaki siostra Nathalie Becquart, podsekretarz w Sekretariacie Synodu Biskupów, udzieliła portalowi katholisch.de, oczywiście niemiecko-katolickiemu portalowi. Długi, aby czytelnik mógł się dobrze wczuć w ten przedziwny język. Cóż to nam przypomina, nam starszym, którzy pamiętają czasu PRL? Tak, oczywiście, to partyjna nowomowa, którą nas ciągle raczono informując o wielkich, demokratyzujących przemianach w PZPR! Demokratyzacja Partii, o którą tak walczono od lat 60tych, to po dzisiejszemu byłaby „droga synodalna”.
Mamy więc dialog struktur kontynentalnych ze wszystkimi o wszystkim. Na praktyce oprócz wielu mejli i referatów oznacza to także wielu konferencji na poziomie zakładowych, gminnych, wojewódzkich, a nawet międzynarodowych organizacji partyjnych, o przepraszam, kościelnych. Właśnie teraz tylko z mojej prowincji dwóch współbraci uczestniczy w takich zgromadzeniach synodalnych: jeden w Salamance, drugi w Kuala-Lumpur. Niech sobie chłopaki pojeżdżą i świata trochę zwiedzą – podróże kształcą. Ale to oznacza niestety wiele biletów lotniczych i w konsekwencji gigantyczny ślad węglowy. A jak to się ma do Zielonej Encykliki? Papież Franciszek przewraca się w grobie, bo przecież nie może być tak, że przy okazji drogi synodalnej zdewastujemy nasz wspólny dom (czytaj: planeta ziemia). Zwróćmy też uwagę, że w tych synodalnych refleksjach, o których reflektuje siostra Nathalie, Kościół jest traktowany jako instytucja świecka i nie ma tam miejsca na wymiar duchowo-nadprzyrodzony.
Wesprzyj nas już teraz!
Właśnie miałem okazję porozmawiać z jednym z polskich księży, który od wielu lat pracuje w niemieckiej parafii. Parafia według płacących Kirchensteuer, czyli podatek kościelny, liczy 8000 dusz, natomiast aktywnych katolików jest 150. Msza niedzielna liczy po kilkadziesiąt osób. To daje około 2% populacji. To nawet mniej niż procent chrześcijan w czasach rzymskich, kiedy Kościół jak wiadomo był poddany krwawym prześladowaniom. Tak, ale wtedy to były prześladowania wiary katolickiej przez wrogów zewnętrznych, a teraz mamy o wiele niebezpieczniejszych wrogów wewnętrznych. Jak powiedział sam Jezus: „Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą” (Mt 10,28). Rzymski żołnierz mógł zabić tylko ciało chrześcijanina, natomiast synodalny aktywista może zagrozić i jego duszy.
Jak wiadomo proces synodalny najlepiej rozwija się w krajach niemieckojęzycznych, czyli tam gdzie właśnie Kościół dogorywa i domrzeć nie może. A dlaczego umrzeć nie może? A to dzięki Kirchensteuer. Płacą go głównie ludzie, których związki z Kościołem Katolickim są już prawie żadne i których wyobrażenia o chrześcijaństwie mogą być zupełnie dziwne. Katolicy „podatkowi” to 25 % populacji Niemiec, czyli 10 razy więcej niż ci realni, którzy uczestniczą w Mszy niedzielnej. Kto płaci ten zamawia muzykę, czyli ludzie którzy mają w głowie liberalno-lewicową kaszę chcą decydować o tym, na co ich podatek kościelny jest wydawany. O rozdziale pieniędzy ciągle jeszcze decydują biskupi, którzy są pod ogromną presją swoich katolików-podatników. Ostatnio na 69 czynnych niemieckich biskupów tylko 4 nie podpisało się pod deklaracją wprowadzenia homopropagandy do katolickich szkół. Biskupi nie chcą się afiszować ze swoją wiernością nauczaniu Kościoła, bo wtedy jeszcze więcej Niemców z niego wystąpi (co roku około 0,5 mln), co oznacza spadek dochodów z podatku i konsekwentnie może zagrozić zapaścią gigantycznej kościelnej biurokracji. I dlaczego Kościół w Niemczech jeszcze nie zmarł? Ponieważ podatek kościelny pozwala funkcjonować jego gigantycznym strukturom. To miliardy Euro, które można rozdysponować. Kościół Katolicki w Niemczech i organizacje z nim powiązane są największym pracodawcą w tym kraju. Ta armia urzędników, czyli aparat ma swoje interesy. Jest naturalne, że chcieliby mieć większy wpływ na podział zysku. I tu właśnie droga synodalna jest wyśmienitą okazją do demokratyzacji procesu decyzyjnego. Aparat walczy o kasę.
Szkopuł w tym, że zaczynając od Jezusa Kościół ma władzę hierarchiczną i dożywotnią. Watykan jest ostatnią absolutną despotią na świecie, w której papież ma pełną i nieograniczoną władzę (w państwie watykańskim nie ma nawet konstytucji!). To biskup w diecezji, a proboszcz w parafii decydują i odpowiadają za wszystko jednoosobowo. Oczywiście mamy w Kościele kryzys władzy, kiedy to duchowni nie chcą podejmować decyzji i brać za nie odpowiedzialności. Wtedy bardzo użyteczne są Panie referentki pastoralne i różnego rodzaju rady parafialne, które gnuśnego proboszcza wyręczają w rządzeniu. W Polsce taka uzurpacja władzy w Kościele lub przekazywanie jej do szarej strefy jest rzadkością, ale w Niemczech to już zupełnie normalne. Nieprawomocna władza musi oczywiście doprowadzić do kryzysu instytucji i ten nieunikniony proces obserwujemy już nie tylko w Niemczech. Jednak jest to także proces oczyszczenia, bo każdy kryzys jeśli go przyjąć z wiarą prowadzi do odnowy.
Poganizację Niemiec i kryzys tamtejszego Kościoła przewidział już młody teolog Ratzinger i za wygłaszanie takich defetystycznych opinii spadły wtedy na niego gromy ze strony różnorakich kościelnych tuzów. Ratzinger przewidział także odnowę Kościoła, który choć mały, to będzie silny i autentyczny. Jako papież proponował niemieckim biskupom odejście od systemu Kirchensteuer wskazując, że jest on ogniskiem infekcji zagrażającej całemu organizmowi. Niemieckim biskupom jednak zabrakło odwagi, żeby wyzwolić swój Kościół z tej niewoli babilońskiej, z niewoli Mamony. Jak widać za 500 lat nic się u naszych zachodnich sąsiadów nie zmieniło: 500 lat temu handel odpustami doprowadził do herezji, teraz do bezbożnictwa prowadzi podatek kościelny. Niemieckim biskupom zabrakło odwagi rozwalić bożka Mamony, ale starczyło lizusostwa, aby niemieckim dzieciom zaśmiecać głowę homopropagandą. Agonia więc trwa.
Czy nas to dotyczy? Jak na razie niezbyt, bo polski proboszcz na zagrodzie równy wojewodzie, a już skarbonki kościelnej żadnej referentce pastoralnej nie da liczyć. Niewątpliwie w Polsce jesteśmy dopiero w procesie dopuszczania świeckich do procesu decyzyjnego w parafii i diecezji. Pamiętajmy jednak o przestrodze zza Odry, żeby ta synodalność nie podmyła fundamentów władzy w Kościele. Mądrzy ludzie przestrzegali Franciszka, że w wielu krajach rozkręcanie synodalności może przynieść tyle dobrego, co złego. I jak to zwykle w czasach tego pontyfikatu bywało papież pozostał mądry po szkodzie, kiedy w obliczu przegięć w pojmowaniu synodalności w Niemczech, musiał co nie co śrubkę z powrotem podkręcić. My możemy spać spokojnie, bo takie nadużycia nam jak na razie nie grożą – tzn. nie spać tylko „promować synodalności poprzez zachęcanie ludzi do podążania tą drogą w sposób synodalny, aby dać impuls, słuchać i odkrywać jak synodalność jest wdrażana w różnorodnych kontekstach kulturowych i kościelnych, bo synodalność musi opierać się na konkretnej sytuacji i kontekście”. Co niech się stanie: Amen.
Brat Damian Wojciechowski TJ
„Katolicyzm germański. Czy Polacy przyjmą obcy model wiary?”
