Dzisiaj

Dialektyka obłędu, czyli jak nowy marksizm podbijał zachodnią kulturę

(Oprac. PCh24.pl)

Minęły już pierwsze lata XXI wieku, kiedy kulturę zachodnią opanował – po latach senności i niemrawości – prąd nowy lecz silny. Stopniowo acz dynamicznie rozprzestrzeniał się w czołowych krajach zachodnich, swój oddźwięk znajdując także na peryferiach. W okolicach połowy drugiej dekady niedawno rozpoczętego millenium osiągnął swą dojrzałość, zataczając coraz szersze kręgi, w latach ostatnich zaś dokonał już całkowitej ekspansji na jej główny nurt. Przybywał na skrzydłach haseł wzniosłych i dumnych. „Równość”, „tolerancja”, „otwartość”, „akceptacja inności”, a także nieco bardziej specyficznych, mniej uniwersalnych, za to bardziej doń przypisanych, jak „wielokulturowość” czy „inkluzywność”.

Świeżość jego haseł była wszakże zakorzeniona w tradycji – twórcy jego, z podniesionymi czołami niosąc kaganek postępu, starali się od początku, niby propagatorzy osiemnastowiecznego oświecenia czy też twórcy pozytywistycznych nowel, nawracać prostaczków o anachronicznej mentalności na wiedzę i moralność, jaka przystoi ludziom dwudziestego pierwszego wieku.

Nurt ów szybko znalazł swych zwolenników: podążyli za nim i elokwentni recenzenci, i krytycy, ogłaszając artystyczną wielkość czołowych jego reprezentantów i ich dzieł, podążyli również i doświadczeni badacze, z zapałem przyglądając się jego estetycznym i intelektualnym niuansom i subtelnościom, podążyli wreszcie i miłośnicy kultury, szczególnie ci młodsi, wyrobieni i wielkomiejscy, poczuwszy, że oto wreszcie nadeszła sztuka, która właściwie oddaje ducha ich czasów. Lecz pośród tak licznych zalet nurt ów miał i pewną wadę, być może tylko jedną, acz, niestety, niemożliwą do pominięcia: wszystko, co w nim dobre, było pozorne.

Wesprzyj nas już teraz!

W szczególności zaś, pozorna była jego świeżość. Stanowił on całkiem naturalną pod względem idei inkarnację – jedną z wielu, które się na przestrzeni dekad pojawiły – nurtu, jakiego korzenie sięgały połowy dziewiętnastego stulecia. Nurt ów, znany powszechnie pod nazwą marksizmu, zawładnął w dwudziestym wieku znaczną częścią sceny politycznej w Europie i choć planowana przez jego przywódców międzynarodowa rewolucja nie w pełni się udała, nie przeszkodziło mu to pozostać jedną z bardziej wpływowych sił nie tylko pośród społeczno-politycznych ideologii, ale również uzyskać zupełnie nowy wymiar w obrębie kultury. Rzecz jednak szczególna: opisane w pierwszych dwóch akapitach, ostatnie z jego wcieleń, o którym od parunastu lat tak bardzo w Europie Zachodniej głośno, w głównym nurcie nauki i dyskusji publicznej wciąż nie jest traktowane jako niezbywalna jego część, a propagatorzy owej „nowej” ideologii, mimo jej ewidentnych z marksizmem zbieżności, uparcie traktują tego rodzaju konstatację jako „teorię spiskową”. 

Korzenie

By właściwie zrozumieć naturę zjawiska, jakiego mamy okazję być świadkami, musimy się cofnąć do samych początków, do tego momentu w historii, kiedy położono fundament pod wielkie i wciąż trwające przemiany, o których kres pyta dziś wielu. W momencie owym nie istniał nawet jeszcze sam marksizm, ale pojawiły się w cywilizacji zachodniej tendencje, które umożliwiły jego zaistnienie o ponad wiek później. Mowa rzecz jasna o nurcie oświecenia, od którego później nazwano epokę, jakiej ramy wyznaczono na większą część wieku osiemnastego. W jego retoryce nie było w istocie nic szczególnie nowego, każde ze zjawisk obecnie z nim utożsamianych istniało w kulturze Zachodu w tej czy innej formie już wcześniej; zwłaszcza w stuleciu poprzedzającym, w myśli filozoficznej Kartezjusza, Locke’a czy Hobbesa znaleźć możemy myśli podobne do tych, które oświecenie potem rozwijało.

Niektóre z nich, jak oparcie wiedzy na fundamentach racjonalizmu i empiryzmu, dążenie do opracowania spójnej metody naukowej, brzmiały stosunkowo niegroźne; inne, jak daleko idące reformy organizacji politycznej i społecznej, oparcie pracy naukowej w całości na modelu ścisłym i przyrodniczym, wzbudziły od razu wiele kontrowersji; jeszcze inne, jak programowy ateizm niektórych czołowych myślicieli (np. twórców francuskiej Wielkiej Encyklopedii) były na tyle radykalne, iż pozostały przedmiotem gorących sporów aż do naszych czasów. Choć marksizm nie kontynuował oświeceniowej linii we wszystkich aspektach, nie ulega wątpliwości, że przygotowała ona grunt pod jego zaistnienie w sposób znakomity: marksizm był ideologią mas (oświecenie stawiało sobie za cel popularyzację i upowszechnienie wiedzy), miał wymiar przede wszystkim społeczno-polityczny (rewolucyjne hasła społeczno-polityczne, zbliżone do marksistowskich, były jednymi z najistotniejszych postulatów oświecenia), był bezkompromisowy, zwłaszcza w swym odrzuceniu metafizyki i religii (oświeceniowy scjentyzm i racjonalizm miały takiż właśnie charakter), w kwestii etyki odrzucał tradycyjne dogmaty, zwłaszcza te chrześcijańskie (przeciwko którym również i oświecenie występowało otwarcie) wreszcie, w założeniach swych miał dynamiczne propagowanie ideologii, by pozyskiwała jak najszersze kręgi wyznawców (jak też, poprzez metody jawne i niejawne – ze szczególnym uwzględnieniem działalności masonów – czyniło oświecenie).

Również i klimat intelektualny czasów pozytywizmu, już przezeń współtworzony, sprzyjał marksizmowi: były one w większości ideową kontynuacją programu oświeceniowego, zaś utylitarystyczne cele, kajdany „misji społecznej” narzucane wówczas szeroko pojętej humanistyce i literaturze, odebrawszy im natchniony charakter, jaki wyniósł je na szczyty w twórczości romantyków, szły w parze z tendencjami marksizmu. A jednak, mimo tak przygotowanego gruntu i coraz bardziej, u progu dwudziestego wieku, sprzyjających warunków społeczno – politycznych, pośród państw europejskich jedynie w Rosji rewolucja komunistyczna zakończyła się pełnym sukcesem.

Marksizm, odrestaurowany teraz przez Lenina system filozoficzny skonstruowany jako idealne narzędzie przewrotu politycznego, który według pewnych koncepcji ogarnąć miał cały świat, poniósł klęskę. Kiedy przetoczyły się przez świat dwie wielkie wojny, sytuacja nurtu marksistowskiego stała się specyficzna: z jednej strony oparte na jego fundamentach państwo sowieckie okazało się jedyną skuteczną zaporą przed ekspansją faszyzmu, z drugiej jednak działalność komunistów miała poważny wpływ na przebieg pierwszego i wybuch drugiego z konfliktów, a lekturami powszechnymi wśród zachodnich intelektualistów stały się książki Bułhakowa, Pasternaka i Sołżenicyna, ukazujące prawdziwe oblicze stalinowskiego reżimu. I tu właśnie, z perspektywy kulturowej, nastąpił kluczowy moment w historii marksizmu – jego zwolennicy znakomicie zrozumieli, iż jeśli ich ideologia ma przetrwać, nie może mieć jedynie politycznego charakteru (ten rozwijał się wtedy głównie poza Europą), przeciwnie: musi go, po części, utracić.

Możemy z łatwością dostrzec dwie wielkie zalety takiego kroku: po pierwsze, dzięki niemu marksizm stopniowo przestał się kojarzyć jedynie z ruchem politycznym, mającym coraz bardziej ponure konotacje, po drugie, przeniknięcie do kultury dało mu szansę na wytworzenie podwalin pod przyszły tryumf o wiele solidniejszych niż poprzednio. I rzeczywiście: wytrwałe wysiłki zachodnich intelektualistów zafascynowanych myślą Marksa i Engelsa pozwoliło jej „odkleić się” od niekorzystnych skojarzeń politycznych i udowodnić swą uniwersalność na poziomie czystej teorii. „Żeniono” ją wówczas z przeróżnymi nurtami i były to czasem bardzo paradoksalne i niezbyt przekonujące mariaże – na przykład z radykalnie indywidualistycznym Sartre’owskim egzystencjalizmem. Ale dla marksizmu, jak już stwierdziliśmy, kluczowy był sam fakt tego, że usiłowania takie były czynione, co cementowało jego status jako naturalnej i uniwersalnej części dorobku zachodniej myśli – nawet jeśli tego rodzaju „rozwodnienie” byłoby nie po myśli samych ojców założycieli, którzy od związków z większością innych filozoficznych nurtów konsekwentnie się odcinali.

Opracowano w owych latach parę ważnych dla owego „nowego”, kulturowego marksizmu teorii, z dorobkiem szkoły frankfurckiej, analizującej kulturę przez pryzmat relacji władzy, na czele. Przemiany te doprowadziły do wytworzenia się kategorii tzw. marksizmu otwartego, kluczowego z punktu widzenia obecnego problemu, bo zakładającego, iż kategorie dialektyczne marksizmu są kategoriami otwartymi, a kategoria centralna – walka klas – powinna być rozumiana szeroko i nie może być ograniczona do swej pierwotnej postaci (czyli tej dotyczącej klasy robotniczej). W dość beztroskim klimacie społeczno – politycznym drugiej połowy dwudziestego wieku wiele sprzyjało powolnemu, lecz systematycznemu rozwojowi omawianego prądu: choćby postmodernizm, pozornie odeń daleki, ale swoją pochwałą kultury masowej i jarmarcznej, swym dogmatycznym relatywizmem przygotowujący dlań żyzny grunt albo też dynamicznie postępująca laicyzacja społeczeństw, spójna z jego materialistycznym, antyreligijnym i sprzeciwiającym się tradycji charakterem.

Wydatnie pomagały też procesy globalizacyjne i będące ich efektem, coraz bardziej zunifikowane sposoby ubierania się, spędzania czasu, postrzegania świata. Zarazem jednak wciąż żywy na Zachodzie zachwyt egocentrycznym i kosumpcjonistycznym stylem życia, jak i wciąż żywe w wielu społeczeństwach, stopniowo wówczas wykorzeniane tradycyjne podstawy edukacji i wychowania sprawiały, iż warunki nie były dla marksizmu na tyle jeszcze sprzyjającymi, by mógł wystąpić jawnie i z całą, odnowioną energią, jaką dziś obserwujemy. Były to więc dla nurtu lata oczekiwania – ale bynajmniej nie oczekiwania biernego.

Czas działania

Aż w końcu nastąpił czas działania. Dla postronnego, nieuważnego obserwatora nastąpił on całkiem niespodziewanie – po okresie błogiego snu zachodniej kultury – symptomy tego, co miało nadejść, były jednak wyraźne. Bodaj najbardziej reprezentatywne i posiadające najszerszy zasięg medium sztuki i rozrywki wieku dwudziestego – kino – okazywało zainteresowanie „równościową” tematyką stopniowo. Już na początku lat 80. najpopularniejsi amerykańscy krytycy filmowi, Siskel i Ebert, debatowali w swym programie nad wyraźnie dostrzegalną zmianą w nastawieniu twórców do problematyki homoseksualizmu; w późnych latach 80. i początku 90. jednymi z najszerzej dyskutowanych były utwory portretujące dylematy gejów i Zagładę Żydów („Filadelfia”, „Lista Schindlera”, „Shoah”), na początku XXI wieku dołączył do tego temat transseksualizmu („Nie czas na łzy”), w utworach poruszających tradycyjnie „męskie” problemy pojawiały się wątki feministyczne („Bez przebaczenia”, „Za wszelką cenę”).

W 2004 roku natomiast Akademia została zbesztana za nieprzyznanie Oscara za Najlepszy Film „Tajemnicy Brokeback Mountain” – nostalgicznej historii gejowskiej rozgrywającej się w pięknej scenerii Gór Skalistych. Wymienione dzieła były jednak artystycznie co najmniej udane, najczęściej nie prowadziły nachalnej ideologiczno – politycznej agitacji, konflikty wewnętrzne bohaterów przedstawiane były jako problemy uniwersalnie ludzkie, nie zaś – dylematy „reprezentantów mniejszości”. Szczególnie filmy Spielberga i Lanzmanna zyskały trudny do podważenia (prócz pewnych elementów antypolskich w drugim z dzieł) status uniwersalnych humanistycznych arcydzieł kina – podobnie jak klasyczne już obrazy niewolnictwa z lat wcześniejszych (np. „W upalną noc”). I nawet jeśli stopniowo coraz częstsze pojawianie się dzieł „promujących tolerancję” oznaczało, iż świat filmu powoli przygotowywał publiczność na to, co dopiero miało nadejść, do okolic końca pierwszej dekady XXI w. nie zdominowały one krajobrazu artystycznego X muzy.

Tak, symptomy choroby pojawiały się już – dydatyczno – moralistyczne tendencje w duchu „poprawnościowym” wykazywały głośne, komercyjne dramaty współczesne i historyczne („Miasto gniewu” z 2004 r., „Agora” z 2009 r.), utwory głównego nurtu prezentowały przeważnie wartości kojarzące się z lewą stroną ideowego spektrum, jednak to, że choroba już wkrótce może przerodzić się w epidemię, mogło być wówczas oczywiste jedynie dla nielicznych.

Dla tego, co nastąpiło w drugiej dekadzie nowego tysiąclecia, nie da się znaleźć racjonalnego wytłumaczenia. Zmasowany atak, jaki powzięto na media, twórczość artystyczną i rozrywkową, język, nie może być niczym usprawiedliwiony – szczególnie w czasach, w których fundamentalna doza tolerancji dla poglądów i postaw mniejszościowych stała się już standardem kulturowym, zwłaszcza wśród młodych reprezentantów społeczeństw zachodnich, do których ów przekaz w największym stopniu jest kierowany. W takich warunkach najlepszym przeciwdziałaniem jakimkolwiek ewentualnym postawom destrukcyjnym jest dalsza stopniowa edukacja, a nie – agresywna propaganda, która w oczywisty sposób podzielić musiała (i to uczyniła) społeczeństwa na dwa skrajne, zwalczające się wzajemnie obozy.

Począwszy od roku 2013 aż do dziś próżno szukać wśród zdobywców dwóch najważniejszych nagród filmowych na świecie: Oscara za Najlepszy Film i Złotej Palmy, który w żaden sposób nie dotykałby ulubionej tematyki neomarksistów (homoseksualizm, transseksualizm, feminizm, niewolnictwo i trudna sytuacja czarnoskórych oraz imigrantów, pedofilia w Kościele Katolickim, patologie kapitalizmu). I tak już poważnie nadwątlony prestiż Oscarów ostatecznie pogrążyły wprowadzone w 2024 „Standardy Reprezentacji i Inkluzywności”, zgodnie z którymi, dzieło, jakie ich nie spełni (m.in. minimum 30% obsady dzieła oraz innych osób przy nim pracujących, a także wątków fabularnych w nim zawartych musi reprezentować grupy „wykluczane”) nie będzie mogło ubiegać się o nominację do nagrody; festiwal canneński już w 2010 roku zaintrodukował przyznawanie tzw. Queerowej Palmy.

Prócz kina dla dorosłych ideologia nowomarksistowska przeniknęła również do filmów dla dzieci (wątki homoseksualne w bajkach Disneya) oraz psychologii i edukacji (np. propagowana tam ideologia gender). Nowi marksiści usiłują też pisać na nowo historię zachodniej kultury – tę bliższą i tę dalszą, tworząc ordynarnie zideologizowane, filmowe i teatralne wersje „Romea i Julii”, prozy Tolkiena, biografii Kafki. Mając świadomość potęgi wpływu języka na kształtowanie myślenia jednostki i zbiorowości, starają się zmieniać go za pomocą zabiegów w swej istocie łudząco podobnych do Orwellowskiej nowomowy. Słowa takie, jak „ubogacenie”, „tolerancja” czy „różnorodność”, wcześniej niezwiązane z kontekstami światopoglądowymi, zyskały silne nacechowanie ideologiczno – polityczne, podkreślające rzekome dobrodziejstwa płynące z wypełnienia społeczeństw europejskich jak najliczniejszymi grupami reprezentantów kultur „historycznie wykluczonych” (czarnoskórych, Arabów, Żydów, itd.).

Inne, jak „inkluzywność”, „niebinarność” czy „tożsamość płciowa” zostały rozpropagowane jako narzędzie wywierania presji na odbiorców, presji mającej ukształtować postawę „wzorcową” dla człowieka współczesnego; równie głośne stały się dyskusje wokół tzw. feminatywów oraz wyrażeń „neutralnych płciowo”. Wracając do sztuki zaś, znamiennym jest, jak bardzo ostrze neomarksistowskiej propagandy zwrócone jest w stronę młodych, nieukształtowanych intelektualnie i duchowo odbiorców, dla których punktem odniesienia są media, w szczególności Internet, popularne seriale i film, nie zaś literatura, w której, mimo przeważnie typowo lewicowych sympatii wydawnictw oraz decydentów najważniejszych nagród, wiele jest wciąż  postmodernistycznych form i tematów.

Co do filmów, natomiast – te w żadnym stopniu nie próbują być wyrafinowanymi i artystycznie dojrzałymi i oryginalnymi na wzór wymienionej przeze mnie wcześniej klasyki, również poruszającej zbliżoną problematykę. Jedynie bardzo nieliczne z nich, jak np. „Django” Quentina Tarantino ujawniają talenty twórców wykraczające poza względną realizacyjną sprawność i nieco poważniejsze, humanistyczne aspiracje.  Pozostałe swój status dzieł istotnych zyskują jedynie w poddanych ideologicznej indoktrynacji środowiskach, swą prawdziwą naturę usiłując zazwyczaj maskować w miarę solidnym rzemiosłem. Jednak stosowane schematy fabularne i całkowita artystyczna wtórność zawsze znajdują się w służbie tego, co kluczowe z perspektywy ideologii – wydźwięku „równościowego”.

By dostrzec ścisłe powiązanie pomiędzy współczesną falą narracji równościowych w kulturze a ich marksistowskim źródłem, doprawdy nie trzeba być geniuszem. Ich wspólnym mianownikiem jest bowiem to, iż oparte są na dialektyce przeciwstawiającej doświadczenie klas „historycznie uciskanych” z doświadczeniem klas „historycznie uprzywilejowanych”. Jego swobodna adaptacja do warunków kultury czasów postmodernizmu, jak i bardzo uproszczony charakter pozwalają na odpowiednio różnorodne zastosowanie. Jest więc tu miejsce dla rosnących w siłę kultur azjatyckich, historycznie podrzędnych wobec kultury europejskiej; jest miejsce dla gejów i lesbijek, przez wieki zajmujących pozycję społecznie niższą od osób heteroseksualnych, jest i dla ras nie – białych, nad którymi dominowała rasa biała, a także ateistów i wyznawców religii nie-chrześcijańskich, uciskanych przez wyznawców chrześcijaństwa.

Nurt ów przyjmuje pod swe skrzydła również i kategorie historycznie mniej oczywiste i dość rozległe (np. feminizm), przystosowując je do swoich potrzeb poprzez usunięcie z nich wątków niepasujących do jego ideologicznych celów. Stara się uwzględniać wszystko, co może stać się skutecznym narzędziem propagandy. I tu dochodzimy do sedna problemu: marksizm jako formacja intelektualna nie jest tylko kolejną wpływową teorią – jest doskonałym środkiem przeprowadzania fundamentalnych zmian w kulturze zachodniej, skrojonym pod to, by móc rozsadzić ją od środka i, ostatecznie, zniszczyć. (Mówili już o tym wprost sami Marks i Engels, w „Manifeście komunistycznym” stwierdzając: Rewolucja komunistyczna jest najradykalniejszym zerwaniem z przekazanymi nam systemami posiadania, a więc jej rozwój najradykalniej z pozostałościami starych idei walczy.”)

Wedle zaprezentowanej powyżej logiki, każda forma sprzeciwu wobec postawy mniejszościowej, niezależnie od jej charakteru, może stać się zamachem na „wartości liberalne” – równość, tolerancję, akceptację inności – i stać się dowodem na tendencje do rozsiewania „teorii spiskowych”, przejawem „fobii” („transfobii”, „homofobii” i innych), agresji słownej, mowy nienawiści, a nawet faszyzmu, który w ostatnim czasie zdaje się być ulubionym przez neomarksistów określeniem kogokolwiek, kto się z nimi nie zgadza i posiada szeroko pojęty „prawicowy” światopogląd. Każda narracja, która w przeszłości tworzyła główny nurt kultury jest zła, ponieważ stanowiła formę klasowego ucisku – a zatem każda taka narracja powinna zostać zastąpiona narracją nową. Jaka zaś winna być rzeczona „nowa” narracja?

Oczywiście „wolna od uprzedzeń”, czyli całkowicie podległa regułom nowego, wojującego „liberalizmu” – regułom fundamentalnie sprzecznym wewnętrznie, ponieważ doktryna bezwzględnej „tolerancji” wobec mniejszości dotyczy również mniejszości, których wizje świata są sobie radykalnie przeciwstawne (np. środowisko LGBT i arabscy imigranci). Niejako „przy okazji” realizuje on swe pierwotne cele, choćby starając się rozprawić ze znienawidzonym kapitalizmem – na przykład walczące z „uprzedmiotowieniem” kobiecych ciał w kulturze neomarksistowskie feministki pośrednio, acz w oczywisty sposób atakują kapitalizm, który, mając jako sedno swego funkcjonowania jednostkowy zysk materialny, wszystko, w istocie, traktuje jako przedmiot wymiany handlowej.

Dlaczego marksizm jest tak pociągający?

Naturalnym wydaje się pytanie: dlaczego to właśnie marksizm, pośród wszystkich tworów lewej strony ideowego spektrum,  okazał się bodaj najtrwalszym i do dziś najbardziej wpływowym? By udzielić odpowiedzi na to pytanie musimy odgraniczyć się – jak to uczynili sami marksiści – od pierwotnego wizerunku nurtu jako stricte politycznej ideologii, narzędzie wybrzmiewającej dziś już dość anachronicznie „rewolucji ploretariatu”.

Marksizm dzisiejszy, zatem, usiłujący dokonać rewolty w kulturze, to przede wszystkim sposób myślenia. O ile dzieło Marksa i Engelsa dało nurtowi fundamenty społeczne i przygotowało go do zaprowadzenia rewolty politycznej, a jego powojenny rozwój nadał mu rozległego wymiaru i teoretycznej powagi, a także pozwolił przeniknąć do kultury, dzisiejsza jego forma ukazuje przede wszystkim jego psychologiczną siłę jego oddziaływania. Myśl marksistowska jest – i pozostanie, póki będzie trwała – swoistym lepem na osobowości pełne kompleksów, naznaczone silnym poczuciem niższości. Te cechy miłośników neomarksistowskich narracji każą im nieustannie poszukiwać tych sfer życia, w których dotyka ich „dyskryminacja”.

Trudno o lepszy przykład w tym kontekście niż jeden z czołowych motywów współczesnego, czwartofalowego feminizmu, który tropiąc wspomniane przejawy „uprzedmiotowienia” kobiet w reklamach i filmach, idzie ręka w rękę z islamem i epoką wiktoriańską we wzbranianiu kobiecie podkreślania swej erotycznej atrakcyjności. Istnie tragikomiczna ironia historii i zarazem znakomity przykład absurdu, do jakiego prowadzi marksistowski tryb myślenia. Owo wzbranianie zaś wiedzie do idealizacji ubioru „profesjonalnego”, czyli podległego tradycyjnym wzorcom męskim ( por. stereotypowy image kobiety – naukowca czy businesswoman). „Historycznie uciskana” warstwa za wszelką cenę pragnie być tak silna i władcza jak ta „historycznie uciskająca” – stając się w efekcie jej bladą kopią, zatracając to, co czyniło ją wyjątkową i dawało jej prawdziwą siłę.

Oczywiście, nie można przy tym popełnić błędu niedoceniania siły ideologii nowomarksistowskiej. Jego współczesna, kulturowa jest niewątpliwie bardzo uproszczona, nie znaczy to jednak, że mógłby on przyciągać do siebie tylko ludzi o słabych charakterach i wątłej umysłowości. Przeciwnie, szczególnie szerokiemu spektrum ludzi młodych, nieukształtowanych i samotnych i zagubionych we współczesnym świecie oferuje on tak naturalną potrzebę przynależności do ruchu głoszącego „postępowe” idee, przynoszącego im pozorną ucieczkę od problemów i fałszywe poczucie bezpieczeństwa.

Paradoksalnie, ewentualne aspiracje intelektualne czynią odbiorców neomarksistowskiej propagandy zazwyczaj jeszcze bardziej podatnymi na „siłę atrakcyjną” jej haseł – wykorzystuje ona bowiem całą, nawet jeśli bardzo już nadwątloną, powagę, jakimi cieszą się środowiska akademickie i artystyczne, by uwiarygodnić intelektualne umocowania promowanych przez siebie „wartości”. Przeciętny młody człowiek, który w wieku XXI aspiruje do miana „intelektualisty”, czerpie swą wiedzę zazwyczaj z wytworów kultury i nauki lat najnowszych – nie zaś z szeroko pojętej klasyki kulturowej Zachodu, która pomogłaby mu wypracować realnie krytyczne spojrzenie na otaczającą rzeczywistość. W warunkach takich, droga marksizmu do umysłów jego odbiorców jest otwarta i szeroka – nie zauważają oni bowiem, jak potężną dozą autodestrukcyjnego obłędu podszyta jest jego wojująca dialektyka. Co zaś z niego czerpią? Cóż, przede wszystkim złudzenia – w pewnym sensie, całkiem podobne do tych, które przynosił on u progu wieku dwudziestego robotnikom i chłopom, choć wówczas, jak się wydaje, były one o wiele bardziej naturalne – wśród nich zaś to najniebezpieczniejsze: złudzenie tego, iż możliwe jest zbudowanie „doskonałego” świata.

Można by zatem na koniec spytać: dlaczego propagatorzy nowego marksizmu uparcie odrzucają tę oczywistą łatkę, nadal twierdząc, iż wszystkie rzeczone tendencje równościowe nie znajdują w owej ideologii swego wspólnego mianownika? Cóż w marksizmie wstydliwego, skoro, jak stwierdziliśmy, wytworzył już sobie wizerunek integralnej składowej zachodniej refleksji społeczno – kulturowej i już przed laty przyznawali się do niego poważni myśliciele, a sam termin „neomarksizm” istnieje od lat jako część składowa poglądów tzw. Nowej Lewicy?

Wydaje się, iż najbardziej prawdopodobnym powodem jest skala obecnego zjawiska: mamy niewątpliwie do czynienia z prawdziwym natarciem na europejską kulturę, co w połączeniu z tzw. „kryzysem imigracyjnym”, a także coraz potężniejszą ingerencją skrajnie lewicowych ruchów w politykę czy prawo, daje obraz bez wątpienia przywołujący na myśl prastare hasła marksistów, nawołujące do konieczności przeprowadzenia ogólnoświatowej komunistycznej rewolucji. Obecna jej wersja jest jak dotąd bezkrwawa – a zatem i o wiele bardziej możliwa do efektywnego kontrolowania i przeprowadzenia „według scenariusza”. A ostatnim, z czym dzisiejszy, o wiele sprytniejszy i mniej transparentny od dawnego marksizm chciałby się kojarzyć, to dawne, powstałe na jego bazie, na skutek rewolucji i wojen domowych systemy, które swą zbrodniczą działalnością doszczętnie go skompromitowały.

Dokąd zmierzamy?

Przedstawione w moim artykule tezy nie są niczym nowym – już pod koniec lat dziewięćdziesiątych (!) podnosili je Weyrich i Lind. A jednak dyskusja wciąż, zwłaszcza w naszym kraju, koncentruje się wokół tematów politycznych. Polityka jednak stanowi nie pierwsze, lecz ostatnie ogniwo funkcjonowania zarówno narodu, jak i całej cywilizacji. Fundamentem zaś jest kultura i to, jakie wartości ze sobą niesie. Marksiści, jak widać, zrozumieli tę prawdę najlepiej, bowiem, w obliczu ich zmasowanego natarcia na kulturę w ostatnich kilkunastu latach, odpowiedź tych twórców, myślicieli, artystów, którym wartości zgodne z europejską tradycją wciąż są bliskie, była jak dotąd rachityczna bądź nie istniała wcale. 

W pamiętnym eseju „Confiteor” – manifeście programowym Młodej Polski, Stanisław Przybyszewski zdefiniował sztukę w jeden z najbardziej bezkompromisowych i ambitnych (bo szczególnie wiele wymagający od artysty) sposobów, jakie można sobie wyobrazić: „Sztuka – jak pisał – jest odtworzeniem tego, co jest wiecznem (…) Jest odtworzeniem życia duszy we wszystkich jej przejawach”. Późniejsze dziesięciolecia, od czasów powojennych aż do naszych sprowadziły ją do rangi prymitywnej rozrywki, przedmiotów codziennego użytku oraz polityczno – ideologicznej opresji. W obliczu takich przemian, oczywistym staje się to, dlaczego tak popularne są w naszych czasach uliczne mądrości o tym, by „nie oglądać się za siebie” i „iść z duchem czasu” – gdybyśmy bowiem mieli z całą szczerością spojrzeć wstecz, nie moglibyśmy tego zrobić bez uczucia wstydu.

Ale sprawa nie kończy się na sztuce. Zmasowana akcja nowego marksizmu wymierzona jest w same grecko – rzymskie i przede wszystkim chrześcijańskie fundamenty kulturowe. Prześledziwszy uważnie wszystkie fazy rozwoju owego ruchu aż od jego osiemnastowiecznych podwalin i dziewiętnastowiecznych początków, możemy zrozumieć, w którym momencie realizacji jego „misji” znajdujemy się obecnie. W obliczu tego, jak wytrwale nad podważaniem wspomnianych fundamentów pracował główny nurt zachodniej myśli XX wieku, jak wykorzeniana była edukacja humanistyczna, jak wiele uczyniono na polu polityki i życia społecznego, by wytworzyć rzeczonej inwazji jak najlepsze warunki, zastąpienie ich „nowymi” „wartościami”, zwłaszcza wśród młodego pokolenia, nie powinno być szczególnym problemem. To zaś wytworzy doskonałe okoliczności do tego, by cywilizacja zachodnia, pozbawiona swych przedwiecznych podstaw, uległa, jak to się już w przeszłości stało, najazdowi i kolonizacji ze strony obcych jej sił, stanowiących zaprzeczenie tego, co w niej wartościowe i dobre. Ten proces również mamy okazję od pewnego czasu obserwować i to mówi nam, jak późny jest czas, w którym żyjemy. Kolejnej fazy nie będzie.

Przemysław Brudzyński

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie