Dzisiaj

Łukasz Warzecha: Fałszywi islamscy sojusznicy

(Oprac. PC24.pl)

Kiedy samolot znalazł się w przestrzeni powietrznej Iranu, w porannym świetle ukazał się pokryty śniegiem szczyt wulkanu Demawend. Chomejni spał na podłodze w saloniku, w górnej kabinie pierwszej klasy. Odmówił poranną modlitwę na kocyku linii Air France, po czym usiadł przy oknie, gładząc brodę i uśmiechając się z zadowoleniem po raz pierwszy od miesięcy, a może nawet od lat. Amerykański reporter Peter Jennings i jego zespół z ABC News zostali wpuszczeni do pierwszej klasy i pozwolono im zadać pytanie: „Ajatollahu, czy byłby pan tak uprzejmy, żeby powiedzieć nam, co pan czuje, będąc w Iranie?”53. Rozpromieniony Sadegh, w krawacie i marynarce, usiadł u boku ajatollaha, aby tłumaczyć. „Hiczi” – nic – brzmiała odpowiedź. Sadegh zamilkł, uśmiechnął się i powtórzył jak echo, z odcieniem niedowierzania: „Hiczi?”.

Chomejni powtórzył. „Hiczi ehasasi nadaram”. „Nie czuję nic zupełnie”. Sadegh zrobił dokładnie to, co wraz z pozostałymi robili we Francji od tygodni: złagodził ostrość tej wypowiedzi. „Nie skomentował”, powiedział Sadegh. Jennings nalegał: „Czy jest szczęśliwy, czy czuje podniecenie?”. Sadegh znów powiedział, że ajatollah nie ma żadnego komentarza. Ale prawdziwe znaczenie hiczi nie mogło długo pozostać niezauważone – zbyt wiele osób obejrzało tę kilkusekundową scenę, kiedy nagranie ABS zostało wyemitowane w Stanach i na całym świecie. Słowa ajatollaha stanowiły znak, różnie analizowany i różnie rozumiany przez zwolenników i przez wrogów, w tamtej chwili i z perspektywy czasu.

Reza Pahlawi, syn wygnanego szacha, który w bazie sił powietrznych w Teksasie szkolił się na pilota, był zaszokowany tym brakiem emocji, jaki zobaczył na nagraniu w telewizji.

Wesprzyj nas już teraz!

To fragment z wydanej w 2020 r. książki „Czarna fala” libańskiej dziennikarski Kim Ghattas – jednego z najciekawszych podsumowań trwającego od dekad konfliktu na Bliskim Wschodzie. Mówi o chwili, gdy w 1979 r. do ojczystego kraju powraca architekt brutalnego przewrotu, ajatollah Ruhollah Chomejni.

Ojczyzna Ghattas jest jednym z najbardziej i najokrutniej dotkniętych konfliktem krajów, w czym ogromny udział, prócz Izraela, miał teokratyczny Iran. „Czarna fala” traktuje rewolucję islamską z 1979 r. jako apogeum opowieści, która najpierw mówi o tym, jak w gruncie rzeczy prowincjonalny kleryk Chomejni stanął na czele narodu o wielkiej tradycji i wspaniałej kulturze, a potem – jak z Iranu na sporą część świata rozlała się owa czarna fala fanatyzmu i agresywnego szyizmu.

Scena w samolocie, którym Chomejni wracał do Iranu, aby zatryumfować, zapadła mi w pamięć, bo jest symboliczna. Trudno zaprzeczyć, że motywacja ajatollaha była głęboko zakorzeniona w jego wierze, podobnie jak motywacje jego następcy, ajatollaha Chameneiego, zabitego dopiero co w amerykańskim ataku. Ale była to też motywacja skrajnie fanatyczna i owo beznamiętne hiczi doskonale pokazuje tę zimną bezuczuciowość, typową dla fanatyków.

Obaj najwyżsi przywódcy byli też politykami. Potrafili być skrajnie bezwzględni, a gdy trzeba – posyłali swój naród na stracenie (jak podczas skrajnie wyniszczającej, ośmioletniej wojny z Irakiem, gdy Chamenei był prezydentem państwa) albo go masakrowali, jak to się stało podczas niedawnych protestów przeciwko irańskiej dyktaturze.

Iran jest teokracją, co wynika z samego kształtu islamu, który – w przeciwieństwie do chrześcijaństwa – nie czyni rozróżnienia pomiędzy rzeczywistością religijną a państwową, podczas gdy w przypadku chrześcijaństwa zostało ono bardzo jasno poczynione poprzez słowa: oddać Bogu co boskie, a cezarowi co cesarskie. O tej zasadniczej różnicy, jak się zdaje, spora grupa ludzi zapomina. W państwie katolickim, jak Polska, Kościół ma oczywiście prawo realizować swoją misję jako szczególnie ważny, nawet uprzywilejowany aktor życia społecznego – i to czyni. Ale nawet najbardziej tradycjonalistycznie nastawieni katolicy tylko prychnęliby z oburzeniem na perspektywę zorganizowania państwa na wzór irański, z katolicyzmem podstawionym w miejsce islamu.

Iran formalnie nazywa się republiką islamską, przy czym z republikanizmem rozumianym tak jak rozumiemy go na Zachodzie, w szczególności w Polsce, nie ma wiele wspólnego. Reżim przechodził różne koleje, miał także momenty względnej liberalizacji. Nigdy jednak nie oferował swoim obywatelom – o ile można w ogóle używać tego pojęcia – pełni samostanowienia i wyboru. I nie chodzi tu tylko o samo istnienie niezliczonych zakazów i nakazów, ale też o ich brutalnie egzekwowanie. Także o pozycję kobiet, które przecież w naszej, zachodniej tradycji odgrywają rolę wyjątkową: są szanowane, komplementowane. Islam je uprzedmiotawia.

Dla każdego, kto ma choćby pobieżną wiedzę o historii stosunków międzynarodowych na Bliskim Wschodzie i nie tylko tam oraz o islamie wszystko to musi być jasne. Podobnie jak obecne odosobnienie Iranu, wynikające z faktu, że przez znaczną część muzułmańskich państw regionu ta szyicka dyktatura nie była postrzegana jak sprzymierzeniec, ale jak rywal, a przede wszystkim państwo generujące napięcia i niepokoje. Rozsadnik problemów. Jak się jednak okazuje, trzeba o tym przypominać, bo atak na Iran – będący niewątpliwie złamaniem prawa międzynarodowego – ujawnił istnienie grupy mającej mocno ograniczoną wiedzę, za to bardzo emocjonalnie i w samych superlatywach wyrażającej się o Iranie jako teokratycznym państwie. Szczególnie groteskowo wypadł wpis posła Konfederacji Korony Polskiej Włodzimierza Skalika, który napisał na X: „Przywódca duchowy Iranu Ali Chamenei został zamordowany wraz z wieloma członkami swojej rodziny. Warto przypomnieć, kiedy wielu milczało, on miał odwagę potępić bluźnierczą >>Ostatnią Wieczerzę<< podczas otwarcia Igrzysk Olimpijskich we Francji. Wróg numer jeden syjonistów, od wielu lat nie ulegał terrorowi Izraela. Czy znajdzie się godny jego następca? Oby”.

Tu dla porządku przypomnieć trzeba, że faktycznie koszmarną inscenizację fresku a Vinciego z Mediolanu potępił również lider francuskiej skrajnej lewicy, partii La France Insoumise, Jean-Luc Mélenchon. Czy jego pan poseł również by wychwalał?

Nie wiem też, o jakiej odwadze pisze pan poseł. Ta wypowiedź ze strony wroga Zachodu, żyjącego jak pączek w maśle we własnym kraju w pozycji jego przywódcy, nie wymagała najmniejszej odwagi. Twierdzenie, że islamistyczny kleryk, niejako z zasady wróg wolności i – nie łudźmy się – także wróg Zachodu nie tylko w jego obecnej, ale również tradycyjnej postaci, był świetlaną figurą tylko dlatego, że wykonał jakiś rytualny gest przeciwko zachodniemu laicyzmowi, jest niepoważne. Radykalny islam nie jest przyjacielem – jest wrogiem Zachodu. Również Zachodu tradycji chrześcijańskiej, katedr, Rafaela i da Vinciego, „Pieśni o Rolandzie”.

Postawa pana posła Skalika, ale także bardzo wielu jego naśladowców, przypomina ogromnie postawę niektórych wobec Rosji. Jest ogromna różnica pomiędzy krytyką rusofobii czy wskazywaniem, że Rosji nie zlikwiduje się siłą woli i jakoś trzeba się z nią będzie układać a twierdzeniem, że jest to kraj szanujący wolność i ją gwarantujący, a w dodatku chroniący tradycję i konserwatywny – tylko dlatego, że Władimir Putin zakazuje działalności organizacji LGBT. Nie, Rosja nie jest rajem i krajem swobód czy państwem stojącym na straży tradycji – jest mało przyjemną dyktaturą z pozorami demokracji, podobnie jak teokratyczny Iran pod wodzą Aliego Chameneiego nie był sojusznikiem zachodnich konserwatystów. Świat jest naprawdę bardziej skomplikowany.

Łukasz Warzecha

Pomiędzy teokracją irańską a demoliberalizmem. Prof. Bartyzel o wydarzeniach na Bliskim Wschodzie

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(3)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie