18 marca 2026

Czego Rokita nie powiedział Morawieckiemu o in vitro? Na marginesie debaty

Kryzys demograficzny w Polsce sprawia, że co jakiś czas powraca temat sztucznego zapłodnienia in vitro. Czy faktycznie jest to lekarstwo na problem z dzietnością? Tak uznał niedawno Jan Rokita, dając do zrozumienia, że argumenty katolików przeciwko tej metodzie upadają wobec zagrożenia „śmierci narodu”. Dlaczego się myli? 

W niezwykle ciekawej debacie pomiędzy Janem Rokitą a Mateuszem Morawieckim, którą zorganizował Kanał Zero, ważnym tematem okazała się demografia. Pośród wielu słusznych konstatacji dotyczących kulturowych przyczyn kryzysu populacyjnego w Polsce, pojawiły się też recepty. Z tymi ostatnimi, jak wiadomo, jest jednak pewien problem, wszak zmaganie się z kulturowymi przyczynami spadku urodzeń wymaga zazwyczaj działań, których pozytywne skutki mogą pojawić się dopiero za wiele lat. Stąd trudno wymyślić jakiś atrakcyjny model, dający perspektywę zmiany „tu i teraz”, jakim był – a raczej miał być w założeniu – program „500 plus”.

Co ciekawe jednak, Rokita, szukając rozwiązań prodemograficznych i skarżąc się zarazem na kryzys kulturowy oraz dominację lewicowych ideologii, sam opowiedział się za wspieraniem przez państwo procedury in vitro. Nie sam pomysł jest jednak tutaj intrygujący, ale to, że Rokita – deklarujący się jako praktykujący katolik – nie jest pierwszym, który istoty tego etycznego problemu, jak się zdaje, nie rozumie. Wspomniał bowiem, że to, co problematyczne dla katolików „to są te zamrażane komórki (…) to się kojarzy z jakąś formą przerywania ciąży”. Dał w  ten sposób dowód tego, iż niektórzy katolicy, nawet tak oczytani i inteligentni jak Rokita, mają kłopot ze zidentyfikowaniem zła, tkwiącego w in vitro. Co więcej, popularność tych zabiegów – nieco ograniczona z powodu wysokich kosztów, ale przecież popiera je wielu Polaków i polityków –  jest symptomem dominacji współczesnej „antykultury”. Tej samej, która odpowiada za światowy kryzys demograficzny.

Wesprzyj nas już teraz!

Wyjaśnijmy zatem, na czym dokładnie polega „problem” Kościoła z in vitro i dlaczego popieranie tej procedury nie tylko nie pozwoli nam odwrócić trendów kulturowych odpowiedzialnych m.in. za spadek dzietności, ale wręcz pogłębi problemy z jakimi już dzisiaj zmagają się młodsze pokolenia.

Trujące lekarstwo

Zacznijmy od kwestii, którą podniósł Rokita, wszak ona faktycznie jest niezwykle istotna. Tak, procedura in vitro wiąże się z aborcją. I nie jest to „jakaś forma przerywania ciąży”, ale aborcja par excellance.

Zazwyczaj do tego morderstwa dochodzi już w trakcie przygotowania do „wszczepienia” zapłodnionej komórki jajowych, czyli dzieci w bardzo wczesnym stadium rozwoju. Dokonuje się wówczas tzw. selekcji zarodków. Jedne bowiem „rokują dobrze”, inne nie. Jedne mają szanse rozwinąć się i urodzić się zdrowe, inne nie. O wszystkim decyduje nauka, czyli człowiek, który poddaje zarodki ocenie, najpewniej stosując jakieś zobiektywizowane kryteria.

Ładnie to wszystko brzmi, ale w istocie jest to eugenika w czystej postaci. Nie tylko bowiem sytuuje człowieka w roli dawcy życia, ale też pozwala mu decydować – na jakiej podstawie? – czy życie to jest warte rozwinięcia i urodzenia czy nie.

Problem ten wyraźnie zauważa jeden z najwybitniejszych hierarchów naszych czasów, bp Athanasius Schneider. W najnowszej książce „Ucieczka od herezji” hierarcha pisze, iż metoda in vitro jest formą zalegalizowanego morderstwa, wszak w jej trakcie niszczone są zarodki, czyli ludzie.

Kolejną nieetycznym etapem tej procedury jest samo mrożenie zarodków. Zazwyczaj w jej trakcie, po „wyselekcjonowaniu” najbardziej wartościowych ludzi, którzy najlepiej rokują na prawidłowy rozwój i urodzenie się, powstaje kilka takich zarodków, czyli dzieci. Jedno z nich zostaje wszczepione a pozostałe zostają zamrożone. Na co czekają? Tu opcji jest kilka. Być może matka poroni, co da szansę kolejnemu dziecku, by z zamrażarki trafić do macicy i móc się rozwinąć, a po kilku miesiącach – urodzić się. Być może też matka urodziwszy szczęśliwie pierwsze dziecko, zdecyduje się przyjąć kolejne. A jeśli uzna, że jedno wystarczy – i tu jest trzecia opcja – zamrożone dzieci albo trafiają do kogoś innego („adopcja zarodka”), albo są niszczone.  

Tak wygląda – nazwijmy to wprost – cały dramatyczny ciąg zdarzeń procedury dość elegancko nazywanej in vitro. To swoista eugenika połączona z czymś, co zapewne nie bez przesady możemy nazwać handlem ludźmi. Całość jest bowiem niezwykle kosztowna. I nawet jeśli nie obciąża kieszeni rodziny starającej się w ten sposób o dziecko – w przypadkach, gdy państwo refunduje procedurę – to przecież i tak pieniądze zasilają konta odpowiednich instytucji zajmujących się sztucznym zapłodnieniem.

Innym, bardzo poważnym, problemem związanym z in vitro jest oddzielenie prokreacji od stosunku seksualnego. To swoisty gwałt nauki na prawie naturalnym, o którego opłakanych skutkach piszę w dalszej części tekstu. Na razie skupmy się na istocie problemu i oddajmy jeszcze głos biskupowi Schneiderowi, który przypomina w wspomnianej książce, iż „wszelkie działanie rozdzielające jednoczący oraz prokreacyjny cel aktu małżeńskiego sprzeciwia się naturalnemu porządkowi ustanowionemu przez Boga, a zatem jest poważnym grzechem”.

Rzecz jasna zawsze pojawia się argument, iż państwo nie powinno operować kategorią grzechu, wszak „obsługuje” również obywateli niewierzących. Tyle, że w ustach wierzącego polityka to chybiony argument. Żadna teoria polityczna ani koncepcja państwa nie zmieni obiektywnego porządku ani faktu, że coś jest grzechem.

Ale kwestie eugeniki, odbierania godności drugiemu oraz gwałtu na prawie naturalnym, to jedno. Za in vitro stoi coś jeszcze. I to coś, z czym Rokita przecież walczy: a mianowicie cały przewrót kulturowy ostatnich lat. Gdyby nie owa rewolucja w kulturze, która całkowicie przemodelowała nasze myślenie – Chantal Delsol powiedziałaby: „inwersja normatywna” – in vitro nie stałoby się podziwianym przez wielu „lekarstwem na niepłodność”.

Człowiek staje się Bogiem?

Otóż zabieg sztucznego zapłodnienia to w istocie emanacja skrajnie kapitalistycznego podejścia do relacji międzyludzkich. Życie ludzkie w tym ujęciu przestaje być darem, jaki otrzymaliśmy od Boga, a staje się produktem, który możemy sobie kupić, jeśli przyjdzie nam to ochota. Nie jest to czcze gadanie, wszak ma swoje konkretne, materialnego konsekwencje, o czym za chwilę. Na razie skupmy się na turbokapitalistycznym spojrzeniu na problem posiadania dziecka.

In vitro pozwala dowolnie planować moment urodzenia potomstwa, bez liczenia się z naturalnymi uwarunkowaniami. Ale przecież jej zastosowanie nie unieważnia przeszkód biologicznych, jakie z przyjęciem nowego życia może mieć organizm matki, zwłaszcza, gdy urodzenie zostało mocno odłożone w czasie. Problemy rozwojowe czy poronienia są również „częścią” tej procedury.

Swoistą „polisą ubezpieczeniową” stanowią zamrożone zarodki. Pozwalają one nie martwić się ewentualnymi „utrudnieniami” w przebiegu całego procesu, wszak po jednej nieudanej ciąży, możliwa jest kolejna. Oczywiście za odpowiednią gratyfikacją.

Kupujemy zatem bardzo kosztowny produkt – czyż życie ludzkie nie jest warte każdej ceny? – otrzymując dodatkowo specjalne ubezpieczenie na wypadek nieprzewidzianych okoliczności. W ten sposób macierzyństwo i ojcostwo zostały skapitalizowane. Wyceniono je, wpuszczono w rynkowy obieg i opakowano stosownymi gwarancjami bezpieczeństwa, jak każdą przyzwoitą inwestycję.

Problem ten dostrzega ks. prof. Robert Skrzypczak. „Dziecko zostaje (…) zredukowane do przedmiotu posiadania: jakby posiadanie było prawem, którego można domagać się za wszelką cenę. (…) W miejsce miłosnego aktu pojawia się operacja techniczna i probówka” – czytamy w znakomitej skądinąd książce „Między Chrystusem a antychrystem”.

Ks. Skrzypczak zauważa również, że takie podejście prowadzi do zmiany stosunku człowieka do samego siebie – wszak przestaje on być już darem natury i Boga, a sam staje się stwórcą. I tu dochodzimy do dewastujących naszą kulturę postaw, ukazujących człowieka jako pana natury, nie zaś kogoś, kto stara się jedynie tę naturę zrozumieć i okiełznać nie łamiąc przy tym wpisanych w nią praw.

Jeśli zatem wśród przyczyn kryzysu demograficznego diagnozujemy skrajny indywidualizm, urynkowienie relacji międzyludzkich, przebóstwienie człowieka a wreszcie kapitalizowanie samotności, to in vitro jest jednym z ogniw tego kulturowego przewrotu. Rynek skutecznie odpowiada na niezwykle silną emocję jaką jest pragnienie rodzicielstwa i dokonując brutalnego gwałtu na ludzkiej naturze, sprzedaje usługę, której ofiarami są nienarodzone dzieci, ale także – o czym mówi się już rzadko – „klienci”. Ostatnią bowiem kwestię, jaką warto postawić, są niematerialne koszty wejścia w procedurę in vitro.

Każdy, kto „wchodzi” w tę procedurę nie tylko upada duchowo, tracąc szansę na zbawienie, ale też ryzykuje katastrofalnymi skutkami psychicznymi. In vitro jest zatem wielką operacją nie tylko na ludzkiej duszy, ale też na ludzkiej psychice.

Nie trzeba wcale przeprowadzać specjalnie wnikliwych badań związanych z wpływem in vitro na zdrowie psychiczne biorących udział w tej procedurze. Wystarczy od razu zlokalizować najbardziej dewastujące etapy in vitro, których szkodliwy wpływ na człowieka został już udowodniony.

Pierwszym z nich jest oczywiście syndrom poaborcyjny. W trakcie selekcji zarodków lub po ich zamrożeniu – jak już pisaliśmy wcześniej – część zapłodnionych komórek jajowych zostaje zabita. Oznacza to, że matka, nawet jeśli wbrew wszelkiej logice pozwala sobie wmówić, że zabite zarodki nie były dziećmi, zachowuje w podświadomości krzywdę wyrządzoną własnemu potomstwu. Co więcej, utrata dzieci w ten sposób – zazwyczaj dzieje się to przecież mechanicznie, w laboratorium – nie pozwala też na przeżycie żałoby po stracie, czyli etapu niezwykle istotnego na drodze pogodzenia się z odejściem kogoś bliskiego. 

Drugi etap wiąże się z poronieniami. In vitro nie zawsze bowiem udaje się za pierwszym razem. Oczywiście utrata nienarodzonego dziecka ma też nierzadko miejsce w przypadku naturalnego rodzicielstwa i – podkreślmy to – w każdym przypadku jest ogromną, wręcz niewyobrażalną tragedią oraz najbardziej bodaj bolesnym doświadczeniem dla rodziców. Warto jednak rozróżnić pewien naturalny proces, pozwalający człowiekowi przyjąć pewne rzeczy do wiadomości i zmierzyć się z nimi, od procesu zainicjowanego w sposób sztuczny. Zawsze bowiem pozostaje pytanie czy w takiej sytuacji śmierć dziecka nie jest aby częścią sztucznej procedury, wynikiem nieudanie zaplanowanego zabiegu a nie natury, nad którą przecież nie potrafimy i nigdy nie będziemy umieli w pełni zapanować.

Wreszcie ostatnie z bardzo poważnych doświadczeń, jakim poddawani są ludzie decydujący się na in vitro, to pozostawienie zarodków – czyli własnych dzieci – w zamrażarce. Tam oczekują one albo na implementację do macicy ich matki, albo na adopcję, albo na śmierć. Świadomość pozostawienia potomstwa to emocjonalna bomba z opóźnionym zapłonem, odłożona w psychice matki i ojca.

Tych spraw nie można bagatelizować, wszak każdy kto przykłada rękę do procedury in vitro – na przykład współfinansując ją – musi brać pod uwagę możliwe skutki takich zabiegów dla duszy oraz ciała człowieka. Co więcej: ponosi za te skutki odpowiedzialność, w zależności od stopnia zaangażowania i dobrowolności swojego wkładu.

W imię demografii?

Na koniec postawmy proste pytanie: czy faktycznie – jak twierdzi Rokita – państwo powinno wspierać procedurę sztucznego zapłodnienia, by ratować demografię? Jeśli to ma być rozwiązanie pomagające leczyć chore społeczeństwo, to mówimy raczej o leczeniu dżumy cholerą. In vitro nie jest wcale medycznym cudem techniki. Jest typowym produktem współczesnej antykultury, przyczyniającym się raczej do pogłębiania problemów społecznych niż ich rozwiązywania.

Jeśli Rokita pozostaje – jak utrzymuje –  „wiernym synem papieża”, to z punktu widzenia katolika postulat, by państwo włączało się w jakikolwiek sposób w procedurę, której częścią jest zabijanie nienarodzonych dzieci, zasługuje na jednoznaczne potępienie i odrzucenie.

Ale jeśli ten argument nie przemawia do Rokity – jest on wszak liberałem a nie konserwatystą i zapewne odwołuje się chętnie do postulowanej przez liberałów wizji państwa jako bytu wolnego od religii i wpływów Kościoła – być może przekona go inny: jakie rodziny stworzą ludzie przeorani duchowo i psychicznie tak nieludzką procedurą? Jaka będzie kondycja psychiczna dzieci wychowanych w takich rodzinach, pomimo najlepszych intencji i wielkiej miłości, jaką z pewnością otrzymają ze strony ojców i matek? Jaka będzie skala krzywdy tych dzieci, które porzucone w wyniku zabiegu in vitro, zostaną adoptowane jako zarodki przez inną kobietę niż biologiczna matka? Jaką wreszcie wspólnotę zbudujemy, jeśli oprzemy ją na grzechu oraz jednostkach przekonanych o własnej wszechmocy i nielimitowanej władzy człowieka nad naturą?

To tylko kilka pytań, które warto sobie zadać. Jeśli chcemy walczyć z antykulturą, która w dużej mierze ponosi odpowiedzialność za kryzys rodzicielstwa, to taka walka będzie skuteczna jedynie wtedy, gdy przeciwstawimy jej kulturę opartą na fundamencie skumulowanej mądrości pokoleń, a nie wykwitach tejże antykultury.

Tomasz Figura

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(21)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie