Dzisiaj

Aby ziarno nie padło między ciernie. Jak zachować owoce Wielkiego Postu?

(PCh24.pl)

Mniej a lepiej – tak można by streścić naukę płynącą z wielkopostnych wyrzeczeń. Świat chce, byśmy byli rozgrzani do czerwoności i rozdygotani od nadmiaru bodźców, czego skutkiem jest uwiąd emocjonalny i intelektualny. Tymczasem umartwienia podejmowane w okresie Męki Pańskiej, mogą służyć nie tylko ogólnemu uświęceniu, ale również trwalszemu uporządkowaniu naszej percepcji świata i kultury. 

W czasie gdy post ścisły został w prawie kościelnym ograniczony do zaledwie dwóch dni w roku i kiedy w społeczeństwie (a nawet w Kościele) zanikają wzorce wyrzeczenia, ofiary i ascezy, wypada zapytać: po co nam w ogóle post? Mam wrażenie, że często popełniamy błąd, traktując umartwienie tak, jakby było niemalże celem samym w sobie. Płynie to z niedostatecznego zrozumienia ludzkiej natury i faktu, że Pan Bóg zapisał w naszej naturze określoną celowość. Już dla Arystotelesa było jasne, że ruch, który naszemu życiu nadaje rozumna dusza, jest ukierunkowany, a jego spełnieniem jest szczęście.

Chrześcijaństwo nic w tym względzie nie zmieniło, bo nie mogło zmienić prawideł ludzkiej natury ustanowionych przez Boga. Jesteśmy więc z przyrodzenia zaprojektowani do szczęścia, a różnica polega na tym, że perspektywie szczęścia wiecznego mamy podporządkować swoje szczęście doczesne i znosić jego brak o tyle, o ile to, czego pragniemy oddalałoby nas od zbawieniu. W poszczeniu i podejmowaniu umartwień nie chodzi więc o jakiegoś rodzaju zaszkodzenie swojej naturze, ale „naprostowanie” jej skłonności wywołanych skutkami grzechu pierworodnego tak, aby dozwolone życiowe przyjemności nie zasłoniły nam tego, co najważniejsze. Dobrowolnie wyrzekamy się tego, co dozwolone, by zahartować się w walce o zbawienie i odsunąć od siebie to, co przeszkadza nam w drodze.

Wesprzyj nas już teraz!

Z drugiej strony cnotą, która reguluje praktyki pokutne jest roztropność, a tą, która pozwala uniknąć szkodliwej przesady – umiarkowanie. Czasami samo życie daje nam tyle rzeczywistych trudów, że bez odrobiny przyjemności trudno byłoby podołać wszystkim obowiązkom. Dlatego zdrowa miłość samego siebie powinna zawsze kłaść na szali to, co przyjemne i co przykre, gdy podejmujemy decyzję o umartwieniu.

Umartwienie od mediów i zainteresowania światem

Ale do rzeczy. Lepiej czytać i odczytywać małą liczbę książek, ale dobrych, niż wertować stosy małowartościowych. Nic nie zaszkodzi, że idei będzie mniej, za to będą solidniejsze i logiczniej z sobą powiązane. Bo najważniejszą rzeczą jest uporządkowanie idei, synteza, której przesadna erudycja stoi na przeszkodzie. Więc nie przeładowywać głowy! – takiej rady udziela o. Marian Pirożyński w książce Kształcenie charakteru. Jakże aktualnie brzmią te słowa w dobie mediów społecznościowych.

Media, również te tradycyjne (a nawet popularność kiepskich książek), sprawiły, że wiedza nie musi już być pożyteczna i wartościowa – wystarczy, że będzie… atrakcyjna. Media społecznościowe, wraz z YouTubem, doprowadziły tę zasadę do ostatecznych granic, walcząc o naszą uwagę w natłoku informacji.

W dawnych czasach Wielki Post, jak się czasem wskazuje, poza swoim głównym celem, służył ludziom z wyższych warstw, aby choć raz w roku zrezygnowali z ciężkiej i zbyt bogatej diety. To samo moglibyśmy dziś odnieść do nadmiaru, ale również do rodzaju bodźców płynących z mediów, muzyki i filmów.

Od momentu powstania prasy stajemy się coraz bardziej bezradni wobec dyktatu narracji zastępczych (czym jest to zjawisko, ciekawie opisała koleżanka Anna Nowogrodzka-Patryarcha w tekście Zmyślone życie „Dody”. Czy jesteśmy skazani na przyjmowanie zapożyczonych narracji?). Tymczasem wokół nas toczy się życie, któremu nieznana jest większość problemów, o których czytamy, którymi się emocjonujemy i o które nieraz nawet się kłócimy.

Jak zaś odnieść tę radę do informacji jako takiej. Ktoś powie: Muszę czytać i oglądać, żeby wiedzieć co dzieje się na świecie. Nie twierdzę, że należy być ignorantem i nie mieć poglądów, ale powstaje szereg pytań: Jaka korzyść duchowa płynie z tego, że każdego dnia będziemy pogłębiali swoją wiedzę na temat tego, jak na świecie jest źle? Czy przybliża nas to do zbawienia? Czy przynajmniej prowadzi do jakiegoś doczesnego dobra moralnego? Czy inspiruje nas do dobrych myśli i uczynków? Czy przypomina o dobrych postanowieniach?

Co ważne, tego typu „niezdrowa ciekawość” bywa zaliczana do kategorii pychy żywota. Tak pisał o niej o. Tanquerey w Zarysie teologii ascetycznej i mistycznej: „Ciekawość, o której tu mówimy, jest to nieumiarkowana żądza widzenia, słyszenia, poznania tego, co się dzieje w świecie i połączonych z tym tajnych intryg, nie dla pożytku duchowego, lecz dla rozkoszowania się tą płochą wiadomością”. Mało tego: „Sięga ona i do minionych wieków, kiedy wertujemy historię nie po to, by wydobyć z niej pożyteczne przykłady dla życia ludzkiego, lecz żeby paść wyobraźnię wszelkiego rodzaju miłymi jej wiadomostkami”. Wypisz wymaluj, znana nam dobrze skłonność do ekscytowania się złem tego świata, którą tak dobrze znamy ze środowisk, ogólnie mówiąc, antysystemowych.

Kultura narzędziem rozwoju duchowego

Kwestię rodzaju bodźców zobrazuję na przykładzie muzyki. Od kilku lat w Wielkim Poście nie słucham muzyki rozrywkowej (czyli wszelkiej innej niż klasyczna). Od początku zwracałem uwagę na korzyści płynące z zastąpienia mniej ambitnych dźwięków wspaniałą harmonią baroku, szczególnie w odsłonie religijnej. Nietrudno zaobserwować, jaki wpływ wywiera na nas taka czy inna muzyka i również tutaj pasuje analogia kulinarna. Czy po zjedzeniu vifona bądź kebsa (jakkolwiek możemy odczuwać przy tym swoistą guilty pleasure) mamy ochotę na wykwintne wino? No, nie – raczej na zwykłe piwo, które nie będzie stawiało wymagań kubkom smakowym. Tak też w muzyce, gdy nasłuchamy się jakiegoś mocnego brzmienia albo jakiejś otępiającej rąbanki, to czujemy dziwny niesmak, gdy zaraz potem do naszych uszu dojdą cudowne kompozycje Bacha, Handla i Vivaldiego lub choćby subtelny, lecz ekspresyjny wyraz fortepianu Chopina czy Beethovena.

Dopiero po kilku latach zacząłem czuć, że ta zmiana staje się bardziej trwała i również długo po zakończeniu Wielkiego Postu mam więcej „smaku” na muzykę klasyczną niż na nawet najambitniejszego rocka. Oczywiście, proces ten zbiegł się z lekturami duchowymi i tak dalej, ale potrzeba było kilkukrotnych prób, by przyniósł efekty. Teraz – nawiązując do rady o. Pirożyńskiego – słucham mniej, ale bardziej metodycznie.

To samo można powiedzieć o literaturze. Oczywiście, nie ma nic złego w fascynowaniu się losami takich czy innych bohaterów (czytelnik mógłby się zdziwić słysząc, że z zapartym tchem przeczytałem choćby sagę opowieści z Ziemiomorza kalifornijskiej lewaczki Ursuli Le Guin i uważam, że są to opowieści głęboko podszyte chrześcijańskim imaginarium), ale zawsze należy zadać sobie pytanie o miarę, o czas (żeby nie zaszkodzić obowiązkom stanu) i o moralną ocenę treści. Nie zawsze to, co nie pochodzi z naszego ideowego uniwersum, jest niemoralne, a z drugiej strony, iluż prawicowych pisarzy niekoniecznie dba o duchową czystość swoich dzieł. Otóż, post, umartwienie – poprzez odsunięcie bodźców i oczyszczenie umysłu – dopomaga nam w tym „rozeznawaniu duchów”.

Jeżeli wyznaczymy sobie zadanie, by w czasie Wielkiego Postu przeczytać określoną ilość ambitnej literatury religijnej, a w wolnych chwilach będziemy sięgali po klasykę (obecnie jestem w trakcie lektury Nadberezyńców Floriana Czarnyszewicza, których gorąco polecam), to – tak samo jak w muzyce – zaczniemy spostrzegać, że mamy coraz większy apetyt i coraz większe moce przerobowe do czytania dobrej, pożytecznej duchowo literatury.

O ileż bardziej należy zastosować tę zasadę w przypadku YouTube’a, na którym spędzamy wiele godzin swojego życia. Wielki Post to doskonała okazja do wysłuchania trudniejszych, a może nawet akademickich materiałów, do których na co dzień nie mamy głowy (bogactwa takich nagrań dostarcza choćby kanał Instytutu Andegavenum). Zamiast odpalać emocje na Ukraińców, Żydów i Tuska – odpalmy dobry audiobook, który zainspiruje nas do przemyśleń i postępu duchowego.

W tym kontekście należałoby na koniec wymienić coś, co na pierwszy rzut oka zabrzmi absurdalnie: umartwienie od zła. Tak, fascynujemy się złem, choć mało kto się do tego przyzna. Fascynujemy się zbrodnią w filmach i książkach kryminalnych i nie ma w tym nic złego, o ile służy to jakiejkolwiek moralnej refleksji. Ale w Wielkim Poście moglibyśmy to odłożyć. Fascynujemy się (a przynajmniej emocjonujemy) tym, jakie niegodziwości popełniają politycy, jak bardzo są niezintegrowani moralnie itd. Cała nasza aktywność w korzystaniu mediów ma za swój przedmiot głównie złe wiadomości.

Dlatego spróbujmy, przynajmniej co rok w Wielkim Poście, zastosować celową ascezę, aby w miarę upływu lat nasza psychika przyzwyczajała do potrzeby dobrych i estetycznych treści, które budują i podnoszą ducha, przybliżając nas do celu naszego życia – zarówno naturalnego, jak i nadprzyrodzonego – jakim jest szczęście.

Filip Obara

Filip Obara: Czy Bóg chce nas gnębić, dając nam krzyże?

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(1)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie