Gdzie nie spojrzeć, upada tak pielęgnowany przez liberalny zachód paradygmat świeckości państwa. Religia wyszła zza wstydliwej zasłony prywatności i zasiadła dumnie obok tronu. Niestety, za sprawą wieloletniej bierności Kościoła katolickiego, dzisiaj przybiera głównie formę herezji i apokaliptycznego sekciarstwa.
Kiedy przerażony świat „zaufał nauce”, kierując doń swoje jęki i błagania, a świeckie państwo otoczyło Kościół kordonem sanitarnym, politolog Yoram Chazony, niczym prorok na pustyni, wieszczył wielki powrót religii do polityki. Dla człowieka żyjącego w czasie globalnych kryzysów, kształtujących światową politykę według „światopoglądu naukowego”, słowa amerykańsko-żydowskiego naukowca brzmiały niczym bełkot szaleńca. W lewicowo-liberalnym imaginarium, moralne było tylko to, co zapewnia odpowiednią „jakość życia” i ogranicza fizyczne cierpienie, a nie to, co nakłada powinności ze względu na abstrakcyjne wartości duchowe. Wydawało się, że zachodni przywódcy na dobre wyrwali się z religijnego „zabobonu”, kształtując rzeczywistość według sekularnych wzorców mierzalności i funkcjonalności.
Tymczasem wystarczyło raptem kilka lat, by zachodni świat zmienił się nie do poznania. Ponowny wybór Donalda Trumpa spowodował trzęsienie ziemi; gdzie nie spojrzeć, upada tak pielęgnowany przez liberalny zachód paradygmat świeckości państwa. Religia wyszła zza wstydliwej zasłony prywatności i zasiadła dumnie obok tronu. Głowy państw publicznie peregrynują do miejsc świętych, modlą się przy grobach proroków, nawiedzają świątynie, biorą udział w nabożeństwach. Przyzywają Boga w swoich wypowiedziach, odwołują się do Jego zasad i uzasadniają nimi niektóre decyzje. Czynią tak nie tylko przedstawiciele prawicy jak prezydent USA, Javier Milei, José Antonio Kast, Benjamin Netanjahu czy Karol Nawrocki. Z ambony benedyktyńskiego klasztoru przemawiała ostatnio nawet…Angela Merkel, dzieląc się wielkopostnymi refleksjami na temat Listu do Rzymian.
Wesprzyj nas już teraz!
Powrót religii do życia publicznego cieszy nie tylko za sprawą porzucenia kompleksów, które za wszelką cenę starał się wzbudzić w wierzących sekularny świat. Duchowe odrodzenie wzbudziło również nadzieję na lepsze czasy, wszak lepiej opierać prawo stanowione na prawie naturalnym, niż idealistycznych konstruktach. Niestety, samo wzięcie Świętego Imienia na sztandary nie gwarantuje, że będziemy urzeczywistniać Bożą wolę. Wręcz przeciwnie. Jak pokazują ostatnie miesiące, nic tak nie pomaga usprawiedliwiać zła, jak szafowanie imieniem Pana Boga nadaremno.
Święta wojna
„Modlimy się, aby mądrość z nieba napełniła jego serce i umysł, i abyś, Panie, prowadził go w tych trudnych czasach, z którymi dziś się zmagamy” – tymi słowami grupa ewangelickich pastorów modliła się nad Donaldem Trumpem w Gabinecie Owalnym, prosząc o prowadzenie duchowe w pierwszym tygodniu amerykańsko-izraelskiej agresji na Iran. Ofensywy, wobec której nie można znaleźć żadnego moralnego usprawiedliwienia, co potwierdził chociażby episkopat USA.
Tymczasem decyzję Trumpa wspiera rzesza głęboko religijnych Amerykanów przekonanych, że atakując Iran, bombardując cywilów i siejąc zniszczenie w całym regionie Bliskiego Wschodu, przyspieszają Paruzję i nastanie tysiącletniego Królestwa Bożego na Ziemi. Wstrząsające? Na pewno nie mniej, niż wypowiedź ambasadora USA w Izraelu Mike’a Huckabee, który „nie widzi problemu” by Izrael roztoczył kontrolę nad obszarem od Egiptu po Irak, jak rzekomo Pan Bóg obiecał Żydom w Księdze Rodzaju. Albo kiedy Ted Cruz, senator z Teksasu pytany, czy USA powinny zaatakować Iran zapewnia, że „kto błogosławi Izrael, temu błogosławi Bóg”.
Nie mniejsze zaskoczenie wzbudza obecny „minister wojny” Pete Hegseth, który wydając rozkaz niebrania jeńców (sic!), podparł się cytatem z Psalmisty. Żołnierze słyszą od swoich dowódców, że atak na Iran „jest częścią boskiego planu”…
Nie powinno nas jednak dziwić to obecne wzmożenie apokaliptycznego kultu śmierci. Przecież ci sami ludzie przez dwa lata usprawiedliwiali mordowanie i głodzenie palestyńskich dzieci, w absurdalnym przekonaniu, że ludobójstwo w jakiś sposób może przyczynić się do realizacji boskiego planu.
Czym podobne demonstracje różnią się od bajań patriarchy Cyryla, przekonanego, że spuszczając bomby na wychodzących z cerkwi walczy się z „satanizmem”? W czym odbiegają od wezwań islamskich fundamentalistów, rozrywających bogu ducha winnych ludzi w imię „Boga Jedynego, Miłosiernego”? Powinno nas przerazić, z jaką łatwością Ewangelia z Dobrej Nowiny zmienia się w narzędzie podboju i ekspansji. Wszystko za sprawą jej opacznego rozumienia…
Kiedy rozum śpi, albo kiedy śpi Kościół…
Kościół katolicki do tej pory trzyma się od tego bałaganu z daleka, ale… czy może zrobić cokolwiek innego? Stolica Apostolska, po części za sprawą czynników zewnętrznych, ale również na własne życzenie, już dawno utraciła wpływ na kierunek zmian w światowej polityce. Technokratyczne „nowe średniowiecze”, tudzież feudalizm 2.0, w którym wojna nie robi już na nikim większego wrażenia, nadchodzi bez udziału największej instytucji religijnej świata. Mimo obecności dyplomatycznej na poziomie krajowym i międzynarodowym, watykański soft-power ma w zasadzie charakter reakcyjny. Odwoływanie się do „porządku opartego o zasady”, gardłowanie na rzecz moralności i praw człowieka, w świecie zdominowanym przez surową siłę, brzmi jak łabędzi śpiew producentów lamp naftowych w momencie wynalezienia elektryczności.
Nie chodzi jednak o wzbudzanie sentymentu za czasami, gdy papieże wypowiadali krucjaty i koronowali europejskich monarchów. O sprawczości wcale nie musi decydować liczebność, bogactwo czy ilość ambasad na świecie. Jeszcze do niedawna nikomu nieznany nurt tzw. chrześcijańskiego syjonizmu, dzisiaj stanowi – jak sugeruje Paweł Lisicki – najbardziej wpływową „chrześcijańską” ideologię zachodniego świata. „Jak to w ogóle możliwe? Przecież jej wyznawcy w USA, powiedzmy około 50 milionów protestantów, są niczym w porównaniu do gruba ponad miliarda katolików. Jednak niech liczby nas nie zwiodą. Mniejsza, ale dobrze zorganizowana i mająca własny program wspólnota jest nieporównywalnie bardziej potężna niż wspólnota amorficzna, wewnętrznie sparaliżowana” – zauważa autor książki „Mesjasz i Trzecia Świątynia”.
Dzisiaj chrześcijańscy i żydowscy syjoniści w zasadzie kierują polityką zagraniczną największego militarnego mocarstwa świata. Bo chcą i mogą. A Kościół katolicki? Poza nielicznymi chwalebnymi wyjątkami, w tej kwestii zdaje się hołdować zasadzie „jeśli nie możesz kogoś pokonać, przyłącz się do niego”. Choć zapoczątkowane na Soborze zbliżenie Kościoła z judaizmem rabinicznym przedstawiane jest głównie w kategoriach religijnych, nie sposób odmówić przełożenia rewolucji „Nostra aetate” na politykę. Wprawdzie w USA czy w samym Rzymie dominują wyraźne apele o pokój, a metody prowadzenia wojen przez Izrael są potępiane (czynił to nawet Franciszek!), to w Polsce jakoś tego nie widać… Tak się składa, że od rodzimych zagorzałych zwolenników dialogu z judaizmem próżno oczekiwać jasnego potępienia izraelskich zbrodni, nawet jeżeli ich ofiarami padają osoby duchowne, kościoły i chrześcijanie na Bliskim Wschodzie. Z drugiej strony, każda publiczny krytycyzm wobec Żydów i Izraela może liczyć na stanowczą reakcję w mniej niż 24 godziny. Katolicki syjonizm już tu jest. Nie tak bezpośredni i ostentacyjny jak w przypadku amerykańskich ewangelików, ale – jak pokazuje rzeczywistość – nie mniej skuteczny.
Piotr Relich