Dzisiaj

Paweł Chmielewski: Uwiąd wiary na długo przed II Soborem Watykańskim

(Oprac. GS/PCh24.pl)

Kryzys Kościoła katolickiego rozpoczął się na długo przed II Soborem Watykańskim – bo zanikać zaczęła wiara. Dlaczego? 

Czy II Sobór Watykański zniszczył wiarę na Zachodzie? Takie pytanie postawił sobie angielski socjolog, Stephen Bullivant. W 2019 roku napisał książkę pt. „Mass Exodus. Catholic Dissaffiliation in Britain and America since Vatican II”. Papież Leon XIV przyjął niedawno Bullivanta na audiencji prywatnej – socjolog razem z innym badaczem, Stephen Carneyem, napisał też książkę o tradycjonalistach w USA i chyba o tym rozmawiali z Ojcem Świętym. W ten sposób trafiłem na Bullivanta i przeczytałem jego książkę z 2019 roku. To praca interesująca. Poprzez prezentację szerokich danych obala wiele mitów, które panują wokół II Soboru Watykańskiego i posoborowego kryzysu.

 Po pierwsze, już przed II Soborem Watykańskim wiara w społeczeństwach zachodnich zanikała – i to dość szybko.

Wesprzyj nas już teraz!

 Po drugie, II Sobór Watykański w ewidentny sposób wpłynął negatywnie na praktykowanie wiary, zwłaszcza za sprawą nagłych reform liturgicznych.

 W tym tekście skupię się na pierwszym aspekcie, czyli na sytuacji wiary przed soborem. W innym artykule omówię uwagi Bullivanta na temat znaczenia soboru.

 Autor skupił się na Wielkiej Brytanii (bo jest Anglikiem) i na Ameryce (bo tam wykładał i Amerykę zna). Zaznacza jednak, że na podstawie analogicznej literatury można wysnuć podobne wnioski także co do innych krajów zachodnich. To prawda. Zwracam uwagę Czytelnika na krótką książkę kardynała Willema Eijka z Holandii. Prymas Niderlandów wielokrotnie podkreślał, że katolicyzm w jego kraju zaczął kruszeć zaraz po II wojnie światowej. Według Eijka przyczyna była prosta: zmiany społeczne, dobrobyt materialny i hedonizm.

 Z analizy Bullivanta wyłania się niemal dokładnie taki sam obraz. To, co kardynał Eijk opisuje w przypadku Holandii na podstawie ogólnej znajomości historii własnego kraju, Bullivant pokazuje dla Ameryki i Wielkiej Brytanii na konkretnych liczbach.

 Przypadek Anglii

 Jak mogło być dobrze, skoro młodzi katolicy w Anglii po prostu przestali chodzić na Mszę świętą? W 1957 roku – a więc na kilka lat przed rozpoczęciem Soboru Watykańskiego II – przeprowadzono badanie wśród katolickich Anglików w wieku 18-24 lata. Tylko 25 proc. z nich chodziło na Mszę świętą co tydzień. 43 proc. chodziło raz w miesiącu, 23 proc. nie chodziło wcale. W 1964 roku – a więc w trakcie soboru i na kilka przed zmianami w liturgii – obowiązek niedzielny lekceważyła duża masa członków Kościoła. Brytyjski „The Tablet” zastanawiał się, gdzie podziali się katolicy – bo w kościołach po prostu brakowało dużej części wiernych. Według wyliczeń Bullivanta, na Mszę chodziło regularnie może około 2,35 mln katolików – spośród 6 mln wszystkich. W tym samym roku na terenie parafii Stepney we wschodnim Londynie mieszkało 7000 wiernych. Na Mszę świętą chodziło regularnie 1000 osób.

 Autor książki pisze, że już w latach 40. rozpoczęto w Anglii strukturalne wysiłki na rzecz nawracania upadłych katolików. Podobnie rzecz wyglądała w Szkocji, gdzie rezygnacja z udziału w niedzielnej Mszy świętej zaczęła stawać się popularna od lat 50. XX wieku. Dodatkowo, ludzie coraz powszechniej lekceważyli ograniczenia dotyczące małżeństw. Katolicy powinni zawierać związki z katolikami, ale… w 1958 roku mieszane małżeństwa stanowiły 30 proc. wszystkich – i przyrastało ich z roku na rok. W 1972 odsetek takich małżeństw sięgnął 47 procent. To bardzo szkodliwe, bo, jak pisze Bullivant, z badań wynika jednoznacznie, że dzieci z małżeństw mieszanych statystycznie o wiele rzadziej praktykują wiarę. Nie mając jednorodnego przykładu w domu, często nie decydują się na żadne wyznanie.

 Ameryka

Również w Stanach Zjednoczonych poważne problemy rozpoczęły się w latach 40. Kilka lat po wojnie swoje zaniepokojenie stanem katolicyzmu wyrażał ówczesny arcybiskup Nowego Orleanu. Skarżył się, że wiarę praktykuje tylko 50-60 proc. członków Kościoła. W 1958 w całych Stanach Zjednoczonych na Mszę chodziło regularnie 74 proc. katolików. Choć to robi jeszcze dobre wrażenie, duszpasterze byli zaniepokojeni. W 1965 roku już 28 proc. dzieci katolickich ojców definiowało się inaczej, niż katolicy. Transmisja wiary zaczynała się przerywać.

 Przyczyna: zmiany społeczne

Co takiego się stało? Według Bullivanta chodziło przede wszystkim o głębokie zmiany społeczne. Przed II wojną światową zarówno w Anglii jak i w Stanach Zjednoczonych katolicki stanowili bardzo zwartą i zżytą społeczność. Człowiek rodził się w katolickiej rodzinie, chodził do katolickiej szkoły, miał katolickich znajomych, zawierał małżeństwo z innym katolikiem, a katolicka parafia organizowała jego życie również w czasie wolnym. Sport uprawiało się razem z innymi katolikami, z katolikami chodziło się do baru. Gdyby ktoś przestał praktykować wiarę, wszyscy by to widzieli. Cała lokalna społeczność traktowała katolicyzm jako „dany”. Prawie nikt tego nie podważał – wiara katolicka była w takich miejscach po prostu oczywistością, kluczowym i nieusuwalnym elementem tożsamości i „sposobem” na organizację niemal całego życia.

Właśnie to zaczęło się zmieniać. Pierwsze uderzenie przyszło wraz z II wojną światową. Bullivant pisze, że katoliccy mężczyźni trafili nagle na front razem z protestantami, żydami czy ateistami. Walczyli i umierali z ludźmi, z którymi wcześniej nie mieli żadnego kontaktu. W ten sposób zaczęły powstać więzi społeczne o zupełnie nowym charakterze. Ich podstawą nie była już wspólna tożsamość religijna, ale wspólna tożsamość narodowa. Okazywało się, że John może być protestantem, ale to „równy gość”. W ten sposób tożsamość religijna schodziła na drugi plan, a to otwierało drogę do jej relatywizacji – w oczach ludzi, którzy wcześniej nie znali zbyt dobrze niekatolickiego świata. Dotyczyło to również kobiet. Nagle trafiały do różnych wojennych zajęć – razem z ludźmi różnych wyznań. Musiały migrować, zawierały nowe, niekatolickie przyjaźnie. Poznawały niekatolickich mężczyzn, nawiązywały się relacje romantyczne. W sumie wojenna zawierucha sprzyjała pierwszemu wymieszaniu religijnemu – to, co było wcześniej oczywistym i niemal jedynym regulatorem porządku życia, nagle przestało nim być.

 Rozwój materialny

O wiele ważniejsze były jednak lata powojenne, a to ze względu na gwałtowny rozwój sytuacji materialnej. To zmieniło wszystko. Przed tą epoką, jak pisałem wyżej, parafia organizowała również czas wolny. W każdą niedzielę rano szło się do kościoła, ale w wolnym czasie w sobotę też przebywało się z katolikami. Po wojnie doszło do upowszechnienia samochodów i telewizorów. To sprawiło, że wolny czas przestał być zależny od parafii. Samochód pozwolił na to, by pojechać na wycieczkę. W sobotnie popołudnie nie trzeba już było szukać rozrywki w lokalnej katolickiej społeczności, ale można było pojechać wszędzie – i spędzić czas poza światem katolickim. W niedzielę, owszem, można było pójść na Mszę świętą – ale nagle pojawiła się niedostępna wcześniej opcja wycieczki, wyjazdu do kina i tak dalej… To samo, tylko w jeszcze silniejszym stopniu, dotyczy telewizora. Już nie lokalna katolicka gazeta, ale ogólnokrajowy niekatolicki program dostarczał informacji. Nie katolicki klub dyskusyjny, ale ogólnokrajowy program dyskusyjny zajmował czas wieczorem.

Do tego doszły jeszcze powojenne migracje związane z nowym budownictwem mieszkaniowym.

Bulivant pisze, że zwłaszcza młodzi ludzie otrzymywali lub kupowali mieszkania w nowych blokach, a to oznaczało nagłe wykorzenienie z katolickiej wspólnoty. Wcześniej szło się na Mszę świętą w niedzielę, bo każdy tak robił. W nowym miejscu zamieszkania każdy szedł, gdzie chciał i nikt się już nawzajem nie pilnował. Pójście na Mszę z niekwestionowanej oczywistości przekształciło się w dobrowolny akt, kontrolowany tylko własnym sumieniem.

Zaczęło się też popularyzować szkolnictwo wyższe. Młodzi ludzie, wyrywani z domu, konfrontowali się nagle z innymi młodymi – różnych wyznań albo niewierzącymi. Tworzyli więzi, które nie miały katolicyzmu za podstawę.

Mówiąc krótko, przed rewolucją technologiczną człowiek spędzał życie w lokalnej społeczności. Po rewolucji zaczął spędzać życie indywidualnie – sam albo z najbliższą rodziną czy znajomymi. To w gruntowny sposób osłabiło więzi, a co za tym idzie – osłabiło również siłę spajającą parafii.

Nieoczywistość – i niewygoda

W sumie w rosnącej liczbie miejsc w Anglii i Stanach Zjednoczonych bycie katolikiem stało się możliwe tylko na gruncie świadomej decyzji. Przy braku kontroli rodziny i lokalnej społeczności, nowej ofercie rozrywkowej i tworzeniu relacji z niekatolikami, ta decyzja zapadała coraz rzadziej. Bullivant powołuje się na badania amerykańskiego socjologa Petera Bergera, który podkreślał istotność „oczywistości” danego przekonania. Jeżeli jakiś pogląd czy sposób myślenia jest powszechny, nawet się go nie kwestionuje. Jeżeli jest jedną z opcji, sytuacja wygląda już zupełnie inaczej.

Właśnie stąd wzięły się spadki w praktykowaniu religii, postępujące od lat 40. Tak jak pisałem wcześniej, dokładnie to samo zaobserwował w Holandii kardynał Willem Eijk.

Wreszcie trzeba wziąć pod uwagę sytuację społeczną lat 60. W 1960 roku amerykański dopuścił do obrotu pigułkę antykoncepcyjną. W 1967 roku zalegalizowano w Wielkiej Brytanii zabijanie dzieci nienarodzonych. W 1973 roku to samo zrobiono w USA. W 1969 roku w Wielkiej Brytanii znacząco ułatwiono rozwody, w tym samym roku to samo zaczęło dziać się w Ameryce, od Kalifornii począwszy. W 1968 roku Paul Ehrlich ogłosił książkę „Bomba populacyjna”, co rozpoczęło światową wojnę z dzietnością i rodziną. W 1969 roku wybuchły zamieszki w Stonewall, co zapoczątkowało ruch homoseksualny. Mówiąc krótko, świat nie stał w miejscu, tylko pędził naprzód. Kościół starał się ten pęd zatrzymać. Bullivant zwraca uwagę na encyklikę „Humanae vitae” papieża Pawła VI, która odrzuciła antykoncepcję. Spotkało się to jednak z oburzeniem wielu katolików, którzy pod wpływem ówczesnej kultury nie rozumieli tej decyzji. Także to, uważa Bullivant, przyspieszyło odchodzenie od wiary.

Tak czy inaczej, Katolicyzm pod koniec lat 60. stał się w USA czy Wielkiej Brytanii wyborem – i to wyborem poniekąd problematycznym, bo separującym jednostkę od lifestyle’u większości społeczeństwa. Jako że zaniknęły lokalne więzi, nie dawał już takiego oparcia, jak dawniej.

Mniej więcej to samo dzieje się w Polsce. W naszym kraju nie było tak gwałtownych zmian liturgicznych, jak w innych krajach. Kościół pełnił zresztą w PRL szczególną funkcję, dlatego zjawisko odchodzenia od wiary po Vaticanum II nie wystąpiło. Odpływ wiernych zaczął się w latach 90. – wtedy, kiedy Polska znalazła się w sytuacji pod wieloma względami podobnej do tej z lat 50. czy 60. w Wielkiej Brytanii albo USA. Rozbijanie lokalnych społeczności, wewnętrzne i zewnętrzne migracje, nagły wzrost dobrobytu materialnego, nowe możliwości organizacji czasu… Wydaje się, że zmiany w polskim katolicyzmie tylko potwierdzają tezę o kluczowej roli zmian społecznych jako czynnika degradującego spójność Kościoła.

Paweł Chmielewski

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(13)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie