Dzisiaj

Duchowni i świeccy na Drodze Krzyżowej Kościoła

(Oprac. PCh24.pl)

Chrystus został ukrzyżowany rękami przedstawicieli świata zewnętrznego na żądanie swoich rodaków, w tym wysoko postawionych duchownych. Ta historia powtarza się każdego dnia, codziennie bowiem grzechy – również ludzi ochrzczonych, w tym kapłanów i biskupów – przybijają Chrystusowe dłonie i stopy do krzyża. Trudno uniknąć wrażenia, że w naszych czasach dzieje się to ze szczególnie bolesną częstotliwością.

Kościół, Mistyczne Ciało Chrystusa, tu na Ziemi składa się z duchownych i świeckich. Jedni i drudzy grzeszą, każdego dnia przyczyniając się do cierpienia naszego Zbawiciela. Nikt z nas nie jest bez winy. Wszyscy razem, jako Kościół, kroczymy Drogą Krzyżową. Dużo mówi się dziś o „grzechach ludzi Kościoła” mając na myśli głównie biskupów i kapłanów – słusznie, wszak nierzadko jest to prawdą. Ale my, świeccy, też jesteśmy „ludźmi Kościoła”. Mając świadomość wielkiego kryzysu wiary, wielkiego kryzysu Kościoła, nie zapominamy również o swoich grzechach.

Bo często wydaje nam się, że przechodząc swoje własne Drogi Krzyżowe, a także idąc wspólną Drogą Krzyżową naszego Kościoła, pozostajemy wyłącznie ofiarami innych. Że cierpimy – a więc to w nas wymierzone są ciosy. To często prawda, ale nie cała. To my również zadajemy ciosy – bliźniemu, Kościołowi, Chrystusowi w Jego Mistycznym Ciele.

Wesprzyj nas już teraz!

Pierwsza stacja Drogi Krzyżowej, gdy skazano Chrystusa na śmierć skłania do wspomnienia Pierwszego z Dziesięciorga Przykazań. „Nie będziesz miał cudzych bogów przede Mną!”.

Patrzymy dziś na Kościół i widzimy, jak wielu prowadzi Lud Boży wcale nie ku Chrystusowi, ale ku… innym, cudzym bogom. Jak bardzo starają się przekonać świat, że ci „cudzy bogowie” również są „w porządku”, jak bardzo są dla nich tolerancyjni i otwarci. Jak bardzo podkreślają, że właściwie nie ma znaczenia, czy wierzy się w Boga w Trójcy Jedynego, Ojca, Syna i Ducha Świętego, czy można odrzucać Chrystusa jako Mesjasza. Albo, że można wierzyć, że owszem, jest jeden Bóg, ale zupełnie inny, niż Jezus Chrystus… Albo, że można w ogóle nie wierzyć. Że to też jest w porządku, bo wystarczy być na przykład „dobrym człowiekiem”.

Ale przecież również i my, którzy pamiętamy, że tylko Chrystus jest Bogiem, którzy oddajemy Mu należną cześć, tak często skazujemy Go na śmierć w swojej codzienności. Ileż wśród nas, wyznawców Chrystusa, wszystkich spośród grzechów głównych – pychy, chciwości, nieczystości, zazdrości, obżarstwa, gniewu i lenistwa!

Na Drugiej Stacji, gdy Chrystus bierze krzyż na ramiona, przypominamy sobie jak mówił „jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje”.

Patrzymy na Kościół i ze wstydem dostrzegamy ludzi powołanych do tego by co dzień brać swój krzyż na swoje ramiona w zgoła innych postawach: gdy unikają modlitwy, nie nastają w porę i nie w porę, jak wstydzą się Ewangelii, jak powierzchownie podchodzą do sakramentów, jak gorszą swym zachowaniem, traktują innych z wyższością, jak przywiązani są do pieniędzy i zaszczytów, jak ignorują potrzeby wiernych, unikają trudnych tematów, jak obojętni są na cierpienie, wielbią święty spokój, łamią celibat. Odrzucają krzyż, z którym wiąże się ich powołanie.

Ale i my, każdego dnia, tak licznie przecież odmawiamy niesienia własnego krzyża, związanego z naszym powołaniem, z naszymi obowiązkami stanu. Ile razy uciekamy od odpowiedzialności, porzucamy zobowiązania, obwiniamy innych za własne decyzje, łamiemy dane słowo, odkładamy obowiązki, zaniedbujemy rodzinę, zdradzamy, unikamy wychowania własnych dzieci albo w ogóle unikamy posiadania dzieci, jesteśmy niewierni w małych i dużych rzeczach, milczymy wobec zła, zagłuszamy sumienie, unikamy jałmużny i pomocy bliźniemu, stawiamy samych siebie ponad innych, nie interesujemy się Bogiem, nie wykazujemy ni skruchy i pokory, narzekamy, pragniemy żyć tylko dla przyjemności – zupełnie bez krzyża.

Na Trzeciej Stacji, gdy Chrystus upada po raz pierwszy pod ciężarem krzyża naszych grzechów, przypominamy sobie słowa Apostoła, przestrzegającego nas „kto stoi, niech baczy aby nie upadł”. 

Widzimy kapłanów i biskupów – sługi Chrystusa – tak pewnych swego, tak przekonanych o swej wyjątkowości i nieomylności w kontaktach ze światem zewnętrznym, że zaniedbujących kontakty z Nim i własną formację duchową. Przekonanych o nieomylności własnego pokolenia i o byciu lepszym niż pokolenia minione. Pomijających konieczność stałego dokształcania, unikających refleksji nad własnym życiem, usprawiedliwiających kompromisy moralne, relatywizujących dobro i zła, unikających wspólnoty, ignorujących wiernych, prowadzących podwójne życie, okazujących brak pokory wobec wielkiej Tradycji Kościoła, przemilczających Jego nauki.

Patrzymy jednak przede wszystkim na siebie, świeckich, również składających się na Lud Boży, który tak często bywa niewiernym, który tak często upada, mimo iż nieraz przekonany jest o własnej cnocie i pobożności. Wywyższamy się nad innych, również nad Tych, którzy zostali ustanowieni jako pasterze nad nami. Gardzimy człowiekiem o innych przekonaniach, brakuje nam pokory, chełpimy się osiągnięciami, nie przyjmujemy krytyki, pragniemy być podziwianymi, popadamy w duchowy lub narodowy narcyzm. Nie baczymy, by nie upaść, gdy wydaje nam się, że stoimy prosto.

Na Czwartej Stacji Pan Jezus spotyka swoją Matkę. Już za parę chwil, gdy dotrze na Golgotę, ustanowi Ją i naszą Matką, Matką Kościoła, mówiąc do Jana „Oto Matka Twoja”, a do Niej samej „Oto syn Twój”.

Zwłaszcza w ostatnim czasie widzieliśmy, jak bardzo Matka Chrystusa, wybrana przed wiekami przez Ojca Niebieskiego, ocalona od grzechu, pełna łaski, błogosławiona między niewiastami, zostaje zepchnięta na margines przez część Jego Sług. Niewiasta, która przyniosła światu wcielone Zbawienie, umniejszana jest przez uczniów Zbawiciela. Negują Jej wyjątkową rolę, pomniejszają Jej świętość, nazywają „zwyczajną dziewczyną”, ignorują Jej miejsce w Tradycji Twego Kościoła, nazywają oddanie Jej przesadą, podważają uświęcone praktyki ku Niej skierowane, nie uznają Jej wstawiennictwa, nie bronią Jej czci gdy jest atakowana.

Ale jesteśmy i my, świeccy, nawet ci oddani Maryi jako Królowej Nieba i Ziemi, a także Królowej Polski, nie jesteśmy bez winy. My, którzy modlimy się na różańcu i pielgrzymujemy do Niej, również grzeszymy każdego dnia – chociażby zaniechaniem! Oto siedemdziesiąt lat temu na Jasnej Górze złożyliśmy Jej konkretne śluby, ale wciąż się im sprzeniewierzamy: nie bronimy życia od poczęcia, nie stoimy na straży małżeństwa, nie wychowujemy naszych dzieci po katolicku, nie strzeżemy wierności małżeńskiej, nie walczymy z rozwiązłością samymi będąc rozwiązłymi, nie walczymy z pijaństwem, rozpustą, niesprawiedliwością, samemu się im oddając. Nie pracujemy nad sobą, bywamy nieuczciwi, nie zwalczamy nienawiści ale często ją siejemy, nie pomagamy ubogim, nie naśladujemy Cnót Matki Chrystusa.

Przy piątej stacji Chrystus zaczyna tracić siły, potrzebuje pomocy, żołnierze zmuszają więc Szymona z Cyreny, by pomógł nieść krzyż Jezusowi. Święty Paweł, o pomaganiu sobie nawzajem pisał „jeden drugiego brzemiona noście i tak wypełnicie prawo Chrystusowe”. A potem dodawał „bo kto uważa, że jest czymś, gdy jest niczym, ten zwodzi samego siebie. Niech każdy bada własne postępowanie, a wtedy powód do chluby znajdzie tylko w sobie samym, a nie w zestawieniu siebie z drugim. Każdy bowiem poniesie własny ciężar”.

Następcom apostołów, Chrystusowym kapłanom, wiele się dziś zarzuca w kontekście braku pomocy drugiemu, często chodzi o zachłanność, brak materialnej pomocy bliźniemu, nadużycie władzy zamiast służby. Ale tyle jest też zaniedbania jeśli chodzi o opiekę duchową! Brak troski o formację wiernych, powierzchowne prowadzenie dusz, ignorowanie osób szukających pomocy duchowej, pozostawianie ludzi „samych sobie”, powierzchowne kazania, unikanie głoszenia trudnych prawd i tematów moralnych, brak poważnej katechezy dorosłych. I przede wszystkim wprowadzanie zamieszania doktrynalnego i dyscyplinarnego.

Coraz częściej musimy radzić sobie sami, nie tyle bez, co obok kapłanów. A i to otwiera pole do grzechu, nawet gdy kierujemy się wyłącznie dobrymi intencjami. Tak wiele razy ignorujemy konieczność sprawdzenia tego, co sami głosimy jako prawdę wiary! A to nie jest przecież nasze, świeckich, pierwsze zadanie. Wpatrując się w Cyrenejczyka niosącego krzyż Pański, przypominamy sobie jak wiele razy ignorujemy ludzi w potrzebie, przechodzimy obojętnie obok krzywdy, nie wykazujemy współczucia, żałujemy pieniędzy na jałmużnę, unikamy pocieszania pogrążonych w smutku, bagatelizujemy problemy psychiczne bliźniego, nie chcemy poświęcać czasu drugiemu człowiekowi.

Na szóstej stacji, gdy Weronika ociera twarz Panu Jezusowi, widzimy dzielną niewiastę, która przepycha się przez nienawistny tłum i nie bojąc się rzymskich żołnierzy, pragnie ulżyć cierpiącemu choć odrobinę. Nie obawia się niczyjej reakcji, przyznaje się do zażyłości z Nim. I naraz przypominamy sobie, jak powiedział: „do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie”.

To nie żaden z Jego uczniów, ale kobieta, wybiegła by Mu pomóc. Oni się ukryli. Tak często bywają ukryci i dziś ich następcy. Nadal zdają się osaczeni strachem przed opinią publiczną, ulegają presji mediów, próbują dostosować nauczanie do oczekiwań świata, unikać tego, co może zostać uznane za kontrowersyjne, wybierają „kult świętego spokoju” zamiast prawdy, zapominają o Jego wyznawcach cierpiących w krajach o których z jakichś względów lepiej się nie wypowiadać. Tak, jakby odwracali wzrok od Jego twarzy, zapisanej na chuście Weroniki.

A my? Jak często pomagamy Jezusowi w drugim człowieku, a jak często wolimy, by zamiast nas znalazła się jakaś Weronika? Jakże często wybieramy milczenie wobec niesprawiedliwości, nie reagujemy na krzywdę, nie bronimy słabszych, okazujemy tchórzostwo moralne, nie upominamy, pozwalamy na niesprawiedliwość, zapominamy, że w twarzy każdego człowieka odbija się Jego Najświętsza Twarz…

Na siódmej stacji, gdy Chrystus upada po raz drugi, zwróćmy uwagę na Jego słowa o totalnym upadku człowieka, brzmiące: „Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu byłoby lepiej zawiesić kamień młyński u szyi i utopić go w głębi morza.”

Nigdy jeszcze nie słyszeliśmy o tylu upadkach ludzi Kościoła, co dziś. Tyle krzywd zadali Jego uczniowie najmłodszym… Gdzieniegdzie stało się to wręcz grzechem systemowym, zorganizowaną strukturą grzechu. Nadużycia, zły dotyk, złe słowo, zły wzrok, pożądliwość, krzywda, ukrywanie jej, tolerowanie, niechęć do wyjaśnienia spraw, brak wiary ofiarom, solidarność korporacyjna ponad sprawiedliwość.

A ludzie nie noszący szat duchownych? Czy są wolni od tych grzechów? W jaki sposób podchodzą do tych spraw? Dlaczego traktują je głównie jako „niesprawiedliwy atak na Kościół”? Czy traktują kapłanów jako niejako świętych z urzędu? Albo z drugiej strony – ilu z nas uwierzyło w fałszywe oskarżenia, albo powtórzyło je, tylko dlatego, że dotyczyły kapłana? Ilu z nas uwierzyło, że wszyscy lub większość księży, to źli ludzie i należy się od nich trzymać z daleka? A z jeszcze innej strony – jak świeccy dbają o bezpieczeństwo najmłodszych? Czy budują bezpieczny dla nich świat? Czy ograniczają im kontakt ze zgorszeniem? Ilu spośród ochrzczonych nie przeszkadza rozwiązłość we współczesnym świecie, w kinie, handlu, reklamie? Ilu z chrześcijan głosuje na ludzi promujących obrzydliwości? Ilu płaci im lajkami i spędzaniem z nimi czasu antenowego? Ilu wpuszcza bezpańsko swe dzieci w przestrzeń internetową, zupełnie nie interesując się tym, co tam robią? Jak bardzo winni jesteśmy i temu grzechowi, nawet jeśli nigdy bezpośrednio się go nie dopuściliśmy?

Stacja ósma, gdy Pan Jezus pociesza płaczące niewiasty, mówi do nich „Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi! Oto bowiem przyjdą dni, kiedy mówić będą: Szczęśliwe niepłodne łona, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły”, w Tradycji zawsze rozpatrywana była jako nawoływanie do rozróżnienia prawdziwej skruchy od skruchy powierzchownej, odpowiedzialności za swój grzech – również ten społeczny.

Widzimy dziś następców apostołów, biskupów i prezbiterów, wylewających łzy nad tym samym nad czym łzy wylewa świat – nad ekologią, zwierzętami, ekonomią, dwutlenkiem węgla albo partyjną polityką – podczas gdy obok czeka tyle ran, smutku, bólu i cierpienia, nad którym nikt się nie pochyla. Cierpienia Chrystusa w Jego Kościele. Bo cierpi, gdy słyszy jak jego kapłani mówią wyłącznie o zrozumieniu dla grzechu, bez nawołania do nawrócenia. Gdy widzi, jak zajmują się wszystkim poza Jego wyznawcami cierpiącymi w tak wielu miejscach świata, również w ziemi, po której chodził kiedyś swoimi stopami.

I w tym czasie my, stale wylewający łzy, jak kobiety przy krzyżowej drodze, nad grzechami innych. Nad grzechami naszych księży i biskupów. Nad grzechami rządzących. Nad grzechami sąsiadów. Nad grzechami sympatyków innej bańki w social-mediach. Nad grzechami ciotek i kuzynek. A nie widzimy własnych grzechów, grzechów ludzi z bańki którą lubimy, grzechów polityków partii którą popieramy, krzywdami przez nas wyrządzonymi sąsiadom, ciotkom i kuzynom, grzechami wymierzonymi prosto w Niego. I stale odkładamy spowiedź na ostatnią chwilę.

I wreszcie trzeci upadek pod ciężarem krzyża, stacja dziewiąta. Chrystus nie daje już rady iść, ale podnosi się nadludzką siłą i kroczy dalej. Człowiek stale upada, miarą jego upadku staje się grzech społeczny, promowany systemowo, przenikający do Kościoła. Chrystus przyszedł wypełnić Prawo i zapowiedział, że „ani jota, ani jedna kreska nie zmienią się w Prawie, aż się wszystko wypełni”. W tym i te słowa z zapowiadającej Jego przyjście Księgi Kapłańskiej: „Nie będziesz obcował z mężczyzną tak, jak się obcuje z kobietą. To jest obrzydliwość”.   

A jednak Jego słudzy, w tak zdumiewającej liczbie, upadli sodomskim grzechem wołającym o pomstę do Nieba. To jest obrzydliwość. Inni, wiedzą o tym, i nic z tym nie robią. To jest obrzydliwość. Panują całe struktury tego grzechu. To jest obrzydliwość. Niektórzy kapłani promują ten grzech, zakładają tęczowe stuły, nie przeszkadza im ułatwiające go prawodawstwo, a niektórzy chcą go nawet błogosławić… To jest obrzydliwość wołająca o pomstę do Nieba.

Wśród ochrzczonych katolików, tak wielu jest takich którzy „nie mają z tym żadnego problemu” by relację dwóch mężczyzn nazywać małżeństwem. Dążą do tego, by państwo ją zalegalizowało. Prowadzają dzieci na parady mające promować grzech. Tworzą filmy, seriale, kreskówki i inne dzieła popkultury mające za zadanie ocieplać sodomię. To prawdziwa miara upadku człowieka, upadku w okropny grzech, upadku który neguje naturę człowieka, neguje jego płeć, zezwala na bawienie się w Boga zmieniającego to co przyrodzone skalpelem i hormonami, według własnej woli.

Nadchodzi i ten straszny moment na stacji dziesiątej, gdy Pan Jezus zostaje obnażony z szat i zelżony. Lżą Go w Jego języku rodacy, lżą Go w obcym języku żołnierze, lży Go zabójczymi słowami Sanhedryn. Sam mówił, że „nie to, co wchodzi do ust, czyni człowieka nieczystym, lecz to, co z ust wychodzi”. A także, o czym tak często zapominamy, że „z każdego bezużytecznego słowa, które wypowiedzą ludzie, zdadzą sprawę w dzień sądu. Bo na podstawie słów twoich będziesz uniewinniony i na podstawie słów twoich będziesz potępiony”.

Tyle razy biskupi i kapłani podchodzili do Niego z lekkim słowem. Jakby nie był Bogiem i Królem, ale zwykłym człowiekiem, co najwyżej jakimś ziemskim idolem. Tyle razy opowiadali o tym wiernym. Ale i wiernych lżyli, gdy tylko ci wyrażali zdanie inne od nich. Dziś, w dobie mediów społecznościowych, ujawnia się tak wielu kapłanów nabijających się nawet z ludzi praktykujących piątkowy post! Krytykują ludzką pobożność! Wyśmiewają zwyczaje. Obmawiają. Wyciągają cudze słowa z kontekstu by przedstawić ich w złym świetle. W imię własnych przekonań, politycznych, społecznych, kościelnych.

Ale w tej kwestii, w dziedzinie grzechów języka, to my, wierni, jesteśmy niestety „specjalistami”. My, ochrzczeni katolicy, używający internetu, nie potrafimy się zatrzymać, w stosunku do drugiego świeckiego, albo do duchownych. Wklejamy obrzydliwe karykatury, komentujemy wyłącznie dla samej złośliwości, dla zaorania, dla lajków, klików, zasięgów. Fałszywie oskarżamy, często bez sprawdzenia – mimo iż fakty są na wyciagnięcie dłoni. Ale fakty nie zawsze pasują nam do narracji. Powtarzamy sensacje, plotkujemy, wyzywamy, szydzimy, poniżamy, przeklinamy, odczłowieczamy, albo milczymy, kiedy trzeba wziąć kogoś w obronę. Każde skrzywdzenie przez nas ludzi, również w „wirtualnym świecie”, to zadanie jak najbardziej realnej rany Chrystusowi.

A potem jest przybicie do krzyża i śmierć Pana. Zdjęcie z narzędzia kaźni i złożenie do grobu. Wszystko to za nasze grzechy, grzechy Jego Kościoła. Wpatrujemy się w nie i żałujemy. Chcemy by zniknęły, by nie były już częścią naszego życia i Kościoła.

Wpatrujemy się w krzyż Pana i w Jego Grób. I wiemy, że zabijamy Go swym grzechem, grzechami ludzi Jego Kościoła. Stają się nam obrzydliwe, widzimy je i pogrążamy się w ciemności, w wielkiej ciemności Wielkiego Piątku Kościoła, którego nadejście tak wielu z nas przeczuwa a wielu uważa nawet, że on już trwa.

Bo skoro On, w swym Ciele, przeżył swój Wielki Piątek to musi nastąpić i Wielki Piątek Jego Mistycznego Ciała.

Ale przecież po dramacie Wielkiego Piątku następuje cisza Wielkiej Soboty i chwalebny poranek po Wielkiej Nocy – poranek Zmartwychwstania. Ufamy zatem, że po najciemniejszej nawet nocy Kościoła nastąpi poranek Jego zmartwychwstania, zmartwychwstania Jego Mistycznego Ciała, zmartwychwstania Jego Kościoła.

Wtedy to trwało tylko trzy dni.

To jeszcze tylko trzy dni.

Tylko trzy dni.

 

Krystian Kratiuk

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(1)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie