Ogłoszenie daty referendum w sprawie odwołania prezydenta i Rady Miasta Krakowa wywołało paradoksalną reakcję najbardziej zainteresowanego – Aleksandra Miszalskiego oraz jego politycznego środowiska, które określenia „demokracja” i „obywatelski” na co dzień wciąż odmienia przez wszystkie przypadki. Tym razem jednak obóz rządzący państwem – oraz między innymi stolicą Małopolski – namawia mieszkańców Grodu Kraka, by w dniu głosowania… pozostali w domach.
Jak ogłosiła we wtorek miejska komisarz wyborczy Dagmara Daniec-Cisło, decydujące głosowanie odbędzie się 24 maja. W komisji referendalnej zasiądzie 12 osób, w tym sześć nominowanych przez autorów akcji odwołania władz Krakowa, a także po trzy ze strony prezydenta oraz rady miasta.
„Wynik referendum jest rozstrzygający, jeżeli za jednym z rozwiązań w sprawie poddanej pod referendum oddano więcej niż połowę głosów ważnych” – napisała komisarz.
Wesprzyj nas już teraz!
Dziesiątki tysięcy krakowian podpisanych pod wnioskiem, który ostatecznie doprowadził do ogłoszenia referendum, zarzucają władzom Grodu Kraka spowodowanie potężnego wzrostu i tak już dotychczas gigantycznego zadłużenia, a także niedotrzymanie przedwyborczych obietnic, niegodne sprawowanie urzędu, podwyżki cen biletów, wydłużenie godzin obowiązywania strefy płatnego parkowania (także na niedziele) i represyjność Strefy Czystego Transportu oraz chaos przy jej wprowadzaniu.
Aleksander Miszalski, który zaledwie przed miesiącem napisał w mediach społecznościowych, że „referendum to najlepsze, co mogło mu się, jako politykowi przytrafić”, najwyraźniej zmienił zdanie. Wyznaczenie daty głosowania skwitował bowiem na Facebooku w następujący sposób:
„Referendum w sprawie odwołania zawsze mobilizuje przeciwników. Tak działa ten system. Dlatego jeśli uważacie, że powinienem dokończyć kadencję, w dniu referendum zostańcie w domu. Naszym zwycięstwem będzie niska frekwencja w referendum i wysoka w dniu każdych wyborów. Ostateczna decyzja – jak zawsze – należy do Was”.
Filozofii bojkotu referendum przez zwolenników koalicji, która sama nazwała się „obywatelską”, wtórował w Radio Zet jej czołowy polityk, Borys Budka:
– System jest tak skonstruowany, że – niestety, ale żeby wspomóc prezydenta, czy ci, którzy są zadowoleni z pracy prezydenta, albo uważają, że nie powinien zostać odwołany, bo trzeba go rozliczyć po pełnej kadencji w normalnych wyborach, powinni zostać w domu. Ustawa jasno mówi, żeby referendum było ważne, musi wziąć udział w nim co najmniej trzy piąte osób, które brały udział w drugiej turze wyborów – odpowiadał polityk na pytania Beaty Lubeckiej.
– Zwolennicy pana prezydenta powinni zostać w domu. Przeciwnicy będą głosowali na „nie”. Zdecyduje frekwencja. Jeżeli przeciwników będzie odpowiednia liczba, mam nadzieję, że tak się nie stanie, to wówczas prezydent zostanie odwołany. Ale każdy, kto pójdzie głosować, podwyższa frekwencję, czyli uprawdopodabnia ważność referendum. (…) Bronisz prezydenta, zostajesz w domu. Chcesz go odwołać, idziesz na referendum – przekonywał Budka.
Polityk Konfederacji Konrad Berkowicz odpowiedział Miszalskiemu: „Ale przecież sami przekonywaliście, że demokracja polega na masowym udziale wyborców w tym rzekomym święcie. Proszę się więc nie łudzić – zgodnie z Pańskimi własnymi zasadami zostanie Pan rozliczony i z hukiem wyrzucony z krakowskiego ratusza. To już tylko kwestia czasu”.
Źródła: Facebook, Twitter (X), Radio Zet
RoM