Dzisiaj

Brainroty, czyli apokalipsa zombie już trwa

(stock.adobe.com)

Uśrednione IQ od czasu rozpoczęcia pomiarów ponad stulecie temu, w kolejnych pokoleniach stawało się coraz wyższe. Postęp był satysfakcjonujący i wydawał się trwały. Młodzież dzięki ofercie edukacyjnej – tej systemowej i tej kulturowej – stawała się bystrzejsza. Niestety, „stawała się”. Wygląda na to, że (podobnie jak w medycynie, tak przynajmniej twierdzą eksperci WHO – sic!) – lepiej to już było, mili Państwo.

Sytuacja zaczęła się zmieniać około roku 2010. Telewizory istniały dużo wcześniej. Gry komputerowe i Playstation również. Satelitarna papka i byle jakie kreskówki meblowały dziecięce głowy od kilku dziesięcioleci. Nie da się tego wyjaśnić również produkcjami z gatunku reality show czy paradokumentami typu Szkoła, na które narzekaliśmy naście lat temu. Doktor Jared Cooney Horvard, przemawiając w jednej z rad Senatu USA, przekonywał, że zmianą, która wówczas zaszła, jest szerokie wprowadzenie do szkół technologii cyfrowych. Po zachłyśnięciu się najnowocześniejszym sprzętem niczym wujek w amoku na giełdzie komputerowej, zaczęliśmy zauważać, że pomiędzy dziećmi uczonymi za pomocą zaawansowanych technologii a tymi korzystającymi z konwencjonalnych narzędzi istnieje ogromna różnica w zakresie jakości procesów myślowych, pamięci, a zwłaszcza koncentracji. Potężny spadek opiera się nie tylko na omawianym wielokrotnie nadużywaniu smartfonów, ale i na używaniu technologii, które protezują pracę mózgu.

Bodaj pierwsi zaczęli to zauważać specjaliści od neurologopedii i wczesnej interwencji, jak profesor Cieszyńska. Od kiedy małe dzieci zaczęły być zanurzane w „programach edukacyjnych”, znacznie wzrosła liczba fałszywych rozpoznań autyzmu (bo obraz funkcjonowania był podobny, a przyczyną – nie neuroatypowość, tylko… zaniedbanie cyfrowe i brak odpowiedniej społeczno-emocjonalnej stymulacji). Nastąpiła też swoista epidemia opóźnień rozwoju mowy. Po początkowym zachwycie kraje skandynawskie odeszły od upowszechniania technologii podczas lekcji, zauważając regres uczniów. Dlaczego tak się dzieje?

Wesprzyj nas już teraz!

Dzieciakom mózgi gniją

Użytkowanie ekranów nawet do nauki opiera się na innym modelu: dezaktywującym umysł, sprawiającym, że jest on jedynie biernym odbiorcą – i tyle godzin, ile wcześniej musiał się aktywować (uprośćmy to: polować), teraz może pozostawać w bierności (niczym pierwotny myśliwy karmiony bez wychodzenia z jaskini). A przecież od nastu lat zindywidualizowane ekrany nosimy w każdej kieszeni…

Miliony uczniów i studentów na całym świecie już doświadczają, że tracą kontrolę nad funkcjonowaniem swojego umysłu – nie mogą się skupić, jeśli coś ich nie skupia. Tym czymś jest ruch na ekranie. Oznacza to, że nie są w stanie efektywnie skorzystać z nieruchomego tekstu… Czują się przykuci do telefonów, po które wielokrotnie sięgają bezwiednie. Scrollują przez wiele godzin dziennie. I to właśnie ten zestaw objawów, wraz z tak zwaną „uwagą złotej rybki” (zainteresowaniem tylko na krótką chwilę), nazwano brainrotem. Dosłownie gnijącym mózgiem, mózgozgniłkiem. To walki z takim „schorzeniem” dotyczą bardzo liczne materiały o detoksie dopaminowym, odwyku od smartfona, odzyskaniu kontroli. Ale jest i inne znaczenie tego wyrazu. Chodzi w nim nie tylko o sam gadżet, o narzędzie, ale o treść przekazywaną za jego pośrednictwem.

Pokoleniowym doświadczeniem generacji Alpha, czyli urodzonych po roku 2010–2015, jest codzienne wystawienie na brainroty. Zjawisko bynajmniej nie jest niszowe ani subkulturowe. To kluczowa część kultury popularnej postpandemicznego świata, niestety – szczególnie adresowana do dzieci. Im starszy odbiorca, tym większą czuje odrazę w kontakcie z brainrotem.

Brainroty to bowiem również memy (w pierwotnym znaczeniu Dawkinsowskim: bity informacji kulturowej – obrazki, filmy, motywy, znane i powtarzalne teksty, melodie czy dowolne dźwięki), mające charakter… destrukcji depozytu kulturowego. Przeróbki, komentarze do komentarzy, cytaty, symulakra… Popkultura XX wieku zrodziła poczwarę: zbiór przypadkowo sklejonych, przerysowanych elementów, zwracających uwagę swoją bezsensownością, dosadnością, głośnością. Spożywa się je prędko, jeden za drugim, przez długi czas. Nie ma tu miejsca na spójność, proces, głębszą myśl, a nawet w ogóle na sens.

To, co jeszcze niedawno mogło być kąśliwym komentarzem, ilustracją, puszczeniem oka do odbiorcy, w ogóle działaniem na marginesie, objęło w młodym pokoleniu całą specyficzną dla ich czasów kulturę popularną. Bardzo wiele brainrotów jest, co tu dużo mówić, niesmacznych, śliskich, dosłownie zboczonych, pełnych śmieci, dziwactw budzących przerażenie i zmieszanie – ogólnie nieodpowiednich. Mnóstwo z nich rozwija tematykę popularnych gier, jak Minecraft, Fortnite czy Five Nights of Freddy (z którego pochodzi słynny jumpscare). Nie ma takiej treści popularnej wśród dzieci i młodzieży, dla których nie powstałaby cała masa przeróbek o charakterze brainrotów.

Cwaniakom portfele tyją

Ta gałąź „kultury” to prawdziwa kopalnia złota. Popyt rozkręcił podaż… W końcu brainroty konsumuje się w ogromnym tempie, po kilka sekund na jeden element. Wielu ich twórców stało się potwornie bogatymi ludźmi – ten rodzaj treści generuje bowiem miliony i miliardy wyświetleń. Cocomelon (kanał od popularnej piosenki Baby Shark), charakteryzujący się przesyconymi kolorami, rzekomo dla maluchów, przy przerzutności scen od 1–3 sekund, powoduje realne opóźnienia poznawcze u oglądających go dzieci.

Popularny wśród starszych Skibiditoilet (ludzkie głowy wystające z toalet) zarabia 23 mln dolarów rocznie. Poppy Playtime (ze słynnym zębatym Huggie Wuggie, które można było kupić dwa sezony temu na każdym straganie), Digital Circus – wszelkie popularne motywy są natychmiast rozpowszechniane w setkach wersji przez swoiste farmy treści. I tak dalej – proszę spróbować wpisać w YouTube the best of brainrot compilation. Można spróbować też zapoznać się z dziecięcymi odzywkami wzorowanymi na filmach i postaciach – tak zwanym „językiem brainrotowym”. Alphy to prawdopodobnie najmniej rozmawiające pokolenie w dziejach ludzkości, jednocześnie przez znaczną część interakcji tylko wymieniające się tekstami typu:

– Skibidi.

TikTok jest użytkowany dokładnie w ten sposób: krótki kontent, nieustanne scrollowanie, zbliżone najbardziej do wielogodzinnego przerzucania się z kanału na kanał, po kilka sekund na każdym. Specyficzną odmianą treści „psujących mózg” jest gałąź komentatorów. Obserwujemy w tych filmach cudze reakcje na jakiś materiał – i na tym opiera się ich popularność. Smutna namiastka kontaktu z drugim człowiekiem.

Tymczasem do gry weszło AI i łatwo dostępne aplikacje pozwalające w kilka minut stwarzać kolejne viralowe brainroty, na przykład w formie filmików czy gifów. Sklejone w ten sposób z przypadkowych elementów postacie weszły już do dziecięcego kanonu: jak Brr Brr Patapim, Cappuchino Assasino, Tung Tung Tung Sahur, Karkerkar KurKur i inne. Gorylo-banan, rekino-człowiek i im podobne. Nie ma to żadnego sensu, ale wygenerowanych czy stworzonych specjalnie z tymi postaciami piosenek (na przykład gałąź brainrot rap czy brainrot lullaby) znajdą Państwo w internecie tyle, że moglibyście tego słuchać do końca życia. Wiele dzieci – i ich rodziców – przyjmuje postawę, jakby właśnie taki był ich ostateczny cel.

Katarzyna Wozinska

Tekst ukazał się w magazynie „Polonia Christiana”, numer 109 (marzec-kwiecień 2026).

Kliknij TUTAJ i zamów pismo

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(1)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie