Narrację o „pomarańczowym klaunie” stojącym na czele światowego mocarstwa, kupuje dzisiaj cały świat. Z natury nieufni wobec globalnych masowych narracji, w tej sprawie zdaje się wciąż wykazujemy zbyt duże lenistwo poznawcze.
Filozoficzno-naukowe podejście zwane brzytwą Ockhama mówi, że przy wyjaśnianiu zjawisk należy wybierać najprostsze rozwiązania, opierające się na jak najmniejszej liczbie założeń. Jeżeli w przypadku chaosu szerzonego przez administrację Donalda Trumpa również „nie chcemy mnożyć bytów bez potrzeby”, sprawa wygląda wyjątkowo klarownie. Prezydent USA wiedziony za nos przez państwo położone w Palestynie dał się podpuścić do ataku na Iran. Rozpoczął niepotrzebny konflikt, który zupełnie nie leżał w amerykańskim interesie, za to z perspektywy Jerozolimy stanowił długo wyczekiwane błogosławieństwo.
Podejście to zdaje się potwierdzać ogłoszony wczoraj tymczasowy rozejm. Stany Zjednoczone przez niemal 40 dni praktycznie nie zrealizowały zakładanych celów, straciły masę najnowocześniejszego sprzętu, kilkunastu żołnierzy, zaburzyły łańcuchy dostaw kluczowych surowców, podważyły zaufanie sojuszników i naruszyły fundamenty NATO. Kompromitujące warunki rozejmu, stawiające USA w dużo gorszej sytuacji niż przed rozpoczęciem wojny potwierdzają teorię, że mieliśmy do czynienia – jak to określił The Economist – z operacją „Ślepa” a nie „Epicka Furia”.
Wesprzyj nas już teraz!
Trump dodatkowo nieustannie dolewał oliwy do ognia absurdalnymi, a często wręcz głupimi wypowiedziami, po których niejeden zapewne poważnie zastanawiał się „czy leci z nami pilot”? Ponadto, wraz z ujawnieniem się apokaliptycznej syjonistycznej sekty w Białym Domu, w wymiarze globalnym zostało skompromitowane pośrednio również całe chrześcijaństwo. Dzisiaj poparcie dla obecnego prezydenta leci na łeb na szyję, powodując poważny ferment również w dużej części elektoratu MAGA, co stawia pod znakiem zapytania trwałość konserwatywnej „kontrrewolucji” za oceanem i na całym świecie.
Izrael natomiast kosztem swojego sojusznika osłabił potencjał ofensywny największego mocarstwa w regionie i z sukcesem rozpoczął „koszenie trawnika” w południowym Libanie. Po zrównaniu z ziemią Strefy Gazy wykorzystał kolejne okno możliwości, jakie nadarzyło się wraz z ponownym objęciem urzędu przez Trumpa. Netanjahu uchodzi dzisiaj za jedynego „wygranego” (lub najmniej obitego) obecnej sytuacji, w związku z tym nie dziwi niezadowolenie z jakim w Izraelu przyjęto informację o wtrzymaniu działań zbrojnych. „Serdeczny przyjaciel” Trumpa już tego samego dnia starał się torpedować rozmowy pokojowe masowo ostrzeliwując Liban.
Patrząc na medialne doniesienia, na pozór wszystko układa się w logiczną całość. Na czele największego militarnego mocarstwa świata stanął podstarzały człowiek z wybujałym ego i zaburzeniami osobowości, który na skutek rozmontowania instytucji i bezpieczników „głębokiego państwa” sprawuje niemal autorytarną władzę. Jego deficyty skrzętnie wykorzystują kłębiący się na jego dworze lobbyści i lizusi, prowadząc USA w stronę trudną do przewidzenia i podważającą fundamenty obecnego ładu światowego. Cała sytuacja wygląda jednak tak absurdalnie i tak jednoznacznie, że aż niedorzecznie.
I tylko z tego powodu należy zadać pytanie, czy spektakl serwowany nam za pomocą mediów tradycyjnych i cyfrowych nie okazuje się – no właśnie – wyłącznie spektaklem, mającym odwrócić uwagę opinii publicznej od tego co naprawdę się dzieje? Dlatego z tego miejsca proponuję zabawę w snucie historii alternatywnej. Co jeśli działania Trumpa na Bliskim Wschodzie były częścią większego planu, gdzie granica między szaleństwem i geniuszem, spektakularnym sukcesem i druzgocącą porażką okazała się cieńsza niż włos?
Wariat, geniusz, a może wszystko razem?
Po pierwsze nie należy przesądzać o definitywnym zakończeniu konfliktu na Bliskim Wschodzie. Sytuacja na pewno nie jest na rękę Amerykanom, którzy – mimo ogłoszenia przez Trumpa spektakularnego zwycięstwa – zobowiązali się zaledwie do „pomocy w koordynowaniu” ruchu w Cieśninie Ormuz, a za udrożnienie szlaku dla każdego tankowca Irańczycy każą sobie sowicie płacić. Podobnie w Izraelu, decyzja o wstrzymaniu ognia przyjęta została z niezadowoleniem, co rodzi wątpliwości dotyczące trwałości rozejmu. Przypomnijmy jednak, że o konieczności stoczenia wojny z Iranem mówiło się w USA jeszcze za prezydentury Barracka Obamy, co wskazuje na dużo szerszy geopolityczny kontekst, niż chwilowy kaprys, tudzież zaskakujący „opportunity shot” w wykonaniu tandemu Trump-Netanjahu. Do tej kwestii jeszcze tutaj wrócimy.
Tymczasem uwaga większości komentatorów skupiła się na chaotycznym stylu komunikacji Trumpa, dowodzącego rzekomej niepoczytalności amerykańskiego przywódcy. W rzeczy samej, życząc przeciwnikom śmierci w okresie wielkanocnym czy zapowiadając „starcie (irańskiej – red.) cywilizacji z powierzchni Ziemi”, prezydent USA po raz kolejny zdaje się sprawiać wrażenie – delikatnie mówiąc – oderwanego od rzeczywistości, nadmiernie rozentuzjazmowanego politycznego kibica, a nie faktycznego decydenta stojącego na najwyższych szczeblach światowej władzy.
Jednak mało kto zauważył, że w tej kwestii Trump wykazuje się zdumiewającą konsekwencją. Podczas swojej drugiej kadencji, Trump z premedytacją stosuje ostrą „twitterową” retorykę pełną zaskakujących pomysłów, nagłych zwrotów akcji czy otwartych gróźb z wezwaniami do aneksji terytoriów włącznie. Choć w kwestii Iranu, Trump przeszedł już samego siebie (chociażby grożąc w wulgarnych słowach całej populacji kraju) nie zmienia to faktu, że obecny styl komunikacyjny jest dokładnie tym, czego można spodziewać się od polityka w świecie który cierpi na nadmiar, a nie niedostatek informacji.
Żyjemy w czasach, gdy ukrycie prawdziwych zamiarów przez opinią publiczną stało się niesłychanie trudne. Przypomnijmy sobie lawirowania Putina z lutego 2022 r., którymi wyprowadził w pole cały świat co do swoich zamiarów wobec Ukrainy. Poprzez ciągłą zmianę narracji, Kreml zaskoczył ekspertów mających dostęp do komunikacji sieciowej, mediów społecznościowych, łączności satelitarnej czy sztucznej inteligencji. Kiedy na kilka dni przez inwazją Rosjanie zwieźli na granicę potężne siły, było już za późno na interwencję.
Jeżeli nie da się odgrodzić całego kraju potężnym firewallem (jak w przypadku Rosji czy Chin), pozostaje rozsiewanie strachu oraz szerzenie chaosu. Niestety, wraz z dalszym rozwojem cywilizacji informacyjnej, można spodziewać się dalszego upowszechnienia podobnego praxis umożliwiającego – jak pokazuje przykład Trumpa – skuteczne odwracanie uwagi.
Wróćmy jednak do sedna. Wyobraźmy sobie, że atak z 28 lutego kończy się podobnym spektakularnym sukcesem co w przypadku Wenezueli. Główni dowódcy reżimu Ajatollahów zostają zgładzeni w pierwszych godzinach ataku, we władzach dochodzi do paraliżu decyzyjnego, na ulicach trwają zamieszki, a kraj pogrąża się w coraz większym chaosie. W międzyczasie Amerykanie przejmują kontrolę szlaków naftowych i na planowanym w marcu/kwietniu spotkaniu z Xi Jinpingiem Trump ogłasza swoje słynne: „nie masz kart”. W takiej wersji opinia światowa uznałaby Trumpa nie za zdominowanego przez żydowskie lobby wariata, lecz strategicznego „geniusza” i kandydata do panteonu najlepszych prezydentów USA.
Trzeba bowiem pamiętać, że Zatoka Perska stanowi od lat miękkie podbrzusze chińskiej architektury energetycznej. Na przełomie 2025 i 2026 r. Pekin stał się największym importerem ropy naftowej na świecie. Z Bliskiego Wschodu trafiało do chińskich terminali aż 54 – 55 proc. całego importowanego surowca, z czego aż 12 proc. pochodziło z samego Iranu. 45 proc. całego szlaku transportowego przebiegało zaś przez Cieśninę Ormuz. Mimo narracji sugerującej omijanie blokady przez chińskie kontenerowce, według danych firm Kpler, MarineTraffic i LSEG, od początku wojny Teheran przepuścił zaledwie trzy chińskie jednostki.
Z perspektywy amerykańsko-chińskiej rywalizacji, kolejna wojna w Zatoce Perskiej jawiła się od lat jako całkiem prawdopodobny scenariusz. Jednak Iran okazał się dużo trudniejszym przeciwnikiem niż Wenezuela, a wcześniej Afganistan czy Irak. Choć Trump najprawdopodobniej przelicytował w grze o wysoką stawkę (przy znacznym udziale Izraela), to fiasko pierwszej fazy wojny wcale nie oznacza, że obrany długofalowy kierunek okaże się z perspektywy Waszyngtonu niewłaściwy.
Przyspieszona destrukcja
Uderzenie na Iran wpisuje się w ogłaszaną od początku kadencji Trumpa strategię odejścia od porządku ustanowionego po upadku Muru Berlińskiego. Po trzydziestu latach okazało się, że Pax Americana oparty o petrodolara, wolny handel, multikulturalizm i silne organizacje międzynarodowe premiuje głównie Chiny, które wykorzystując powszechną globalizację, przejęły od USA rolę „fabryki świata”. Wbrew amerykańskim spin doctorom, Państwo Środka zamiast pogrążyć się w konsumeryzmie i dać się „zdemokratyzować”, starym leninowskim zwyczajem kupowało od zachodu sznur, na którym zamierzało go powiesić.
Stany Zjednoczone za czasów prezydentury Trumpa dokładają wszelkich starań by odwrócić ten proces. A trzeba pamiętać, że czas gra na korzyść Chin. Alternatywę dla demo-liberalnego porządku wyrażają idee MAGA: chrześcijański nacjonalizm w miejsce neo-marksistowskich ideologii, gospodarka oparta o paliwa kopalne (których Amerykanie mają pod dostatkiem), odrodzenie przemysłu ciężkiego i produkcji, nałożenie ceł na importowane towary (zwłaszcza w handlu z Unią Europejską), ograniczenie masowej migracji, osłabienie organizacji międzynarodowych czy zmuszenie sojuszników do ponoszenia wymiernych kosztów amerykańskiej protekcji.
Paradoksalnie, mimo jawnego złamania wyborczych obietnic, atak na Iran pozwala na częściową realizację niektórych z wymienionych celów.
Irański odwet na dobre rozwiał mit bliskowschodniego, bezpiecznego eldorado dla światowej oligarchii finansowej. Zachwiał również wiarą w bezpieczeństwo dostaw surowca z Zatoki Perskiej. W niedawnym orędziu do narodu amerykańskiego, Trump zapewnił, że Stany Zjednoczone „przestały być zależne od Bliskiego Wschodu”. Faktycznie, kryzys wywołany pod koniec lutego uderzył w same USA tylko częściowo, głównie za sprawą dużej samowystarczalności w produkcji energii. Trump przekonywał również, że w efekcie porozumienia z nowymi władzami Wenezueli, „świetnie idzie sprzedaż ogromnych ilości ropy i gazu”, których wydobywają „więcej niż Rosja i Arabia Saudyjska razem wzięte”. Sfrustrowanych blokadą Cieśniny Ormuz (głównie kraje europejskie) wezwał do interwencji zbrojnej lub… do zakupów surowca z USA.
A to nie koniec amerykańskich prób przewektorowania dotychczasowych szlaków energetycznych. Na początku kwietnia gruchnęła wieść, że Waszyngton szykuje przełomowe porozumienie z Mińskiem. Biały Dom planuje spotkanie Trump – Łukaszenka, po którym ropa ze Stanów Zjednoczonych miałaby zacząć płynąć na Białoruś. Surowiec będzie pochodził z Wenezueli i Azerbejdżanu, ale USA będą odpowiadać za dystrybucję. Porozumienie, jeżeli dojdzie do skutku, będzie oznaczać – jak przekonuje opisujący sprawę Zbigniew Parafianowicz – „przewrót kopernikański w relacjach na linii Mińsk-Waszyngton-Moskwa”. Już wcześniej Stany Zjednoczone uwolniły rosyjską ropę załadowaną na tankowce z pod wpływu sankcji, co można uznać wyłącznie za ukłon w stronę Kremla. Z tej perspektywy atak na Iran wygląda na starannie skalkulowane, choć ostatecznie przeszacowane posunięcie, obliczone na osłabienie sojuszników Chin, lub próbę wyciągnięcia ich ze strefy wpływów Smoka.
Donroe i Zachodnia Półkula
Sytuacja na Bliskim Wschodzie służy również za swoiste „sprawdzam” w kwestii Sojuszu Północnoatlantyckiego. W ostatnich tygodniach wszyscy byliśmy świadkami prawdziwego apogeum krytyki Waszyngtonu pod adresem sojuszników, przeciwnych zaangażowaniu wojsk sprzymierzonych w operację na Bliskim Wschodzie. Nic dziwnego, że wraz z ogłoszeniem rozejmu Trump zapowiada „poważne rozmowy” ma temat obecności Stanów Zjednoczonych. Ponownie, krytyka NATO wpisuje się w strategię rozmontowywania dotychczasowych fundamentów relacji transatlantyckich, a uzasadniona wstrzemięźliwość sojuszników lub – jak w przypadku Hiszpanii – otwarta wrogość, dostarcza wygodnego argumentu do rozpoczęcia dyskusji na ten temat.
Cokolwiek szokujące posunięcia Stanów Zjednoczonych, okazują się całkowicie uzasadnione z perspektywy ogłoszonej jakiś czas temu doktryny „Donroe” (od połączenia XIX – wiecznej Doktryny Monroe i imienia Donald), polegającej na skupieniu uwagi na Półkuli Zachodniej, uznanej za wyłączną strefę wpływów Waszyngtonu. W nowej optyce, Amerykanie przekształcają się w „trudnego sojusznika”, interweniującego wyłącznie w ostateczności i aktywnie wykorzystującego przewagę nad koalicjantami. Przykładowo, wojna na Bliskim Wschodzie najbardziej uderzyła w kraje Zatoki Perskiej, które korzystając z amerykańskiego parasola ochronnego, jednocześnie „siedziały okrakiem na płocie” i sprzedawały surowce Chińczykom.
Wywołanie wojny to również cyniczna, lecz znana z historii praktyka eksportu za granicę kryzysów wewnętrznych. Kogo obchodzi dzisiaj jeszcze afera Epsteina czy lewicowo-imigrancka insurekcja w Minneapolis? A o tym, że obie te sprawy mocno uderzyły w samego Trumpa świadczą ostatnie dymisje dotychczas wydawało się żelaznych sojuszników Republikanina. Ze stanowiskiem pożegnała się sekretarz bezpieczeństwa wewnętrznego Kristi Noem, a nieco później prokurator generalna Pam Bondi. Pierwszej zarzuca się utratę kontroli nad działalnością służb deportacyjnych ICE, druga z kolei miała niewystarczająco skutecznie powstrzymać zamieszanie wokół związków Trumpa z nieżyjącym pedofilem-sutenerem.
Wojownicze nastroje obecnej administracji zdają się zgodne z twierdzeniami jednego z głównych ideologów MAGA, techno-miliardera Petera Thiela. Promotor J.D. Vance’a, wspólnik Elona Muska i wieloletni sympatyk Trumpa otwartym tekstem wzywa do akceptacji przemocy w myśl często powtarzanej zasady „lepsza sprawiedliwa wojna niż fałszywy pokój”. Wojna dla Thiela stanowi „strukturalną część” natury ludzkiej, i jako taką należy ją „zaakceptować jako przeznaczenie”. A mówi to nie byle kto; duchowy guru Doliny Krzemowej od lat działa na styku branży wysokich technologii i armii, dostarczając najnowocześniejszych narzędzi z zakresu inwigilacji i rozpoznania pola bitwy. Ameryka w jego optyce powinna grać takimi kartami jakie posiada, czyli wykorzystywać przewagę militarną oraz technologiczną nad swoimi rywalami.
Nie ulega wątpliwości, że amerykańską bezwzględność w próbie przewektorowania świata, pisaną krwią tysięcy niewinnych ofiar, z chrześcijańskiego punktu widzenia uznać należy za jednoznacznie niemoralną. Pamiętajmy jednak, że na poziomie rywalizacji między mocarstwami nigdy nie liczyły się standardy moralne czy etyczne, różniące się na dobrą sprawę w zależności od cywilizacji. Na samym szczycie nie ma sędziego, który rozsądzi na korzyść tej czy innej strony. Liczy się wyłącznie brutalna siła, zwycięstwo lub porażka. Jedyna różnica polega na tym, że dzisiaj wszyscy możemy obserwować okropność wojny na żywo, 24 godziny na dobę.
Tylko czas pokaże, czy decyzja o zaatakowaniu Iranu, choć niegodziwa, okazała się z perspektywy amerykańskiego interesu słuszna. Powtórzymy – wyłącznie amerykańskiego. Rozmowom pokojowym w Pakistanie przewodzić ma wiceprezydent Vance, przedstawiciel stronnictwa zachowawczego, które dotychczas odwodziło Trumpa od ataku na Teheran. Doniesienia zza oceanu sugerują, że obie strony do rozmów nakłoniły Chiny, co może potwierdzać, że konflikt na Bliskim Wschodzie mocno dawał się we znaki przede wszystkim Pekinowi.
Wygląda na to, że chwilowo „jastrzębie” pokroju sekretarza wojny (sic!) Petera Hegsetha zostały odsunięte na drugi plan. Ale nie dlatego, że ktoś w Białym Domu w końcu zapłakał nad losem ofiar. Po prostu sięgnięto po rozwiązanie, które z perspektywy czasu okazało się niewystarczające. Również szokujące nagłówki o kompromitacji Trumpa w oczach Amerykanów przeczą danym, pokazującym 70 proc. poparcie dla wojny wśród wyborców Republikanów. Żadnego sensacyjnego przełomu nie ma także w notowaniach samego prezydenta. Choć poparcie dla Trumpa spadło do najniższego poziomu od rozpoczęcia drugiej kadencji (oscyluje w okolicach 40 proc.), wciąż pozostaje znacznie wyższe niż w przypadku większości prezydentury Joe Bidena.
I naprawdę, ciężko się w tym doszukiwać jakiegoś niebywałego szaleństwa.
Piotr Relich