Historia zbawienia trwa – losy ludzi i narodów nie skończyły się przecież wraz z objawieniem Chrystusa. Warto zastanowić się zatem, dlaczego tak konkretne i spektakularne przypomnienie światu o Bożym Miłosierdziu nastąpiło w tym, a nie w innym momencie dziejów.
Czas, w którym Pan Jezus chodził po ziemi i zmartwychwstał był najważniejszym, przełomowym i kulminacyjnym, ale wcale nie końcowym etapem ciągu wydarzeń, przez które Bóg działa w historii, aby zbawić człowieka – czyli przywrócić go do pełnej i doskonałej relacji z sobą. Historia zbawienia trwa i dobrze jest przez jej pryzmat spoglądać na dzieje świata.
Przecież w czasach po Chrystusie mieliśmy Zesłanie Ducha Świętego i rozwój pierwszego Kościoła oraz wydarzenia już późniejsze, niebiblijne, jak ukształtowanie chrześcijaństwa w świecie, opisanie doktryny, ewangelizację różnych narodów, epokę prześladowań, epokę konstantyńską, epokę Christianitas, zaniesienie chrześcijaństwa na nowe kontynenty i tak dalej. W czasach bliższych nam mieliśmy też do czynienia z wielką rewolucją antychrześcijańską, zaczętą umownie od buntu Marcina Lutra, poprzez idee i haniebne praktyki rewolucji francuskiej i bolszewickiej, przez rewolucję seksualną, aż po nasze czasy.
Wesprzyj nas już teraz!
Historia od XVI wieku stanowi pasmo ciągłego buntu przeciw Bogu i przeciwko chrześcijańskiemu porządkowi. Oświecenie, rewolucje i sekularyzacja stopniowo usuwały Boga z życia publicznego. W międzyczasie industrializacja i urbanizacja osłabiły wspólnoty lokalne i rodzinę, a filozofie przełomu XIX i XX wieku (jak choćby nihilizm czy egzystencjalizm) podważały fundamenty moralne. To przecież moment w którym filozofowie zaczęli przekonywać (aż nader skutecznie) oczytane elity ówczesnego świata, że nie istnieją obiektywne wartości moralne i społeczne, że życie nie ma żadnego z góry nadanego sensu, a prawda jako taka pozostaje iluzją lub jest nieosiągalna. Zupełnie odwrotnie, niż głoszą założenia chrześcijaństwa.
U początku XX wieku, wynikający z zakończenia I Wojny Światowej rozpad wielkich imperiów europejskich oznaczał równocześnie koniec starego, nieco sakralnego jeszcze porządku politycznego. Trudno również, by lat 20. i 30. poprzedniego stulecia nie interpretować jako momentu szczególnego napięcia — świat zmierzał przecież ku wielkiej katastrofie. Systemy takie jak komunizm czy nazizm zastępowały Boga groźnymi ideologiami, wrogimi chrześcijaństwu.
I właśnie wtedy Chrystus objawia się siostrze Faustynie. Chrystus, znający przecież nie tylko przeszłość i teraźniejszość, ale i przyszłość. Chrystus widzący w jakim kierunku podąża świat coraz bardziej odrzucający Jego Panowanie. Wiedzący, że świat zmierza ku pogrążeniu w ogromnym grzechu osobistym, społecznym i zbiorowym, że pędzi ku wielkim nieszczęściom i tragediom, osobistym i publicznym, które niezawodnie prowadzą ku rozpaczy. Wtedy właśnie przychodzi Chrystus Pan z przypomnieniem o swoim miłosierdziu – rozumianym wcale nie jako pobłażliwość dla grzechu (jak dziś się niektórym wydaje), ale jako remedium dla owej rozpaczy. Jako prawdziwa chrześcijańska nadzieja. Nadzieja na to, że ziemskie nieszczęścia, biedy i niedole skończą się w Królestwie Niebieskim. Nadzieja na to, że w zgodzie z logiką Chrystusowych ośmiu błogosławieństw ludzie dobrzy i pokorni zostaną nagrodzeni, że ostatni będą pierwszymi. Ale również nadzieja na nadzwyczajną możliwość przebaczenia najcięższych nawet grzechów, w które tak łatwo popaść w dobie promocji grzechu i tworzenia całych jego struktur.
Zastanówmy się, co bowiem stało się ze światem później, po objawieniu się Chrystusa siostrze Faustynie na początku lat 30. XX wieku. Dramat II Wojny Światowej – niosący ze sobą na niespotykaną dotąd skalę przemoc, agresję, nienawiść i dehumanizację drugiego człowieka – został tak dobrze i szeroko opisany, że nie musimy go tu szczegółowo przypominać.
Myliłby się jednak ten, kto chciałby uznać, że orędzie o Bożym Miłosierdziu, a więc o wielkiej nadziei dla każdego żyjącego jeszcze człowieka, nawet tego, który stał się „dzieckiem swoich czasów”, a więc pogrążonym w grzechu, wierzącym w grzech i promującym grzech, dotyczyło wyłącznie czasu olbrzymiej hekatomby II Wojny Światowej. Oto upadek człowieka i wynikająca z niego rozpacz, mimo tamtego wielkiego wojennego ostrzeżenia, trwa bowiem nadal.
Samotność – bękart współczesności
Można by opisać go bardzo szeroko, pokazując rozwijające się od tego czasu ideologie, z neomarksizmem, genderyzmem, relatywizmem moralnym, ateizmem i liberalizmem na czele. Ale na to nie ma miejsca w jednym tekście. Skupmy się więc na wspólnym efekcie wielu z tych prądów intelektualnych, jakim jest… samotność. To ona zdaje się być jednym z najbardziej dojmujących problemów naszych czasów i to ona – rozumiana na przeróżne sposoby, o czym wspomnimy później – niezwykle często prowadzi właśnie do wielkiej tragedii duszy ludzkiej, jaką stanowi rozpacz.
Można bowiem założyć, że z perspektywy moralnej i strukturalnej, życie jednostek, wspólnot i całych społeczeństw, również życie polityczne, właśnie w przeciągu ostatnich około stu lat zmieniło się dużo bardziej radykalnie, niż przez kilkanaście stuleci jakie upłynęły od czasów cesarza Konstantyna do początku XX wieku. Z perspektywy historycznej i socjologicznej istnieją mocne podstawy, by twierdzić, że do początku XX wieku ludzie żyli w strukturach znacznie silniej osadzonych wspólnotowo, co w sensie społecznym ograniczało skalę samotności (choć nie eliminowało oczywiście cierpienia czy izolacji indywidualnej). Klasyczne analizy socjologiczne, jak te autorstwa Émile’a Durkheima, pokazują, że społeczeństwa tradycyjne charakteryzowały się tzw. „solidarnością mechaniczną” — silną integracją jednostki z rodziną, religią i lokalną wspólnotą. W jego badaniach nad samobójstwami (1897) wykazano, że niższy poziom integracji społecznej wiąże się z wyższym ryzykiem samobójstwa, co pośrednio sugeruje, że silne więzi społeczne pełniły funkcję ochronną. W społeczeństwach przednowoczesnych jednostka rzadko funkcjonowała jako „samotna jednostka” — była częścią wielopokoleniowej rodziny, parafii, wspólnoty zawodowej czy sąsiedzkiej.
Historycy społeczni i demografowie wskazują, że jeszcze w XIX wieku model rodziny wielopokoleniowej i rozbudowanych sieci pokrewieństwa był normą, zwłaszcza w Europie Środkowo-Wschodniej. Badania nad strukturą gospodarstw domowych (np. prace Petera Lasletta i Cambridge Group for the History of Population) pokazują, że choć modele rodzinne były zróżnicowane regionalnie, to życie codzienne było znacznie bardziej „zanurzone” we wspólnocie niż dziś. Rodziny funkcjonowały w gęstej sieci relacji sąsiedzkich i lokalnych. Dodatkowo religia pełniła rolę nie tylko duchową, ale społeczną, wszak regularne praktyki tworzyły stałe, powtarzalne formy spotkania i przynależności, których odpowiedniki w świecie nowoczesnym są znacznie słabsze.
Współczesna socjologia często opisuje proces przejścia od społeczeństwa wspólnotowego do zindywidualizowanego. Robert D. Putnam w głośnej pracy „Bowling Alone” pokazuje, że w XX wieku (zwłaszcza po latach 60.) nastąpił wyraźny spadek uczestnictwa w życiu wspólnotowym — od organizacji lokalnych, po praktyki religijne. Równolegle badania nad samotnością (np. John T. Cacioppo) wskazują, że nowoczesne społeczeństwa, mimo większej liczby kontaktów, generują wyższy poziom subiektywnej izolacji. Choć nie da się wprost zmierzyć „poziomu samotności” np. z XIX wieku tak jak dziś, większość badaczy zgadza się, że strukturalne warunki życia — większe rodziny, stałe wspólnoty, brak mobilności i cyfrowej atomizacji — sprzyjały silniejszemu zakorzenieniu społecznemu. Innymi słowy, nawet jeśli człowiek dawniej doświadczał cierpienia, to rzadziej był pozostawiony „sam sobie” w sensie społecznym, co z dzisiejszej perspektywy stanowi istotną różnicę jakościową.
Ostateczna bitwa o rodzinę
To samo tyczy się oczywiście rozpadu rodziny, co stanowi znak tej swoistej „epoki przełomu”. W najlepiej przebadanym pod tym względem miejscu na świecie – Stanach Zjednoczonych – wskaźnik rozwodów wzrósł z ok. 4,1 (1900) do 8,0 (1920) i dalej rósł w XX wieku. W długim okresie liczba rozwodów wzrosła wielokrotnie — w 2018 była już niemal 4 razy wyższa niż w 1900.
W Europie Zachodniej liczba rozwodów wzrosła kilkukrotnie po II wojnie światowej — np. we Francji i Niemczech wskaźniki rozwodów od lat 60. do końca XX wieku wzrosły ponad dwukrotnie, a w wielu krajach dziś około 30–50% małżeństw kończy się rozpadem. Równolegle gwałtownie wzrósł odsetek dzieci rodzących się poza małżeństwem: w krajach takich jak Szwecja czy Francja przekracza on dziś 50–60%, podczas gdy jeszcze na początku XX wieku był marginalny. W Polsce proces ten był opóźniony ze względu na silniejsze zakorzenienie kultury katolickiej, ale po 1989 roku przyspieszył w sposób wyraźny.
Na poziomie całej Europy obserwujemy dodatkowo głęboką zmianę modelu życia: rośnie liczba jednoosobowych gospodarstw domowych (w wielu krajach to już ponad 30–40%), opóźnia się wiek zawierania małżeństw, a coraz więcej osób w ogóle z nich rezygnuje. W tym samym czasie maleje znaczenie instytucji religijnych jako regulatora życia rodzinnego.
Socjologia wskazuje, że jednym z kluczowych czynników przemian małżeństwa i wzrostu rozwodów w XX i XXI wieku jest – wynikający z promowania go przez kulturę masową, a także polityki poszczególnych państw – rosnący indywidualizm oraz orientacja na samorealizację. Często cytowane analizy, jak te prowadzone przez Anthony’eggo Giddensa, opisują przejście od „małżeństwa instytucjonalnego” do tzw. „czystej relacji” (pure relationship) — związku podtrzymywanego tak długo, jak długo przynosi satysfakcję emocjonalną obu stronom. W podobnym duchu badania Andrew J. Cherlin pokazują, że w nowoczesnych społeczeństwach małżeństwo przestaje być obowiązkiem społecznym i ekonomicznym, a staje się projektem osobistego spełnienia. Gdy oczekiwania emocjonalne nie są spełnione, rośnie akceptacja dla zakończenia relacji, a to przekłada się na wzrost rozwodów.
Potwierdzają to także dane empiryczne. Wśród najczęściej podawanych przyczyn rozwodów są: „brak zaangażowania”, „niespełnione oczekiwania” i „niezgodność” — czyli czynniki związane raczej z jakością relacji niż z zewnętrznymi przymusami. Inne badania socjologiczne (np. prace Ulrich Beck i Elisabeth Beck-Gernsheim) opisują proces „indywidualizacji”, w którym jednostka coraz mniej definiuje siebie poprzez trwałe role społeczne (jak małżeństwo), a coraz bardziej poprzez własne wybory i tożsamość. W efekcie małżeństwo staje się mniej trwałą instytucją, a bardziej elastyczną relacją, co w danych demograficznych przekłada się na większą niestabilność związków i wyższe wskaźniki rozwodów.
A to wszystko prowadzi do samotności – nie tylko samotności singla, czy rozwodnika. Bo samotność można odczuwać przecież nawet żyjąc w rodzinie. Ale istnieje również np. samotność jedynaka, samotność emocjonalna polegająca na przekonaniu że nie jest się przez nikogo rozumianym, samotność egzystencjalna, samotność jako subiektywne poczucie w depresji, a nawet tak szeroko opisywana dziś samotność w świecie cyfrowym, jako odczucie pustki mimo rzekomej obecności (wirtualnej) innych osób.
Porażająca skala problemów psychicznych
Dramatycznym dopełnieniem tego obrazu rozpadu więzi społecznych i rodzinnych są współczesne statystyki dotyczące zdrowia psychicznego. W skali globalnej liczba osób cierpiących na depresję przekracza dziś 280 milionów, a w Europie zaburzenia depresyjne należą do najczęstszych chorób cywilizacyjnych. Szczególnie niepokojący jest wzrost problemów psychicznych wśród młodych ludzi. W Polsce również obserwuje się silny trend wzrostowy — liczba diagnoz i hospitalizacji psychiatrycznych wśród dzieci i młodzieży w ostatnich latach wzrosła wielokrotnie, a samobójstwa stały się jedną z głównych przyczyn zgonów w tej grupie wiekowej. To nie przypadek, ale smutna konsekwencja głębszej zmiany cywilizacyjnej.
Istnieje silnie udokumentowany związek między depresją a subiektywnym poczuciem samotności oraz braku zrozumienia. Badania podkreślają, że to nie sama liczba relacji społecznych jest kluczowa, lecz ich jakość i poczucie bycia „widzianym” i rozumianym. Osoby doświadczające samotności mają istotnie wyższe ryzyko rozwoju depresji, a zależność ta działa w obie strony — depresja pogłębia izolację, a izolacja nasila objawy depresyjne. Światowa Organizacja Zdrowia podkreśla, że czynniki społeczne, takie jak osamotnienie, brak wsparcia i rozpad więzi, należą do kluczowych determinantów zdrowia psychicznego.
A poczucie samotności wciąż rośnie. W krajach Unii Europejskiej nawet 20% populacji deklaruje chroniczne poczucie osamotnienia, a wśród młodych dorosłych wskaźniki te bywają jeszcze wyższe. W Wielkiej Brytanii powołano nawet osobne stanowisko „ministra ds. samotności”, co samo w sobie jest symbolem ogromnej skali problemu. W Polsce również coraz więcej osób żyje samotnie, a liczba jednoosobowych gospodarstw domowych systematycznie rośnie.
Co istotne, współczesne badania nad samotnością wskazują, że jest ona doświadczeniem głęboko egzystencjalnym — nie sprowadza się do fizycznej izolacji, lecz obejmuje poczucie braku znaczącej więzi i sensu relacji. Prace takich badaczy jak John T. Cacioppo pokazują, że chroniczna samotność wpływa nie tylko na psychikę, ale także na funkcjonowanie mózgu i układu nerwowego, wzmacniając tendencję do negatywnej interpretacji relacji społecznych. W efekcie powstaje błędne koło: człowiek czuje się niezrozumiany, wycofuje się, a to jeszcze bardziej pogłębia jego przekonanie o samotności — co z kolei sprzyja utrwaleniu lub nasileniu depresji.
Szczególnie istotna pozostaje zmiana antropologiczna: człowiek współczesny, choć bardziej „wolny” i niezależny, zostaje pozbawiony trwałych punktów odniesienia — rodziny, wspólnoty, religii. Indywidualizm, który miał przynieść spełnienie, prowadzi do izolacji. Statystyki pokazują paradoks: im większy dobrobyt materialny i możliwości wyboru, tym częściej pojawia się doświadczenie pustki, braku sensu i rozpaczy.
Trudno, z perspektywy katolickiej dostrzec tu nie tylko kryzys psychologiczny, ale i duchowy — oderwanie człowieka od Boga jako jego celu ostatecznego i od relacji, które przez wieki nadawały ludzkiemu życiu znaczenie.
Nie jesteś sam, jest nadzieja
Z perspektywy teologii katolickiej trzeba tu wprowadzić bardzo ważne rozróżnienie: czym innym jest cierpienie, smutek czy choroba (np. depresja), a czym innym rozpacz jako postawa duchowa. Kościół nigdy nie uznawał samego doświadczenia smutku czy głębokiego kryzysu psychicznego za grzech — przeciwnie, widzi w nim często przestrzeń cierpienia wymagającą współczucia i leczenia. Niniejsze rozważania nie mają na celu przekonanie nikogo, że depresja jest chorobą którą należy próbować wyleczyć wyłącznie modlitwą i ignorować ustalenia medycyny.
Natomiast rozpacz w sensie teologicznym oznacza coś innego: świadome odrzucenie nadziei na Boże Miłosierdzie i zbawienie. Nie chodzi tu zatem o stan emocjonalny, lecz akt woli i postawę duchową. Choć i one mogą przecież wiązać się ze stanem emocjonalnym czy stanem zdrowia.
Klasyczna nauka, rozwijana m.in. przez Tomasz z Akwinu, zalicza rozpacz do grzechów przeciwko cnocie nadziei. Człowiek dopuszczający się rozpaczy mówi w istocie: „dla mnie nie ma już zbawienia”, „Bóg mi nie przebaczy”, „Jego miłosierdzie mnie nie obejmuje”. W tym sensie jest to grzech poważny, bo uderza bezpośrednio w zaufanie wobec Boga. Nie chodzi więc o to, że ktoś czuje się samotny, lecz że uznaje tę samotność za absolutną i ostateczną, jakby Bóg nie istniał, albo nie był obecny. A gdy już słyszy o Bogu, odrzuca go, bo uważa, że dla niego nie ma już szansy. Nie ma wybaczenia za zło, jeśli się go dopuścił, a w dzisiejszym świecie, to zło jest wszechobecne. Uświadomienie sobie tego, że wpadło się w jego sidła – bez znajomości orędzia o Bożym Miłosierdziu – również może doprowadzić do rozlicznych załamań i jeszcze głębszej rozpaczy.
A przecież poczucie samotności, choć może być realnym doświadczeniem psychicznym, ale z punktu widzenia wiary chrześcijańskiej nie jest stanem obiektywnym. Jeśli Bóg istnieje i jest obecny, człowiek nigdy nie jest ontologicznie sam — nawet jeśli subiektywnie tak się czuje. Współczesna fala samotności – choć realna i przebadana – ma często wymiar „fałszywy” w sensie metafizycznym: nie dlatego, że ludzkie odczucia miały by być nieprawdziwe, ale dlatego, że nie oddają pełnej prawdy o rzeczywistości, w której Bóg pozostaje blisko człowieka.
Ten Bóg pozostaje jednak zapomniany przez świat w którym dorastają kolejne pokolenia. Kolejne miliony ludzi uczą się żyć bez Boga, tak jakby go nie było, jakby nigdy nie istniał, jakby na nich nie czekał, jakby nie miał Serca przepełnionego Miłosierdziem.
Piekło samotności i rozpaczy
Jednocześnie wśród katolickich pisarzy i myślicieli w ostatnich dziesięcioleciach narasta przekonanie o tym, że piekło (jeśli dopuszczają jego istnienie i to, że nie jest ono puste – jak twierdzą coraz liczniejsi bałamutnicy) może niekoniecznie być miejscem gdzie rogate diabły gotują nas w garach, a wszędzie wokół płoną potężne ogniska, ale takim, w którym dusze cierpiące dręczy przede wszystkim… samotność. Zresztą wizje te – kar zmysłowych i poczucia tej przejmującej samotności – bardzo łatwo połączyć.
Nie wiemy jednak jak wygląda piekło, współczesne jego wyobrażenia zatem nie muszą być lepsze od wyobrażeń z poprzednich wieków, ale na pewno odbijają intuicję obecnych czasów. Wiemy, że jest ono miejscem (oraz stanem duchowym) wiecznego cierpienia, wiecznej udręki. W XXI wieku nie możemy więc nie słyszeć o nim jako o miejscu bezkresnej samotności, opuszczenia, braku nadziei na spotkanie Boga i kogokolwiek innego. Wielu współczesnych wyobrażając sobie piekło mówi o dojmującej, wiecznej pustce, której nikt nigdy nie przerwie, w której nigdy nie umrzesz, w której zawsze będziesz poruszać się sam, wiecznie szukając kogoś, czy Kogoś.
W tych intuicjach pobrzmiewają właśnie refleksje nad stanem dzisiejszego człowieka i ta obawa przed samotnością, na którą cierpi tak wielu ludzi, w dobie, w której przecież kontakt z drugim człowiekiem jest rzekomo łatwiejszy niż kiedykolwiek wcześniej w dziejach świata.
Taka intuicja zawiera się także w „Dzienniczku” Siostry Faustyny i to przypieczętowana nie byle jakim autorytetem, bo samym objawieniem anielskim. Przypomnijmy sobie ten niezwykle ważny cytat:
„Dziś byłam w przepaściach piekła, wprowadzona przez Anioła. Jest to miejsce wielkiej kaźni; jakże jest ono strasznie wielkie i rozległe. Rodzaje mąk, które widziałam: Pierwsza kara, która stanowi piekło, jest utrata Boga; druga – ustawiczny wyrzut sumienia; trzecia – nigdy się już ten los nie zmieni; czwarta kara – jest ogień, który będzie przenikał duszę, ale jej nie zniszczy; jest to straszna kara, jest to ogień czysto duchowy, zapalony gniewem Bożym; piąta kara – jest ustawiczna ciemność i straszny duszący zapach, a chociaż jest ciemność, widzą się wzajemnie dusze i wszelkie zło innych i swoje; szósta kara – jest ustawiczne towarzystwo szatana; siódma kara – jest straszna rozpacz, nienawiść Boga, złorzeczenia, przekleństwa, bluźnierstwa”.
Siostra Faustyna zapisuje, że „są to męki, które wszyscy potępieni razem cierpią, ale to nie jest koniec mąk” i opisuje również męki zmysłów, którymi dusza grzeszyła, straszne lochy, „przepaście mąk” itp. Pierwszą karą jest jednak utrata Boga. Kolejnymi – poczucie ustawicznego wyrzutu sumienia i niemożliwość zmiany losu. Brzmi nad wyraz znajomo, dla tych, którzy opisują poczucie samotności, tak mocno dziś rozprzestrzenione w świcie.
A On JEST
Wspomnieliśmy na początku, że Bóg pojawia się z przypomnieniem Faustynie – a za Jej sprawą całemu światu o swym Miłosierdziu – w konkretnym momencie historii zbawienia, jakby chciał przygotować pogrążający się w grzechu świat na skutki tegoż grzechu. Wiedział przecież, dokąd to wszystko zmierza. Wiedział jaka skala zwątpienia, samotności, rozpaczy a przede wszystkim grzechu, stanie się udziałem świata.
Oto więc pojawia się i przemawia za pośrednictwem polskiej zakonnicy, jakby chciał powiedzieć wszystkim narodom – oto jestem z Tobą w Twojej biedzie i w Twoim upadku, możesz do mnie wrócić, w każdej chwili możesz do mnie przyjść, nigdy nie będziesz sam. Ale musisz chcieć, musisz dokonać tego aktu woli. Grzech rozlewa się wszędzie, po całym świecie, promowany i rozprzestrzeniany systemowo, ludzie ulegają mu całymi masami, ale od dwóch tysięcy lat wiecie przecież, że „gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska, aby jak grzech zaznaczył swoje królowanie śmiercią, tak łaska przejawiła swe królowanie przez sprawiedliwość wiodącą do życia wiecznego przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego” (Rz 5, 20-21).
I to jest właśnie orędzie o Bożym Miłosierdziu. Orędzie przeciwko rozpaczy. Również rozpaczy tak wielu katolików, której niestety oddają się, widzących upadek współczesnego świata.
U początków dziejów człowieka, już po prarodzicach, po Abrahamie i Jakubie, ale wciąż u początków, Bóg objawił Mojżeszowi swoje imię. Objawił mu się imieniem JESTEM. To nie było wyłącznie JESTEM mówiące o „istnieję, a więc wierz we mnie” – rzecz dokonała się bowiem w starożytności, a wtedy nie istniał ateizm jako zjawisko społeczne o masowej skali, nie trzeba było przekonywać o istnieniu Boga. Tamto JESTEM znaczyło również to samo, co dziś ojciec mówi do dziecka wypowiadając słowa „jestem, spokojnie, jestem przy Tobie”. Albo „jestem” wypowiedziane do kogoś cierpiącego, niepotrafiącego sobie poradzić ze smutkiem, żalem, poczuciem osamotnienia, przekonanego, że nic już nie pomoże – „jakby coś, to pamiętaj, że ja jestem”. „Już dobrze, jestem tu” – jak mówimy do dzieci, gdy zapłakane budzą się z koszmaru.
I to właśnie przypomniał światu Pan Bóg prawie sto lat temu za pośrednictwem siostry Faustyny. Oto czytamy w Dzienniczku: „Patrz duszo, dla ciebie założyłem tron miłosierdzia na ziemi, a tym tronem jest Tabernakulum i z tego tronu miłosierdzia pragnę zstępować do serca twego” (1485), a chwilę dalej „pracuje Moje miłosierdzie we wszystkich sercach, które Mu otwierają swoje drzwi” (1577).
Podobne słowa, zapewniające o Jego obecności i oczekiwaniu na człowieka już przecież słyszeliśmy, i to w okolicy kulminacyjnego punktu historii zbawienia. Zapisano je w Księdze zapowiadającej koniec dziejów: „Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną” (Ap 3, 20).
Krystian Kratiuk
Zobacz program „Ja, katolik”: