Dopiero co – 13 marca – zmarł alarmista klimatyczny i wielki propagator depopulacji prof. Paul Ehrlich, który straszył przeludnieniem i globalną katastrofą, a w mediach na całym świecie znów głośno mówi się o kolejnych „odkryciach” ekologów z Flinders University, jakoby na świecie żyło o prawie 6 mld ludzi za dużo. Neomaltuzjanizm, jak widać, jest ciągle żywy.
Ehrlich „mylił się niemal we wszystkim, co napisał, powiedział lub pomyślał”, ale jego proroctwa rozpaliły globalne obawy dotyczące demografii i środowiska. Autor „Bomby populacyjnej” do dziś ożywia debaty, wywarł ogromny wpływ na decyzje polityczne i odcisnął ogromne piętno na całych pokoleniach, doprowadzając wielu do osobistej tragedii.
Media głównego nurtu na całym świecie, w tym także w Polsce donoszą o najnowszych odkryciach uczonych pod wodzą prof. Corey’a Bradshawa z Wydziału Nauk Ścisłych i Inżynierii Środowiska, Laboratorium Ekologii Głębokiej Flinders University na temat globalnego wzrostu populacji ludzkiej, który to wzrost „popycha Ziemię poza punkt krytyczny”.
Wesprzyj nas już teraz!
W informacji zamieszczonej na stronie uniwersytetu na ten temat dowiadujemy się, że „Ziemia przekroczyła już swoją zdolność do zrównoważonego utrzymania populacji globalnej, a nowe badania ostrzegają przed rosnącą presją na bezpieczeństwo żywnościowe, stabilność klimatu i dobrostan człowieka”. I dalej: „Jednak spowolnienie wzrostu populacji i wzrost globalnej świadomości wciąż mogą dać ludzkości nadzieję”.
Badanie Bradshawa opublikowane w czasopiśmie „Environmental Research Letters” sugeruje, że wskutek zbyt dużej populacji ludzkiej zamieszkującej Ziemię przekroczono możliwości planety do utrzymania nas i przy obecnych modelach konsumpcji nasilą się wyzwania środowiskowe oraz społeczne.
Poddając modelowaniu komputerowemu dane dotyczące populacji globalnej z ponad dwóch stuleci, wskazano na „istotną zmianę w dynamice populacji ludzkiej, która rozpoczęła się w połowie XX wieku”.
Główny autor badania, profesor ekologii globalnej Corey Bradshaw twierdzi, że „ten trend stanowi wyraźny sygnał biologiczny, iż znacznie więcej ludności żyje niż Ziemia jest w stanie ją utrzymać”.
– Ziemia nie nadąża za sposobem, w jaki wykorzystujemy zasoby. Nie jest w stanie zaspokoić nawet dzisiejszego zapotrzebowania, bez wprowadzenia znaczących zmian, a nasze odkrycia pokazują, że obciążamy planetę bardziej, niż jest ona w stanie temu sprostać – komentuje profesor Bradshaw.
W notce zamieszczonej na stronie uniwersytetu odwołano się do zmarłego niedawno profesora Paula Ehrlicha, który również uczestniczył w najnowszym badaniu, analizując dane z ponad dwustu lat dotyczące globalnej populacji i wykorzystując modele wzrostu ekologicznego, by śledzić zmiany wielkości populacji i tempa jej wzrostu w czasie.
Analizowano trendy, porównano wyniki w różnych regionach świata. Zmierzono korelację wielkości populacji ze zmianami klimatu, emisji i „śladu ekologicznego”, aby „zrozumieć, jak liczba ludności powoduje presję na środowisko”.
Zaznaczono, że przed latami 50. XX wieku globalny wzrost populacji faktycznie przyspieszał wraz ze wzrostem liczebności populacji ludzkiej. „Więcej ludzi oznaczało więcej innowacji, większe zużycie energii i szybszy rozwój technologiczny, który wspierał dalszą ekspansję”. Jednak „ten schemat załamał się na początku lat 60. XX wieku, kiedy globalne tempo wzrostu zaczęło spadać, mimo że populacja nadal rosła”. – Ta zmiana zapoczątkowała to, co nazywamy „negatywną fazą demograficzną” – wyjaśnił profesor Bradshaw.
– Oznacza to, że zwiększenie liczby ludności nie przekłada się już na szybszy wzrost. Analizując tę fazę, stwierdziliśmy, że globalna populacja prawdopodobnie osiągnie szczyt gdzieś między 11,7 a 12,4 miliarda ludzi pod koniec lat 60. lub 70. XXI wieku, jeśli utrzymają się obecne trendy – kontynuował australijski uczony.
Profesor sugeruje, że górna granica przewidywanej liczby ludności świata „jest niebezpieczna i do tej pory była możliwa tylko dlatego, że społeczeństwa ludzkie polegały na paliwach kopalnych oraz wyczerpywały zasoby naturalne szybciej, niż natura była w stanie je zastąpić”.
– Prawdziwie zrównoważona populacja jest znacznie niższa i bliższa tej, którą świat utrzymywał w połowie XX wieku. Nasze obliczenia wskazują, że zrównoważona globalna populacja byłaby bliższa około 2,5 miliarda ludzi, gdyby każdy żył w granicach ekologicznych i na komfortowych, ekonomicznie bezpiecznych warunkach życia – mówi.
I właśnie takie przesłanie jest obecnie rozpowszechniane w mediach. Sugeruje się, że na świecie żyje o prawie 6 mld ludzi za dużo. To „nie jest zrównoważona populacja”. Dziś szacuje się, że na naszej planecie mieszka około 8,3 mld ludzi. Bradshaw, nawiązując do zwolenników neomaltuzjanizmu, uważa, że ta różnica co do tego, ile Ziemia jest w stanie utrzymać ludzi, a ile nas jest w rzeczywistości pokazuje skalę globalnej nadkonsumpcji.
Mówi się nawet, że to „przekroczenie było ukrywane przez dekady przez silne uzależnienie od paliw kopalnych, które napędzało produkcję żywności, dostawy energii i przemysł, ale jednocześnie przyspieszyło zmiany klimatu i zanieczyszczenie”.
Bradshaw przekonuje, iż jego badania wykazały silny związek między wzrostem liczby ludności a wzrostem globalnych temperatur, większym „śladem ekologicznym” i wyższą emisją dwutlenku węgla. Całkowita liczba ludności ma wyjaśniać większe zróżnicowanie wskaźników środowiskowych niż konsumpcja na mieszkańca. Dodaje, że to podkreśla, jak zarówno liczba ludności, jak i wzorce konsumpcji łącznie nasilają presję na środowisko. Wzorem swoich bohaterów takich, jak Ehrlich mówi, że „obecna ścieżka ludzkości popchnie społeczeństwa w głębsze kryzysy, jeśli nie wprowadzimy poważnych zmian”.
– Systemy podtrzymywania życia na planecie są już obciążone i bez szybkich zmian w sposobie, w jaki korzystamy z energii, ziemi i żywności, miliardy ludzi będą musiały stawić czoła rosnącej niestabilności. Nasze badanie pokazuje, że te ograniczenia nie są teoretyczne, lecz ujawniają się już teraz – wskazuje.
Bradshaw proponuje, by pilnie rozpocząć działania, aby przeciwstawić się przekroczeniu „biopojemności” Ziemi, by ograniczyć wpływ na klimat, spadek bioróżnorodności, mniejsze bezpieczeństwo żywnościowe i wodne oraz pogłębiające się nierówności.
Społeczeństwo musi na nowo przemyśleć sposób, w jaki wykorzystuje ziemię, wodę, energię i surowce, aby przyszłe pokolenia mogły żyć bezpiecznie i stabilnie – sugeruje. – Mniejsze populacje i niższa konsumpcja przyniosą lepsze rezultaty zarówno ludziom, jak i planecie – uważa, dodając, że „okno na działanie się zawęża, ale znaczące zmiany są nadal możliwe do osiągnięcia, jeśli narody będą ze sobą współpracować”.
On i jego zespół mają nadzieję, że ich odkrycia zachęcą rządy, organizacje i społeczności do planowania długoterminowego i uznania ograniczeń środowiskowych Ziemi oraz skupienia się na strategiach ograniczających konsumpcję, „stabilizujących populację” i chroniących systemy naturalne. – Wybory, których dokonamy w nadchodzących dekadach, zadecydują o dobrostanie przyszłych pokoleń i odporności świata przyrody, który podtrzymuje wszelkie życie – podsumowuje profesor Bradshaw.
Dodajmy, że projekt australijskich uczonych wspierały Australijski Instytut Badań nad Dziećmi (Kids Research Institute Australia) i znana z propagowania depopulacji organizacja Population Matters.
Artykuł naukowy pt. „Global human population has surpassed Earth’s sustainable carrying capacity” [Globalna populacja ludzka przekroczyła zrównoważoną pojemność Ziemi] autorstwa Corey J.A. Bradshawa, Melindy A. Judge (University of Western Australia), Daniela T. Blumsteina (University of California, USA), Paula R. Ehrlicha (Stanford University, USA), Aishy N. Dasgupta (University of Cambridge, UK), Mathisa Wackernagela (University of California, USA), Lewisa J.Z. Weeda (University of Western Australia) i Petera N. Le Souëf (University of Western Australia) został opublikowany w „Environmental Research Letters”.
Jak widać wśród autorów badania znalazł się zmarły w marcu prof. Ehrlich, o którym magazyn „Dispatch” – nie przebierając w słowach – napisał, że „był intelektualnym oszustem, co łączyło go z wieloma sławnymi pseudonaukowcami, szarlatanami i dziwakami, którzy stali się intelektualnymi bohaterami postępowych czasów, od Zygmunta Freuda po Noama Chomsky’ego, przez Rachel Carson, Margaret Sanger i Roberta F. Kennedy’ego Jr., jeszcze do niedawna”. Ehrlich, „podobnie jak Karol Marks, kolejny wielki prorok szkoły „zawsze w błędzie, ale nigdy bez wątpliwości”, wierzył w istnienie pewnego rodzaju nauki o historii i że w związku z tym przyszłe wydarzenia mogą być przewidywane z wielką pewnością przez tych, którzy są gotowi – i to wszyscy razem! – podążać za nauką. I tak Ehrlich, którego specjalnością naukową były badania nad motylami, zasłynął ze swoich zaskakujących przewidywań – zabawnych, chybionych, niepotwierdzonych, książkowych przepowiedni” – czytamy w artykule Kevina D. Williamsona pt. „Paul Ehrlich Was Wrong About Everything” [Paul Ehrlich mylił się we wszystkim], który ukazał się 17 marca br. na łamach „thedispatch.com”.
Profesor ze Stanforda, który straszył głodem z powodu przeludnienia, autor „Bomby populacyjnej”, którego proroctwa „nigdy się nie spełniły” – jak pisze postępowy „Project Syndicate”, ale „mimo to rozpaliły globalne obawy dotyczące demografii i środowiska, do dziś ożywiające debaty i decyzje polityczne” odcisnął ogromne piętno na całych pokoleniach, doprowadzając wielu do osobistej tragedii.
W książce „Bomba populacyjna” z 1968 roku, Ehrlich spopularyzował ideę, że świat zmierza ku masowemu głodowi i zagładzie. Straszył, że zasoby naturalne Ziemi wyczerpują się w niespotykanym tempie, a populacja na całym świecie ulegnie załamaniu. Jego przewidywania okazały się błędne, podobnie jak lansowane przez niego rozumienie świata. Od czasu ukazania się publikacji, globalna populacja wzrosła ponad dwukrotnie, z około 3,5 miliarda ludzi do 8,3 miliarda w 2026 roku.
„New York Times” twierdzi, że to była „przedwczesna” diagnoza, utrzymując, że wciąż grozi nam katastrofa związana ze wzrostem liczby ludności na świecie. W artykule pt. „Paul R. Ehrlich, Who Alarmed the World With ‘The Population Bomb,’ Dies at 93” [Paul R. Ehrlich, który zaalarmował świat „Bombą populacyjną”, zmarł w wieku 93 lat], a który ukazał się 16 marca br. napisano: „Jego bestsellerowa książka z 1968 roku, w której prognozował globalny głód, uczyniła go liderem ruchu ekologicznego. Spotkał się jednak z krytyką, gdy jego przewidywania okazały się przedwczesne”. Komentując wywody zawarte w artykule „NYT”, analityk danych John Aziz napisał: „Błędne. Jego przewidywania okazały się błędne. Nie były przedwczesne. Były błędne. Jego rozumienie świata było błędne. Błędne. Nierealistyczne. Fałszywe. Sfałszowane”.
Inny komentator Andrew Follett z Klubu Wzrostu stwierdził: „To [sic] zdumiewające nie tylko, jak bardzo Ehrlich się mylił… czy jak bardzo był zły… ale jak nieustannie nasze media go nagłaśniają i wciąż tuszują jego niekończące się, nietrafione przepowiednie”.
Wiele innych osób wskazywało, że z powodu tez głoszonych przez młodego profesora ze Stanforda, ludzie zrezygnowali z posiadania potomstwa i później bardzo tego żałowali.
Paul Ehrlich jest uważany w USA za jedną z najbardziej zgubnych postaci publicznych ostatnich 50 lat. Był gloryfikowany w niektórych kręgach intelektualnych do samego końca. Zalecenia tego biologa i ekologa doprowadziły do zbrodniczej polityki przymusowych sterylizacji i aborcji wśród najbardziej bezbronnych ludzi na świecie.
„Ehrlich porównał ludzkie dzieci do ‘śmieci’, powiedział, że każda kobieta potrzebuje ‘swobodnego dostępu’ do aborcji i antykoncepcji, a nauki moralne Kościoła katolickiego są jak ‘akt terrorystyczny’”. To „niekwestionowany ojciec kontroli populacji, którego bestsellerowa, choć niezwykle zwodnicza książka z 1968 r. „Bomba populacyjna” została wykorzystana do uzasadnienia programów rządowych i organizacji pozarządowych, mających na celu promowanie antykoncepcji, normalizację aborcji, zachęcanie do masowej sterylizacji i głoszenia kazań”, komentował portal Life Site News.
Niestety, ten sposób myślenia, jak widać wciąż jest hołubiony, a nie piętnowany. Do czego więc skłonią decydentów politycznych, którzy realizują program zrównoważonego rozwoju, najnowsze badania ekipy prof. Bradshawa, mówiące o tym, że jedynie 2,5 miliarda ludzi „jest w stanie utrzymać Ziemia przy obecnym poziomie zużycia zasobów”?
Źródło: news.flinders.edu.au / PCh24.pl
AS
Zobacz książkę Agnieszki Stelmach Zrównoważony rozwój. Zaklęcie globalistów, instrument totalnego zniewolenia:
