Dzisiaj

Takiego „Antychrysta” nikt się nie spodziewał…

Urzędnicy Pentagonu grożą Watykanowi i sugerują, że porwą papieża. Donald Trump obraża Leona XIV i chce, żeby mu służył. Później przedstawia samego siebie jako Pana Jezusa. Protestancka władza to zło – tak jak laicka albo ateistyczna. Tylko katolicka władza daje wiarygodną gwarancję rozsądnych rządów.

Gdzie jest kontrrewolucja Trumpa?!

Wydawałoby się, że powinno być dobrze: Ameryka ma naprawdę konserwatywnego prezydenta. Jest chrześcijaninem – wprawdzie nie praktykuje, ale rozumie wagę wiary dla życia społecznego i państwowego, chętnie zaprasza duchownych na różne spotkania, uczestniczy w modlitwach, ma dobre relacje z wieloma biskupami. Donalda Trumpa otacza też grono katolickich – i konserwatywnych – polityków, jak JD Vance czy Marco Rubio. W kampanii wyborczej zapowiadali walkę z ideologiami w rodzaju gender – i te zapowiedzi powszechnie oceniano jako szczere.
Okazuje się jednak, że dobrze wcale nie jest. Zabijanie dzieci nienarodzonych w Ameryce cały czas się szerzy. Wprawdzie niektóre stany wprowadziły ograniczenia, ale legalne pozostaje wysyłanie pigułek wczesnoporonnych pocztą. Wielusettysięczna ofiara z dzieci jest składana diabłu każdego roku również za rządów Trumpa.

Wesprzyj nas już teraz!

Sodomickie pseudo-małżeństwa pozostają legalne. Mężczyźni i kobiety mają swobodę publicznego zaprzeczania naturze, zawierania jednopłciowych związków i adoptowania dzieci.
Dzieci można zresztą kupować. Procedura in vitro kwitnie i generuje gigantyczne przychody. Nikt nie kiwnął nawet palcem, by ją ukrócić.
To samo dotyczy innych moralnych plag współczesności: antykoncepcji, rozwodów, pornografii, eutanazji…

Stany Zjednoczone przed rządami Trumpa były krajem moralnej degrengolady – i nim pozostały.

Co więcej, Ameryka nie zmieniła swojej polityki wojennej.

Prowadziła agresywne wojny albo je wspierała (Izrael) i nadal tak robi. Trump doprowadził wprawdzie do unormowania sytuacji w Strefie Gazy, kończąc regularne ludobójstwo ludności palestyńskiej – ale napadł na Iran. W atakach ginie ludność cywilna, a prezydent groził wyniszczeniem całej cywilizacji, co w ocenie takich ekspertów jak politolog John Mearsheimer jest po prostu „ludobójczą intencją”, której należałoby się spodziewać od Adolfa Hitlera (sic – to jego słowa), a nie od prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Do tego dochodzi ewidentny ANTYCHRYSTIANIZM obecnej amerykańskiej władzy.

Urzędnicy Pentagonu w styczniu grozili Watykanowi. Do mediów wyciekły konkretne informacje: spotkano się z nuncjuszem apostolskim w USA, kardynałem Christophem Pierrem, po to, by zakomunikować mu „wielkość” Ameryki. Jeden z urzędników miał wspomnieć o Awinionie, co jest oczywistą sugestią siłowego podporządkowania sobie Watykanu…
Nieco później szef Pentagonu, Pete Hegseth, zaprosił na wykład do swojego urzędu pastora Douga Wilsona. Wilson uważa, że trzeba zakazać katolickiego publicznego kultu, takiego jak procesje Bożego Ciała czy procesje Maryjne…

Z kolei sam Donald Trump opublikował w połowie kwietnia obszerny wpis na Truth Social, w którym obraża papieża Leona XIV. Zarzuca mu „słabość” i domaga się, by podporządkował się polityce Stanów Zjednoczonych.

Chwilę później Trump opublikował wizerunek, gdzie jest przedstawiony jako… Mesjasz. Ubrany jak Pan Jezus, uzdrawia chorego, a w pobliżu modlą się klęczący ludzie. Co ciekawe, na niebie widać żołnierzy amerykańskich jako aniołów. Charakterystyczne: jeden z nich miał być chyba Statuą Wolności, ale AI „zawiodła” i dorobiła mu dodatkowe ręce. W efekcie wygląda jak diabeł idący fałszywemu Mesjaszowi-Trumpowi z pomocą…

Protestanckie błędy Trumpa

Nie ma wątpliwości, że Donald Trump prowadzi arogancką, antykatolicką politykę, która motywowana jest religijnie błędami protestantyzmu: władca świecki czuje się „bogiem na ziemi”. Jego administracja ogranicza tylko te złe moralnie zjawiska, które są potępiane przez większość społeczeństwa – na przykład otwarcie szkodliwą i po prostu skrajnie głupią ideologię gender. Tam, gdzie grzech i niemoralność są już powszechnie obecne, wygodne czy intratne – nie wykonuje się żadnych ruchów. Nie ma kontrrewolucji rozumianej jako aktywna próba walki ze złem – podążanie za oczekiwaniami elektoratu to wszystko, na co można liczyć.

Szczególnym przykładem szkodliwego wpływu religii protestanckiej na rządy Trumpa może być jego napaść na Iran. Wielu komentatorów dopatruje się w niej wpływów chrześcijańskiego syjonizmu: część protestantów wokół Trumpa miałaby zachęcać go do ataku na Iran, wierząc, że Bóg tego oczekuje, bo leży to w interesie Izraela. Nie wiadomo, oczywiście, czy ta teza jest prawdziwa: inni komentatorzy wskazują na chęć uderzenia w Iran celem osłabienia jednego z istotniejszych sojuszników Chin; jeszcze inni mówią o szantażu ze strony Izraelczyków, którzy mieliby kontrolować wpływowych Amerykanów poprzez różne haki, zwłaszcza w kontekście afery Epsteina. Jeżeli religia ma wpływ na wojny Trumpa, jest to w każdym razie bardzo zły wpływ.

Dlaczego jednak z Trumpem jest tak niedobrze? Przyczyna jest dość prosta: bo Trump nie jest katolikiem!

Zaraz, zaraz, powie ktoś: przecież jego poprzednik, Joe Biden, BYŁ katolikiem, ale jego polityka była fatalna…

To prawda! Joe Biden należał do Kościoła katolickiego, ale odrzucał katolickie nauczanie, w tym kluczowe dla tych rozważań nauczanie na temat poddania polityki państwowej logice Ewangelii. Był zatem FAŁSZYWYM katolikiem.

Żeby państwo mogło dać wiarygodną gwarancję prowadzenia dobrej polityki, rządzący nie może być ani ateistą, ani „chrześcijaninem” ani „letnim” czy „liberalnym” katolikiem. Musi być rzeczywistym katolikiem – to znaczy uznawać nad sobą autorytet papieża i Tradycji Kościoła katolickiego.

Inaczej gwarancji nie będzie – bo też skąd miałaby zostać wzięta? Dotykam tu fundamentalnego zagadnienia politycznego: dlaczego władca miałby czynić raczej dobro niż zło? Przecież nie dlatego, że dobro bardziej mu się opłaca. Dobro może być długoterminowo lepsze dla państwa, ale dla niego – już niekoniecznie. Gdyby Donald Trump zaczął prowadzić politykę kontrrewolucyjną w obszarze pornografii, aborcji albo homomałżeństw, mógłby narobić sobie kłopotów. Z jego perspektywy, lepiej jest tolerować zło. Albo nawet czynić zło, tak jak w przypadku wojny na Bliskim Wschodzie.

Tylko papież

Poza biskupem Rzymu nie ma na świecie żadnego autorytetu, który byłby uprawniony do określania tego, co jest dobrem, a co złem. I Sobór Watykański mówi jasno: papież ma najwyższą władzę w sprawach doktryny i moralności. Innymi słowy, tylko on jest „autoryzowany” przez Boga do tego, by przekładać Ewangelię na język polityki. Pośrednio taki autorytet mają też biskupi, ale zawsze zasadza się to na autorytecie następcy św. Piotra. Papieże mogą się mylić – w kwestiach czysto politycznych niejednokrotnie się zresztą mylili. Niemniej jednak, ze względu na Tradycją Kościoła katolickiego jest to relatywnie trudne – łatwiej się nie mylić niż się mylić, jeżeli ma się dostęp do tej Tradycji. Ponadto, w kwestiach fundamentalnych, jak prawo do życia czy małżeństwo, papież nie może się mylić, o ile tylko wypowiada się w uroczysty sposób. Dlatego polityk, który słucha Kościoła katolickiego i rzeczywiście akceptuje autorytet papieża, będzie prowadził lepszą albo nawet znacznie lepszą politykę.

Polityk, który nie akceptuje autorytetu papieża, musi szukać definicji dobra i zła na własną rękę. Może się zdarzyć, że podejmie dobre decyzje – w końcu ma rozum, odnosi się do jakiejś tradycji kulturowej albo religijnej. Może jednak być tak, że jego polityka stanie się skrajnie wypaczona.

Na przykład protestanccy władcy Prus wyniszczali polskich katolików. Nie kierowali się nauką Kościoła, tylko własną definicją dobra i zła. Za dobre uznawali to, co służyło ich pruskim interesom.
Anglicy w latach 60. XX zalegalizowali z kolei mordowanie dzieci nienarodzonych. Nie kierowali się nauką Kościoła, tylko własnym rozumieniem wolności.

Stany Zjednoczone za Donalda Trumpa realizują katastrofalną wojnę napastniczą na Bliskim Wschodzie, bo nie słuchają tego, co na temat wojny i pokoju mówi papież. Tak samo było w przeszłości. Jan Paweł II próbował odciągnąć George’a Busha od wojny z Irakiem, bezskutecznie. Dla amerykańskich protestanckich prezydentów katolicka moralność nie ma znaczenia. Dla pseudo-katolickiego prezydenta USA, Joe Bidena, również nie miała znaczenia. Dlatego pomimo protestów ze strony papieża Franciszka, pomagał Izraelowi w ludobójstwie Palestyńczyków.

Katolickość rządzących – nawet szczera – nie daje, oczywiście, całkowicie pewnych gwarancji prowadzenia moralnej polityki. Rządzący zawsze może ulec złu. Niemniej jednak, w sytuacji w której w pełni akceptuje autorytet papieski, ryzyko jest znacznie mniejsze. Polityka powinna opierać się na minimalizacji ryzyka zła.

Władca, który nie jest katolikiem, prawie na pewno zaakceptuje w jakiejś dziedzinie bestialstwo. Rzymianie akceptowali brutalne formy niewolnictwa i dzieciobójstwo. Niemcy nazistowscy ludobójcze praktyki. Sowieccy komuniści wywłaszczenia i ludobójstwo. Liberalni laicyści aborcjonizm czy genderyzm. Protestanccy syjoniści agresywne i bałwochwalcze wojny.

Dla prowadzenia moralnej polityki nie może być nic lepszego, niż autentycznie katolicka władza. Papież Leon XIV nieustannie przypomina, że Jezus Chrystus jest Księciem Pokoju. Pokój nie oznacza tylko zaprzestania prowadzenia wojen. Pokój jest też poszanowaniem natury i tradycji. Pokój narusza ten, kto zrzuca bomby. Narusza ten, kto zabija dzieci nienarodzone. Niweczy go ten, kto wyszydza małżeństwo i deprawuje ludzi.

Tylko katoliccy rządzący mogą prowadzić autentyczną politykę pokoju, bo tylko oni uznają nad sobą autorytet tego, kto jest jedynym człowiekiem uprawnionym przez Boga do orzekania o dobru i złu.

Paweł Chmielewski

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(12)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie