Stolica Apostolska jest w napiętych relacjach ze Stanami Zjednoczonymi. Donald Trump w charakterystycznym dla siebie, barbarzyńskim stylu obraża papieża Leona XIV, a jego urzędnicy formułują wobec Watykanu zawoalowane groźby. Jak skończy się ta utarczka?
Konflikt rozpoczął się jeszcze zanim Leon XIV został papieżem. Już jako kardynał, Robert Prevost krytycznie oceniał postulaty ruchu MAGA odnośnie polityki migracyjnej. Zamieścił na ten temat kilka wpisów na X, co komentował nawet wiceprezydent USA, JD Vance. Kiedy Prevost został papieżem, wielu komentatorów nie kryło swojego zdziwienia. Uważano, że kardynałowie będzie raczej unikać Amerykanina na tronie św. Piotra, właśnie ze względu na Stany Zjednoczone. USA, jako najpotężniejsze imperium światowe, mogłaby mieć zbyt duży wpływ na politykę Stolicy Apostolskiej, sądzono… W przypadku Prevosta obawy kardynałów mógł zmitygować fakt, że znaczną część życia spędził poza USA.
Wygląda jednak na to, że Donald Trump uważa go za Amerykanina – i jest przekonany, że jako Amerykanin powinien być stuprocentowym zwolennikiem trumpowskiej wersji MAGA. Prezydent daje temu wyraz coraz częściej – i w coraz bardziej groteskowej formie.
Wesprzyj nas już teraz!
Między Leonem XIV a administracją Trumpa iskrzyło już w 2025 roku. Tom Homan – nota bene, katolik – publicznie krytykował Ojca Świętego za to, że Watykan negatywnie ocenia politykę migracyjną administracji Trumpa. Ostatecznie sprawa jakoś się rozeszła: Watykan razem z amerykańskimi biskupami pozostał na swoim stanowisku, Biały Dom przy swoim.
Prawdziwy problem zaczął się w sprawie polityki zagranicznej. Leon XIV skrytykował działania Stanów Zjednoczonych wobec Wenezueli, upominając się o przestrzeganie prawa międzynarodowego. Amerykanie uznali to za obelgę, stojąc na jasnym stanowisku: nawet jeżeli naruszają prawo międzynarodowe, to wenezuelski prezydent jest odpowiedzialny za zbrodnie przeciwko narodowi amerykańskiemu, bo ułatwia czy zgoła organizuje handel narkotykami, dlatego jego porwanie jest moralnie uzasadnione. Sprawa była rzeczywiście trudna: z jednej strony, prawo międzynarodowe jest kluczowym elementem porządku międzynarodowego. Jeżeli się z niego zrezygnuje, to o jakimkolwiek globalnym pokoju nie może być mowy. Z drugiej strony, Kościół uczył, że są wojny sprawiedliwe – i można byłoby argumentować, że relatywnie „chirurgiczne” usunięcie narkotycznego i neokomunistycznego prezydenta było właśnie działaniem z repertuaru wojny sprawiedliwej. Jakby nie ważyć racji, Leon XIV stanął przeciwko Ameryce – i naraził się Trumpowi.
22 stycznia doszło do brzemiennego w skutki spotkania. Delegaci Pentagonu spotkali się z reprezentacją Watykanu w USA. Nuncjusz apostolski, kardynał Christophe Pierre, przyjął wiceszefa Pentagonu, Elbridge’a Colby’ego. Wraz z nim przyszli jeszcze inni urzędnicy Departamentu Obrony (zwanego przez Trumpa Departamentem Wojny). Przebieg spotkania był długo utrzymywany w tajemnicy, ale na początku kwietnia media poinformowały, że… przebiegało niezwykle burzliwie. Strona amerykańska miała tłumaczyć, że Ameryka jest tak potężna, że może robić, co chce – i że byłoby dla Watykanu lepiej, gdyby się do niej przyłączył. Ponadto jeden z reprezentantów USA miał wspomnieć o niewoli papieskiej w Awinionie, co stanowiłoby ledwie zawoalowaną groźbę użycia przemocy wobec Rzymu…
Za chwilę posypały się dementi. Zarówno Watykan jak i USA ogłosiły, że żadnych gróźb nie było, a spotkanie było „szczere”, ale życzliwe. Cóż… Ambasador USA przy Watykanie, Brian Burch, napisał na X, że „nie było gróźb [dotyczących] Awinionu”. Napisał wyraźnie: „gróźb”. To sprytny sposób przyznania, że temat Awinionu się pojawił, ale nie należy go czytać jako groźby… Podobnie, stwierdzenie, że spotkanie było „szczere”, jest dyplomatycznym opisaniem różnic i faktycznych napięć. Amerykański portal watykanistyczny „The Pillar” skontaktował się z urzędnikami Watykanu, którzy brali udział w rozmowach. Powiedzieli, że wprawdzie nikt nie groził porwaniem papieża, ale rozmowa miała momentami dość „agresywny” charakter”, a Amerykanie zachowywali się w sposób „wymuszający”. Prosta sprawa: starali się nakłonić Watykan do tego, by przestał negatywnie komentować amerykańską politykę zagraniczną. W końcu Ameryka może robić, co chce, nieprawdaż?
Sytuacja eskalowała po wybuchu wojny z Iranem. Papież Leon XIV ogłosił, że Pan Bóg nie wysłuchuje modlitw tych, którzy mają krew na rękach i prowadzą wojny. W oczywisty sposób skrytykował administrację Trumpa, która nieustannie odwołuje się do Pana Boga prowadząc bombardowanie Iranu. Wokół Trumpa zebrano nawet na przedziwnym spektaklu quasi-religijnym grupę pastorów, którzy modlili się za prezydenta o wsparcie Boga dla dzieła wyniszczenia irańskiego potencjału. Trump potraktował to chyba poważnie i uznał, że jest bezkarny. Tuż po Wielkanocy zagroził we wpisie na „Truth Social”, że zniszczy „całą cywilizację” Iranu. Powszechnie odczytano to jako groźbę użycia broni nuklearnej, nawet jeżeli Waszyngton kategorycznie zaprzeczał, że o to chodziło. Papież Leon XIV ponownie to skrytykował.
To było dla Trumpa już wyraźnie za dużo. Na swoim „Truth Social” ogłosił, że Leon XIV jest „słabym” papieżem, który prowadzi złą politykę zagraniczną i ulega lewicowej narracji. Trump zarzucił Leonowi, że de facto wspiera irańskie dążenie do posiadania broni atomowej. Zrobił to w charakterystycznym dla siebie, nieledwie wulgarnym stylu.
Papież Leon XIV, dopytywany przez media o reakcję na słowa Trumpa, odparł, że „nie boi się administracji” obecnego prezydenta USA i zamierza dalej głosić Ewangelię.
Spór pomiędzy Stolicą Apostolską a Waszyngtonem niewątpliwie na tym się nie zakończy, chociaż coraz więcej osób – w tym znany, konserwatywny biskup Robert Barron – wzywa do umiarkowania i nawiązania realnego dialogu. Problemem pozostaje jednak osobowość prezydenta USA, Donalda Trumpa, dla którego nie ma w zasadzie… żadnych świętości. Nie można się dziwić, że ten polityk obraża papieża Leona XIV: przecież niemal następnego dnia opublikował grafikę, na której został przedstawiony jako Mesjasz. Skoro nie hamuje się przed bluźnierstwem, dlaczego miałby hamować się przed znieważaniem Ojca Świętego.
Powodów do takich zniewag na pewno nie zabraknie, bo między Stolicą Apostolską a Waszyngtonem iskrzy przecież od dawna. Wielkie światowe imperium o protestanckiej genezie nie prowadzi katolickiej polityki – i nic nie wskazuje na to, by miało się to szybko zmienić. Jan Paweł II ścierał się z Georgem W. Bushem w sprawie wojny w Iraku. Za Baracka Obamy myślano w Białym Domu o obaleniu Benedykta XVI poprzez zorganizowanie „watykańskiej wiosny”, czyli osadzenie na tronie św. Piotra proamerykańskiego liberała. To udało się tylko częściowo: Franciszek może i był bardziej liberalny niż Benedykt, ale krytykował izraelską politykę ludobójstwa w Strefie Gazy wspieraną przez USA; nie poparł też amerykańskich działań na Ukrainie.
Różnica polegała na tym, że poprzedni prezydenci USA nie informowali o tym publicznie. Donald Trump się tym nie przejmuje. Dla Watykanu niechęć Białego Domu nie jest jednak niczym nowym. Dlatego należy sądzić, że kiedy Leon XIV deklaruje brak strachu wobec administracji Trumpa, jest szczery. Przeciwnik w Białym Domu – to norma, nie wyjątek. Być może kiedyś to się zmieni, ale trzeba czekać, aż Imperium Americanum znajdzie się pod zarządem autentycznego, wiernego wobec Tradycji katolika. Do tego, jak się wydaje, jeszcze daleka droga.
Paweł Chmielewski