Victor Orban stanowił dla polskiej polityki niewykorzystany potencjał. Nie prowadziliśmy wobec Budapesztu polityki skalibrowanej pod nasz, polski interes. Warto zastanowić się, co tracimy po porażce Orbana, byśmy mogli ewentualnie zyskać na wygranej Petera Magyara.
Na początek trzeba poczynić kilka zastrzeżeń. Po pierwsze, nie przestaje zaskakiwać mnie naiwność i niesuwerenność polskich polityków, którzy niemal zawsze przy okazji wyborów w powiązanych z Polską państwach z lubością pozycjonują się jako zwolennicy lub przeciwnicy poszczególnych opcji politycznych. Zapewne wynika to z chęci przypodobania się jednemu z wielkich „domów sponsorskich” polskiej polityki – Brukseli lub Waszyngtonowi. Tak samo oczywiście działo się w przypadku wyborów na Węgrzech: ekipa Tuska w ślad za Ursulą von der Leyen i spółką poparła Petera Magyara a Karol Nawrocki – namawiany zapewne przez Waszyngton – udzielił poparcia Victorowi Orbanowi.
Nie muszę dodawać, że były to działania zupełnie niepotrzebne. Węgry Magyara nadal bowiem mogą być Polsce potrzebne, podobnie jak potrzebny Polsce był w pewnych sprawach Victor Orban, o czym za chwilę.
Wesprzyj nas już teraz!
Po drugie, sam Peter Magyar pozostaje wielką niewiadomą. Mam wrażenie, że Bruksela poparła go bardziej w myśl zasady, że „wspólny wróg jednoczy”, niż z entuzjazmu dla jego poglądów. Magyar bowiem – jeśli spróbować przełożyć go na polską politykę – jest politykiem dość konserwatywnym, w stylu Mateusza Morawieckiego, czyli niekoniecznie euroentuzjastycznym, choć w jakiś sposób strawnym dla Brukseli. Węgrzy zdecydowali się go wybrać nie dlatego, że jest antytezą Orbana, ale dlatego, że wydaje im się być lepszym Orbanem – bardziej nowoczesnym, wolnym od układów korupcyjnych i gwarantującym w jakiś sposób wymianę elit bez gruntowanej zmiany politycznych wektorów. Ma też dostarczyć Węgrom unijną kroplówkę finansową. Jednak zarówno jeśli chodzi o politykę migracyjną czy nastawienie wobec zaangażowania Węgier w wojnę na Ukrainie, poglądy Magyara niespecjalnie różnią się od tych, które prezentował Orban.
Magyar jest zatem pewną niewiadomą. Czy to oznacza, że jego wybór jest dla Polski neutralny?
Niekoniecznie. To prawda, że nie wiemy jeszcze, czego dokładnie możemy się po nim spodziewać. Wiemy natomiast, co tracimy na skutek przegranej Victora Orbana, choć mam wrażenie, że wielu Polaków – a na pewno polskich polityków – albo jest tego nieświadoma, albo została zmanipulowana przez przekazy z niesprzyjających Orbanowi stolic Europy. Z perspektywy przekazu obecnych polskich władz fotel premiera w Budapeszcie zwalnia prorosyjski polityk, zażarcie walczący z Brukselą. Jednak jeśli odrzucić zideologizowane okulary, przez które na politykę lubią patrzeć gremialnie polscy politycy i publicyści, widzimy Orbana nieco inaczej. A to istotne, by lepiej zrozumieć, że i od Magyara będzie można uzyskać pewne koncesje, o ile podejdziemy do niego transakcyjnie.
Lider Fideszu przede wszystkim stanowił dla nas wsparcie w ewentualnym blokowaniu niektórych szaleństw unijnej polityki. Owszem, blokowanie Brukseli od dawna jest sprawą niezwykle trudną, i wymagającą wpływowych partnerów oraz szerokich koalicji, ale jednak lepiej mieć jednego koalicjanta więcej niż mniej. Rzecz jasna, Orban nigdy nie był gwarantem dobrej współpracy między Warszawą a Budapesztem, ale jego eurosceptycyzm bywał pożyteczny. Jeśli w Hiszpanii czy Francji dojdzie do zmiany władzy na partie krytyczne wobec obecnego kierunku Unii Europejskiej, to mógł okazać się w przyszłości jeszcze bardziej przydatny. Czy jednak Magyar jest euroentuzjastą? Proponuje politykę resetu i wejścia Węgier do głównego nurtu europejskiej polityki, choć wspomina też o obronie interesów Węgier w UE. Ma też wobec Brukseli dług za udzielonemu poparcie i nie mamy pewności, na ile jest zobowiązany go spłacić.
Kolejna rzecz to Ukraina. Nasze relacje z Kijowem od dawna są bardzo trudne i to mimo zaklęć, jakich próbuje Karol Nawrocki, zapewniający o twardszym kursie wobec ekipy Zełenskiego. Relacje te zostały od początku konwencjonalnej wojny Ukrainy z Rosją źle ustawione przez Polskę. Jak dotąd tak naprawdę nie udało się skorygować ich zgodnie z polskim interesem. Dzisiaj Ukraina skutecznie marginalizuje Polskę jako sojusznika, wyraźnie orientując się na Brukselę i – w miarę możliwości – Waszyngton. W naszym wyobrażeniu mieliśmy być łącznikiem w tych relacjach, ale okazaliśmy się co najwyżej pożytecznym podwykonawcą.
Orban, ze swoim niechętnym stosunkiem do Kijowa – to nie prawda, że nie pomagał Ukrainie, jak utrzymują dzisiaj liczni polscy publicyści – mógłby nam się przydać. Chociażby po to, by jego rękami szachować Ukrainę na forum Unii Europejskiej. Nam, rzecz jasna, nie wypadało gardłować przeciwko Zełenskiemu, ale zawierania w pewnych sprawach taktycznego sojuszu z Orbanem byłoby dla Kijowa sygnałem, że jednak są jeszcze sprawy, którymi Polska może z Kijowem handlować. Największą bolączką relacji polsko-ukraińskich jest bowiem to, że Kijów uznał nas za sojusznika totalnego, takiego o którego sympatię nie należy już zabiegać. A to – wziąwszy pod uwagę, iż faktycznie zależy nam na zwycięstwie Ukrainy w wojnie z Rosją – poważnie ogranicza nam pole manewru.
Magyar choć jest zdystansowany wobec Ukrainy, to jednak widzi dla niej miejsce w Unii Europejskiej. Nie chce też, jak Orban, balansować między Brukselą a Moskwą, woli zdecydowanie postawić na tę pierwszą, co wymusi na nim raczej otwarta postawę wobec Kijowa.
I wreszcie ostatnie sprawa to Rosja. Orban ma dobre relacje z Władimirem Putinem, co Polska mogłaby wykorzystać, jeśli zaszłaby taka potrzeba. Już bowiem widać pierwsze jaskółki stopniowego włączania Rosji w zachodni system międzynarodowy, czego zapowiedzią jest amerykański reset z Białorusią. Warszawa – nie zawsze właściwie – bardzo szybko spozycjonowała się jako zdecydowany wróg Rosji, gotowy „wdeptać Putina w ziemię”.
Owszem, nasze interesy stoją w radykalnej sprzeczności, zresztą Putin nigdy nie był specjalnie zainteresowany utrzymywaniem dobrych stosunków z Polską. Jednak jeśli Zachód zdecyduje się na reset w relacjach z Moskwą, będziemy musieli pomyśleć o jakiejś nowej strategii dyplomatycznej i tu Orban z pewnością mógłby nam się przydać, gdyby, rzecz jasna, utrzymał władzę. Szczególnie, że słynny artykuł piąty traktatu waszyngtońskiego przestaje być tak silnym gwarantem naszego bezpieczeństwa, jako to miało miejsce jeszcze dekadę temu. Słowa Theodore’a Roosevelta o tym, że dobra dyplomacja wymaga uśmiechu i pałki za plecami, dawno nie były tak aktualne jak obecnie.
Nie płaczmy zatem za Victorem Orbanem, bo niewiele nam z tego przyjdzie, ale zdajmy sobie sprawię, że wraz z jego odejściem tracimy szanse na prowadzenie bardziej ambitnej polityki międzynarodowej. To ważne, byśmy mogli spojrzeć na Magyara nie w kategoriach jego szlachetności czy jej braku, lecz tego, co może nam zaoferować i jak możemy go wykorzystać, jeśli to on zostanie szefem węgierskiego rządu.
Tomasz Figura