W podwarszawskim Brwinowie dziki w kwietniu rozszarpały małego psa na oczach jego właścicieli. Na Białołęce – peryferyjnej dzielnicy stolicy – locha oprosiła się pod balkonem jednego z bloków. W Wawrze, także w Warszawie, dziki zaanektowały osiedlową piaskownicę. To tylko kilka incydentów z ogromnej, ale w całości nieznanej liczby. Nie istnieje bowiem ogólnopolska statystyka, pozwalająca ocenić miarodajnie skalę zjawiska panoszenia się dzików w ludzkich siedzibach.
Można tylko przytaczać liczby dla poszczególnych miast albo regionów i widać, że zjawisko staje się coraz częstsze. Warszawskie Lasy Miejskie informują, że w 2023 r. otrzymano 4,7 tys. zgłoszeń dotyczących dzików, rok później – już 5,1 tys., a w ubiegłym roku aż 8,8 tys. W Białymstoku w 2025 r. takich zgłoszeń było 98, a w tym roku tylko do 9 kwietnia już 83. W Olsztynie przez cały ubiegły rok były 184 zgłoszenia, a tylko w pierwszym kwartale tego roku już 91. Niektórzy specjaliści twierdzą, że Warszawę penetrują już nie dziki dzikie, ale nowy rodzaj ich miejskiej populacji, znacznie mniej płochliwej i agresywnie zawłaszczającej miejską przestrzeń.
Mało kto zdaje sobie sprawę, że polskie prawo maksymalnie skomplikowało sprawę pozbywania się dzików z miast. Mamy tutaj koszmarnie skomplikowany zbieg różnych regulacji. Aby stwierdzić, kto odpowiada za działania wobec tych zwierząt, jaką one mogą mieć formę i jakie wymogi powinny zostać spełnione, trzeba zajrzeć do Ustawy prawo łowieckie, Ustawy o samorządzie gminnym oraz Ustawy o ochronie zwierząt. Mówimy tutaj nie tylko o samej możliwości podjęcia działań, ale także o tym, kto je sfinansuje, co angażuje z kolei Ustawę o finansach publicznych oraz wymaga odpowiedniego dostosowania budżetu gminy. Zadanie, które wydaje się oczywiste i proste, okazuje się tkwić w plątaninie przepisów. Do tego trzeba jeszcze wziąć pod uwagę, że wskutek występowania na terenie UE afrykańskiego pomoru świń przemieszczanie dzików z terenów miejskich do lasów czy na wieś jest zabronione. Źródłem problemu jest rozporządzenie Komisji Europejskiej, które sparaliżowało takie działania na terenie całej Unii. Dotyczy to również dzików, a KE nie zamierza zmieniać tutaj prawa.
Wesprzyj nas już teraz!
To paradoks przeregulowanego do maksimum państwa: wobec rosnącego problemu obywatele oczekują szybkich, skutecznych i dość oczywistych działań, a tymczasem urzędnicy tkwią w gąszczu przepisów i często nie są w stanie ruszyć palcem.
Sam mieszkam tuż pod Warszawą – choć formalnie moja miejscowość to wieś, w praktyce niczym nie różni się już od wspomnianych wcześniej bardziej peryferyjnych dzielnic. Na lokalnym forum coraz częściej pojawiają się obrazki i informacje ukazujące dziki w bezpośredniej bliskości domów albo na ulicach. Ogromna część mieszkańców pyta, co nasza gmina zamierza zrobić z problemem, ale pojawiają się również komentarze, powielające znany od lat schemat: to dziki były tu pierwsze, zły człowiek zajął im ich tereny i nie ma prawa domagać się, aby z nich zniknęły. Osoby wyrażające taki pogląd nie wskazują jednak, co w takim razie należy czy można począć.
Pojedynczy komentujący to jedna sprawa, ale jak na zawołanie w obronie prawa dzików do zakłócania nam spokoju w miastach występują też, jakżeby inaczej, prozwierzęce organizacje oraz wszelkiej maści dyspozycyjna wobec zagranicznych ośrodków lewica.
Pamiętają państwo aferę z reklamami internetowymi, promującymi pana Rafała Trzaskowskiego w czasie kampanii wyborczej w ubiegłym roku, które produkować miała Akcja Demokracja – lewicowa jaczejka, finansowana przez kilka lat między innymi z Funduszy Norweskich? W centrum tej afery, w której przewijał się także rządowy NASK – centralna instytucja polskiego państwa, gdy idzie o kontrolę internetu – pojawiał się Jakub Kocjan, wicedyrektor Akcji Demokracja, odpowiedzialny za kampanie społeczne. Akcja Demokracja bierze na tapet wszystkie modne skrajnie lewicowe tematy, w tym agresywne ataki na myśliwych i łowiectwo. Jej najnowsza inicjatywa to petycja, prezentowana w następujący sposób: „Rzeź dzików w Warszawie nie może trwać ani chwili dłużej! Mieszkanki i mieszkańcy stolicy protestują, zaapeluj wraz z nimi o zaprzestanie zabijania tych zwierząt i wdrożenie zmian, które będą opierały się na współczesnej wiedzy naukowej. Miasta to przestrzenie wielu gatunków, dziki są z nami od zawsze, nie od dziś. Warszawa nie jest wyjątkiem!”.
W samej petycji czytamy: „Apelujemy o zaprzestanie zabijania dzików na terenie miasta Warszawy. Działania takie są nie tylko głęboko nieetyczne, ale również budzą poważne wątpliwości co do ich zgodności z obowiązującymi przepisami prawa oraz zasadami ochrony zwierząt i przyrody, a także narażają mieszkańców na traumę”. W tym momencie pod tym absurdalnym, szkodliwym apelem podpisało się ponad 8 tys. osób.
Niestety, Akcja Demokracja nie wspomina o traumie właścicieli rozszarpanego przez dziki psa – choć przecież emocje psiarzy powinny być jej bliskie – ani o strachu rodziców dzieci z przedszkola na Białołęce, naprzeciwko którego locha złożyła miot.
Do chóru dzikolubów dołączają takie postaci jak poseł Lewicy Łukasz Litewka, znany ze swoich prozwierzęcych fanatycznych inicjatyw. Litewka oburzał się, gdy zdecydowano o odstrzale stadka dzików, które wtargnęły na ogrodzony teren miejski na Bemowie. „Wszystkie po kilkunastu minutach zostały odstrzelone na oczach mieszkańców (w tym dzieci) i wrzucone do kubłów na śmieci” – grzmiał w internecie.
O straszliwych skutkach bambinizmu pisałem już na PCh24 (i nie tylko) wielokrotnie. W przypadku inwazji dzików mamy do czynienia z bardzo konkretnym działaniem wprost wymierzonym w bezpieczeństwo ludzi. Opowieść o tym, że człowiek zajął ich naturalne tereny albo że „dziki są z nami od zawsze”, jest bezpodstawnym graniem na emocjach. Dziki wchodząc do miast wdzierają się na tereny od dawna zajmowane przez ludzi. Poza tym, gdyby przyjąć optykę obrońców dzików, człowiek nie mógłby w ogóle powiększać granic swoich siedlisk – co w oczywisty sposób jest postulatem absurdalnym. Zawsze bowiem dzieje się to kosztem „dzikiej przyrody”. Zawsze odbiera tereny żabkom, sarenkom, dzikom czy ptaszkom.
Sprawa powinna być oczywista: dziki są dla ludzi groźne, ich obecność na zamieszkanych terenach jest niepożądana, a skoro się nasila, należy podjąć wszelkie możliwe działania, aby ją zredukować. Chyba że – tak jak przedstawiciele prozwierzęcego fanatyzmu lub skrajnej lewicy – uznajemy, że zwierzęta są ważniejsze niż ludzie. Protesty przeciwko odstrzałowi dzików do tego właśnie się sprowadzają. Chciałbym jednak usłyszeć od wygłaszających te opinie, jak w takim razie wyobrażają sobie koegzystencję z dzikami w mieście. A może należałoby zgłosić dalej idący postulat, podobny jak w przypadku entuzjastycznego nastawienia do imigracji: szanowne aktywiszcza z Akcji Demokracja – weźcie dziki do własnego ogródka!
Łukasz Warzecha