Dzisiaj

Andrzej Solak: Oprawcy Huty Pieniackiej

(Oprac. PCh24.pl)

Dziecko przyszło na świat w bezpośredniej bliskości Boga, wewnątrz kościoła, przed samym ołtarzem. Ale ten cud narodzin został brutalnie sprofanowany. Ukraiński esesman zmiażdżył maleństwo podkutym butem.

 

Tryzub z mieczem

Wesprzyj nas już teraz!

Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) na długie lata przed wrześniem 1939 roku nawiązała współpracę ze służbami specjalnymi III Rzeszy. Potem zaznaczyła swój udział w zniszczeniu Rzeczypospolitej, wystawiając u boku Wehrmachtu Legion Ukraiński oraz dywersyjne bojówki.

W 1940 roku w organizacji doszło do rozłamu. Skłóceni liderzy – Andrij Melnyk i Stepan Bandera stanęli na czele odrębnych frakcji: OUN-M (melnykowcy) oraz OUN-B (banderowcy, zwani też frakcją rewolucyjną). Dotychczasowe godło OUN – tryzub ze środkowym ostrzem uformowanym w kształt miecza – zachowała OUN-M. Jej rywale zaczęli występować pod czerwono-czarną flagą, nawiązującą do niemiecko-nazistowskiej idei Blut und Boden (Krew i Ziemia). Obie frakcje chętnie używały też emblematów w barwach niebiesko-żółtych.

Współpraca obu frakcji z Niemcami trwała w najlepsze. Idylla zachwiała się latem 1941 roku. Nieuzgodniona z Berlinem proklamacja niepodległości Ukrainy zaowocowała poważnym spięciem. Bandera, a potem także Melnyk zostali internowani i skierowani do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen (jednakże nazwanie ich „więźniami kacetu” byłoby szyderstwem z prawdziwych ofiar tego obozu – obaj liderzy zostali umieszczeni na specjalnym oddziale, gdzie przydzielono im apartamenty wyposażone w meble i dywany; stołowali się w kantynie SS, mieli prawo do spotkań z bliskimi i korespondencji).

Obie frakcje OUN nie poniechały działalności. Banderowcy oficjalnie zerwali z Niemcami, schodząc do podziemia (choć dyskretna współpraca na niektórych poziomach została utrzymana). Powołali własną siłę zbrojną – Ukraińską Powstańczą Armię (UPA), która rozpoczęła straszliwą akcję ludobójczą ludności polskiej na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

OUN-M, po początkowych wahaniach, przystąpiła do tworzenia jednostek policyjnych i wojskowych u boku III Rzeszy. Jedną z nich był podległy niemieckiej policji politycznej Legion Wołyński (vel Ukraiński Legion Samoobrony, w nomenklaturze niemieckiej 31. Schutzmannschafts-Bataillon der SD). Formacja zasłynęła pacyfikacjami polskich wsi na Wołyniu i Lubelszczyźnie. We wrześniu 1944 r. przydzielono ją do sił tłumiących Powstanie Warszawskie. Następnie Legion wziął udział w zwalczaniu partyzantki w Słowenii, by wreszcie zostać wcielonym do ukraińskiej 14. Dywizji SS. Ta ostatnia formacja była bez porównania większa, a jej antypolski dorobek jeszcze bardziej krwawy.

 

„Galicyjskie” SS

Utworzeniu ukraińskich oddziałów SS patronowała OUN-M wraz z działającym w Krakowie Ukraińskim Komitetem Centralnym. W kwietniu 1943 roku Niemcy wyrazili zgodę na sformowanie jednostki w nazwie galicyjskiej, występującej pod znakiem żółtego lwa i trzech złotych koron w niebieskim polu. W ciągu miesiąca do nowej formacji zgłosiło się aż 82 000 Ukraińców!

Z ochotników utworzono początkowo pięć pułków policyjnych SS (o numerach od 4 do 8) określanych jako Galizische SS Freiwillige Regimenten. Zostały one użyte do akcji przeciwpartyzanckich i pacyfikacyjnych, m.in. na Wołyniu, Lubelszczyźnie i Podolu. Następnie sformowano dywizję frontową – występowała ona pod kilkoma nazwami, jak 14. Ochotnicza Dywizja SS „Galicja” czy 14. Dywizja Grenadierów Waffen SS, by na dwa tygodnie przed końcem wojny ogłosić się 1. Ukraińską Dywizją.

Ukraińskie SS, tak policyjne jak wojskowe, przyjęło się określać mianem SS „Galizien” bądź SS „Hałyczyna”.

 

Była tu kiedyś wioseczka…

Huta Pieniacka (powiat Brody, w województwie tarnopolskim) była niewielkim, cichym siołem. Ot, wszystkiego 172 domy, tuż przed wojną zamieszkane przez niespełna 800 osób. Potem mieszkańców przybyło; ściągali tu polscy uchodźcy, przede wszystkim z Wołynia wyrzynanego przez banderowców. Trafiali się także Żydzi, szukający schronienia przed niemieckim ludobójstwem. Jedni i drudzy opowiadali straszne rzeczy. Poprawne dotąd relacje z okolicznymi Ukraińcami zaczęły się psuć, Małopolska Wschodnia także stawała w ogniu. W okolicy kręciła się też partyzantka sowiecka, jednak starano się utrzymywać z nią poprawne relacje.

W Hucie Pieniackiej powstała samoobrona, związana z podziemną Armią Krajową. 13 lutego 1944 roku starła się zbrojnie z grupą napastników, jak sądzono, z upowcami. W rzeczywistości był to patrol z 4. pułku policyjnego SS „Galizien”. Dwóch esesmanów legło trupem, reszta uciekła. Wkrótce mieli powrócić w większej liczbie.

28 lutego 1944 roku o godzinie 6:00 rano nad Hutą Pieniacką rozbłysły rakiety sygnalizacyjne. Zaraz potem ze wszystkich stron ruszyli do ataku policjanci ze wspomnianego 4. pułku SS „Galizien”. Było ich pięć, może sześć setek, dobry batalion, pod dowództwem niemieckiego kapitana. Intrygujące, że wspierała ich bojówka konkurencyjnej UPA. Nie brakło też okolicznego chłopstwa ukraińskiego, zbrojnego w noże i siekiery.

Kilka godzin wcześniej wywiad AK przekazał miejscowej samoobronie wiadomość o wrogich zamierzeniach. Zalecono, by nie stawiać oporu, ukryć broń. Spodziewano się, że nieproszeni goście dokonają rutynowej rewizji, jak czynili to w innych okolicznych wioskach.

Tymczasem od pierwszych minut akcji wieś znalazła się pod silnym ostrzałem. Zaraz potem do zabudowań wdarły się zastępy zbrojnych. Mieszkańców wypędzano z domów, kierując ich do punktów zbornych w kościele i szkole. Do uciekających strzelano bez pardonu.

Napastnicy zdawali się posiadać niezłe rozeznanie. Błyskawicznie namierzyli schronienia ukrywających się Żydów i przechowywanych rannych partyzantów sowieckich. Znalezionych zabito na miejscu wraz z udzielającymi im opieki rodzinami. Dowódcę samoobrony i jeszcze jednego gospodarza skatowano, potem oblano benzyną i spalono.

Spośród mieszkańców stłoczonych w kościele i szkole zaczęto wywoływać poszczególne osoby. Były one następnie torturowane i zabijane. Okrucieństwo napastników szokowało. Wiele osób zarżnięto nożami. Siedemdziesięcioletniej Rozalii Sołtys oprawca rozpruł bagnetem brzuch. Pewnego noworodka roztrzaskano uderzając nim o mur.

„W kościele rozgrywały się straszne sceny – wspominał Sulimir Stanisław Żuk. – […] kobieta zaczęła rodzić przed ołtarzem, a bandyta w esesowskim mundurze podszedł do niej, wyrwał jej dziecko, rzucił o kościelną posadzkę i rozdeptał podkutym butem. Moja babcia, siedemdziesięcioletnia kobieta rzuciła się na niego z pięściami, on zdjął automat z ramienia i zastrzelił je obie. Następnie wybrał z tłumu kilkunastoletnią dziewczynkę i kazał jej wyrzucić zwłoki tego dziecka z kościoła. Ona owinęła je w szaty liturgiczne, które były już rozrzucone po posadzce i wynosząc je z kościoła, sama udzieliła mu chrztu, a następnie położyła na śniegu…”.

Około godziny 14:00 z kościoła i szkoły zaczęto wyprowadzać mieszkańców, w grupach liczących 30 do 50 osób. Mówiono im, że ocaleją. Następnie zamykano ich w stodołach i innych drewnianych zabudowaniach, które podpalano. Ocalałym świadkom utkwiła szczególnie w pamięci dwójka małych, może pięcioletnich dzieci, uwięzionych w płonącej stodole, krzyczących z rozpaczą:

– Mamusiu, zabierz nas…!

 

Na szlaku krwi

Towarzyszący policji ukraińscy cywile skwapliwie korzystali z okazji, grabiąc opuszczone domostwa, ładując pozyskane dobra na sprowadzone podwody. Potem prawie cała wieś poszła z dymem. Wracający z akcji esesmani byli fetowani przez okoliczną ludność ukraińską, w pobliskich Pieniakach wystawiono im nawet bramę tryumfalną.

Nie ma pewności, ilu ludzi padło ofiarą zbrodni. Po kilku dniach lwowska prasa donosiła o śmierci 868 osób. Niektóre szacunki podnoszą tę wielkość do 1 000, a nawet 1 500 ofiar. Była to prawdopodobnie największa rzeź w wykonaniu ukraińskich nacjonalistów w całej Małopolsce Wschodniej. Zakrawa na cud, że masakrę przeżyło 160 ludzi, w tym wielu rannych i poparzonych. Najwięcej ocalało chroniąc się w kościelnej piwnicy i na wieży, także w piwnicach szkolnych.

Huta Pieniacka to jedna z kilku tysięcy miejscowości zrównanych z ziemią przez ukraińskich szowinistów. Były w tej zbrodni pewne cechy szczególne. Wypada podkreślić zgodną współpracę w ludobójczym dziele melnykowskiego SS „Galizien” i banderowskiej UPA. W następnych miesiącach galicyjskie oddziały SS dokonały jeszcze, samodzielnie lub wspólnie z Niemcami bądź UPA, zbrodniczych napadów na Polaków w Chodaczkowie Wielkim (862 zamordowanych), Podkamieniu (600), Palikrowach (365), w Smoligowie (300), Maleniskach (40), Pańkowcach (30) i w wielu innych miejscach.

W pierwszym półroczu 1944 roku wszystkie policyjne pułki SS „Galizien” zostały rozwiązane, a ich personel wcielony do wspomnianej frontowej Dywizji „Hałyczyna”. Wydzielone oddziały tego związku operacyjnego także uczestniczyły w akcjach antypartyzanckich i represyjnych. Ogółem polscy historycy doszukali się co najmniej kilkudziesięciu miejscowości, w których policjanci lub żołnierze SS „Galizien” dopuścili się zbrodni wojennych; w każdej z nich zamordowano od kilku do kilkuset osób.

W lipcu Dywizja „Hałyczyna”, wysłana przeciw Armii Czerwonej, doznała srogiej klęski pod Brodami, tracąc 7 000 żołnierzy; kilkuset innych zdezerterowało i przeszło do UPA. Stan liczebny uzupełniano, wcielając inne formacje ukraińskie oraz przyjmując mrowie kolejnych ochotników. SS „Galizien” walczyło jeszcze na Słowacji tłumiąc tamtejsze powstanie, w Jugosławii oraz Austrii, by ostatecznie w maju 1945 roku złożyć broń przed Brytyjczykami i Amerykanami.

 

Czas szubrawców

Ukraińscy esesmani uniknęli deportacji do ZSRS. Szowiniści zionący nienawiścią do polskości nagle przypomnieli sobie, że w przeszłości byli obywatelami Rzeczypospolitej! Jako przyczynę ich ocalenia podaje się też wstawiennictwo generała Władysława Andersa, dowódcy 2. Korpusu Polskiego, który miał ulec perswazji Pawły Szandruka (w międzywojniu ukraińskiego oficera kontraktowego w Wojsku Polskim, co stanął na czele Dywizji „Galizien” w ostatnich dniach II wojny światowej).

Nie wszystkich to przekonuje. Przecież Ukraińców z SS w listopadzie 1939 roku „obdarowano” obywatelstwem sowieckim. Zaś po wojnie alianci zachodni bez skrupułów wydali Stalinowi setki tysięcy ludzi, i to nie tylko obywateli Kraju Rad, ale nawet przedstawicieli „starej” (porewolucyjnej) emigracji rosyjskiej, którzy nigdy obywatelami sowieckimi nie byli! Z kolei realne wpływy polityczne Andersa u aliantów były znikome. Zachód nie naraziłby swych relacji ze Stalinem z powodu opinii jakiegoś polskiego generała.

Jak się wydaje, służby brytyjskie i amerykańskie roztoczyły parasol ochronny nad środowiskami nacjonalistów ukraińskich, ponieważ widziały w nich potencjał do wykorzystania w nadciągającej wielkimi krokami zimnej wojnie. W niedalekiej przyszłości aktywiści obu frakcji OUN stanowić będą trzon ukraińskiej agentury na żołdzie Anglosasów.

 

Pogrobowcy i klakierzy

Na dzisiejszej Ukrainie SS „Galizien” zyskało oddanych czcicieli. Ma swoje ulice w Tarnopolu i Stanisławowie (vulgo Iwano-Frankiwsku). Są pomniki (w tym monument profanujący Cmentarz Łyczakowski opodal miejsca upamiętnienia Orląt Lwowskich), rocznicowe marsze w Kijowie i Lwowie, akademie „ku czci”… W 2022 roku Sąd Najwyższy Ukrainy orzekł, że symbole SS „Hałyczyna” „nie są symbolami nazistowskimi”. Rok wcześniej w Kijowie z honorami państwowymi, w obecności wydelegowanej prezydenckiej kompanii reprezentacyjnej, pochowano weterana Dywizji.

Dopiero w lutym 2026 roku, po wielu latach polskich starań, władze ukraińskie zgodziły się na podjęcie prac poszukiwawczo-ekshumacyjnych w Hucie Pieniackiej. Tamtejszy pomnik ofiar zbrodni był wielokrotnie bezczeszczony. Autorzy ukraińscy, określający się mianem historyków, próbowali przypisać całkowitą odpowiedzialność za rzeź Niemcom, bądź też w ogóle zaprzeczali zbrodni.

Cóż mówić o kulcie morderców za naszą wschodnią granicą, skoro i w naszym kraju mają oni wziętych klakierów. Tu i ówdzie można przeczytać kuriozalne stwierdzenia, że Ukraińcy, którzy w czwartym i piątym roku wojny zaciągali się do SS, „nie zdawali sobie sprawy” ze zbrodniczości tej formacji, albo że wstąpili do niej przez pomyłkę – bo tłumaczyli sobie, niebożęta, skrót SS jako… Strzelcy Siczowi (!).

Próbuje się podkreślać odrębność organizacyjną galicyjskich pułków policyjnych i Dywizji (dlatego ta ostatnia ma nie ponosić odpowiedzialności np. za Hutę Pieniacką). Ale skoro po rozwiązaniu pułków policyjnych ich personel został do Dywizji wcielony, to ludzie byli w znacznej mierze ci sami.

„Dywizja SS 'Galizien’ NIE MIAŁA NIC WSPÓLNEGO Z PACYFIKACJĄ POWSTANIA WARSZAWSKIEGO” – tak właśnie, wielkimi literami, krzyczy tekst jednego z fejsbukowych „znawców”. Chyba jednak miała. W szeregach Kampfgruppe Reinefarth służyła dziesięcioosobowa grupa podoficerów SS „Hałyczyna”; jeden z nich zginął w czasie walk. Zapewne byli i inni – przy esesmanie zabitym podczas boju o Redutę Wawelską znaleziono dokumenty potwierdzające jego przynależność do SS „Galizien”. Wreszcie, jak już wspomniałem, już po Powstaniu do Dywizji „Hałyczyna” włączono Legion Wołyński, „zasłużony” m.in. w Warszawie i Puszczy Kampinoskiej.

Polskojęzyczna Wikipedia poucza: „Również podczas pobytu na Słowacji pojawiają się zarzuty o popełnienie przez 14. Dywizję SS zbrodni wojennych, nie jest to jednak udokumentowane (przypisywane zbrodnie mogą być dziełem innych jednostek). Ukraińcom udowodniono tylko rozstrzelanie kilku osób w Niżnej Boćy”.

Naprawdę? A spalone Smreczany, Kwaczany i Bodina? A zabójstwa cywilów w Plešivej i Radoštce? Tortury w Starej Bystricy? Złupienie Żaru, Kardošovej Vieski, Sádočnégo, Veľkej Bytči? A współpraca na tym obszarze z niemiecką policją bezpieczeństwa, w tym z osławioną Einsatzgruppe H…?

 

Polska krew, polska hańba

We wrześniu 2023 roku w gmachu kanadyjskiej Izby Gmin, w obecności przybyłego z Kijowa prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, uhonorowano byłego żołnierza SS „Galizien” Jarosława Hunkę jako „ukraińsko-kanadyjskiego weterana II wojny światowej, który walczył o ukraińską niepodległość z Rosjanami”. Gdy prasa ujawniła esesmańską przeszłość czcigodnego jubilata, wybuchł skandal.

Pięć miesięcy wcześniej, nad Wisłą, nie było żadnego skandalu, gdy Wołydymyr Zełenski przyjmował najwyższe polskie odznaczenie, Order Orła Białego, w bluzie ozdobionej znanym nam już tryzubem z mieczem – godłem spopularyzowanym przez OUN, potem OUN-M. Zełenskiego oklaskiwali gorliwie politycy, dziennikarze i zwykli Polacy. Dumny niegdyś naród potulnie poddał się narzuconej nam z obcych ambasad patologii serc i umysłów.

Tylko nieliczni zapytywali – za co właściwie Zełenski dostał najważniejszy polski Order?

Ktoś gotów pomyśleć, że odznaczenie wręczono mu za całokształt czynów popełnionych przez ludzi spod znaku tryzuba z mieczem. Za strzały zza węgła przed wojną i w kampanii wrześniowej. Za wyrżnięte polskie wioski. Za Warszawę spaloną z udziałem melnykowskich rezunów. I za tamto dzieciątko z Huty Pieniackiej, zmiażdżone buciorem ukraińskiego esesmana.

„Naród, który stracił pamięć, traci sumienie” – rzekł onegdaj poeta. Krew na rękach mają nie tylko kaci. Również ich klakierzy.

Andrzej Solak

 

 

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie