Dzisiaj

Andrzej Solak: Powstanie trójzaborowe 1846. Sami przeciw wszystkim

(Ilustracja Aleksander Bednarski)

Był to najbardziej szalony z polskich zrywów niepodległościowych. Nasi konspiratorzy zaplanowali bowiem wybuch równoczesnego powstania we wszystkich trzech zaborach.

Na początku 1846 roku w Krakowie odbyła się tajna narada aktywistów i emisariuszy powiązanych z Towarzystwem Demokratycznym Polskim, reprezentujących zarówno emigrację, jak i zniewolone ziemie trzech zaborów. Zapadły ważkie, brzemienne w skutki decyzje. Zebrani uchwalili ni mniej, ni więcej, tylko rozpoczęcie w nocy z 21 na 22 lutego „totalnej wojny” z mocarstwami zaborczymi – z wszystkimi trzema naraz!

Konspiratorzy uznali, że z łatwością uda się im pokonać Prusaków i Austriaków, po czym wkroczą triumfalnie do Kongresówki, aby wesprzeć tam miejscowych insurgentów w równie bezproblemowym rozgromieniu Moskali. Na czym opierali swój optymizm? Toć Austria, Prusy i Rosja mogły wystawić w razie potrzeby po dobre kilkaset tysięcy żołnierzy. Zaledwie piętnaście lat wcześniej zastępom cara musiało ulec dobrze wyszkolone wojsko Królestwa Polskiego; jeszcze wcześniej w starciu z Rosją doznała sromotnej klęski wszecheuropejska, wielusettysięczna Wielka Armia Napoleona.

Wesprzyj nas już teraz!

Teraz zaś demokratyczni aktywiści, wplątujący Polaków w swoją „wojnę totalną”, nie mieli wojska ani nawet kadry oficerskiej i podoficerskiej, podobnie jak broni i pieniędzy na jej zakup. Istniały wprawdzie struktury konspiracyjne – jak jednak owi bezbronni i niewyszkoleni wojskowo ludzie mieli sobie poradzić w boju z regularną armią? We Lwowie, jednym z najsilniejszych bastionów polskiego podziemia, do spisku należało aż… siedmiuset patriotów. Jakim sposobem mieli oni rozgromić tamtejszy siedmiotysięczny garnizon austriacki?
Polaków zgubiła ufna wiara w geniusz ich wodza. Ludwik Mierosławski – bo o nim mowa – lansował się jako wybitny teoretyk i praktyk wojskowości. To on podczas pamiętnej krakowskiej narady przedstawił pomysł trójzaborowego powstania. Widział siebie nie tylko jako wskrzesiciela naszej niepodległości, ale też wodza rewolucji powszechnej, stojącego na czele narodów zmagających się z opresją. Czy posiadał ku temu stosowne kwalifikacje?

Mierosławski z pewnością przeczytał w swym życiu sporo ksiąg z zakresu teorii wojskowości (inna rzecz, ile z nich zrozumiał). Jego ówczesne realne doświadczenie wojenne było jednak znacznie skromniejsze. W pamiętnym roku 1830, jako szesnastolatek, ukończył kaliską szkołę kadetów, zyskując stopień podchorążego w wojsku Królestwa Polskiego. W następnym roku wziął chwalebny udział w wojnie z Rosją, zdobywając Krzyż Virtuti Militari oraz awans na podporucznika. Ocalał z pogromu, choć dla sprawy polskiej byłoby lepiej, gdyby legł wtedy trupem…

Wymazać Polskę

W owym czasie świadoma część narodu cierpiała w porozbiorowej niewoli, jednakże wciąż jeszcze istniały enklawy, które warto było chronić. Oto po Kongresie Wiedeńskim (1815) na mapach wyrosły aż dwa polskie państewka. Oba niesuwerenne, czujnie strzeżone przez sojusz Czarnych Orłów – tym niemniej dające możność przeczekania złych czasów, zebrania sił i środków do walki w stosowniejszej dla nas chwili.
Królestwo Polskie ze stolicą w Warszawie, złączone unią personalną z Rosją, zrazu miało narodowe wojsko, rząd, sejm, urzędy i swobodę wewnętrzną. Wszystko to przepadło po wojnie rozpoczętej powstaniem listopadowym (1830–1831) – po zrywie, w którym Ludwik Mierosławski osobiście uczestniczył i którego smutny finał oglądał na własne oczy.

Jednak wciąż trwała maleńka Rzeczpospolita Krakowska (Wolne, Niepodległe i Ściśle Neutralne Miasto Kraków). Tu nadal rozwijała się nieskrępowana polska myśl i kultura, tutaj znajdowali bezpieczne schronienie uchodźcy i emigranci, tędy przemykali do zaborów emisariusze. A powstanie Mierosławskiego miało objąć również obszar Wolnego Krakowa. W razie klęski, a ta była pewna, z map Europy zniknąłby ostatni autonomiczny skrawek Polski!

Cień Wielkiego Wschodu?

Wydaje się niepojęte, jak Mierosławski, w końcu przecież były oficer z frontowym doświadczeniem, mógł wpaść na tak obłąkańczy pomysł. Czy naprawdę roił o zwycięstwie, o zdruzgotaniu trzech zaborczych mocarstw? Czy nie zdawał sobie sprawy, że ten zryw był z góry skazany na klęskę? Czemu chciał, by na darmo popłynęły potoki polskiej krwi? A może Mierosławski i jego ludzie byli jedynie pionkami w grze? Może otrzymali od kogoś rozkazy, aby podpalić tę część Europy?

Z pewnością przesadą byłoby upatrywanie obcego knucia, podwójnego dna i wielopiętrowych spisków w każdym wydarzeniu historycznym. Wszakże nie oznacza to, że nigdy nie było tajemnych sprężyn popychających bieg dziejów. Toż przed insurekcją kościuszkowską francuscy rewolucjoniści zachęcali Polaków do akcji wojskowej (nie obiecując nic w zamian). Nie jest też tajemnicą, że w roku 1877, podczas wojny rosyjsko-tureckiej, Wielka Brytania oferowała sporą pożyczkę (sic!) naszym emigrantom, gdyby ci zechcieli wywołać powstanie w zaborze rosyjskim (Anglicy chcieli polską krwią zatrzymać rosyjskie regimenty, właśnie wyzwalające chrześcijan na Bałkanach spod muzułmańskiego jarzma. Chwalić Boga, zamysły londyńskich szubrawców spaliły na panewce). A znowuż u zarania XX stulecia wywiad japoński hojnie sypnął groszem socjalistom z PPS za rozpętanie terrorystyczno-dywersyjnej ruchawki w państwie carów.

Jest też prawdą, że po upadku powstania listopadowego nasi emigranci nader chętnie dawali się wykorzystywać służbom wywiadowczym różnych mocarstw, angażowali się w działalność obcych ruchów rewolucyjnych, dość licznie wstępowali do związków karbonarskich i lóż masońskich. O ich aktywności lożowej wiadomo niewiele, jednakże wolnomularstwo było i jest strukturą zhierarchizowaną. To dlatego w przypadku polityków-masonów niekiedy trudno dociec, czy swoje decyzje podejmowali suwerennie, czy może na zlecenie ukrytych w cieniu „mistrzów”.

Do zachodnioeuropejskiej masonerii należeli Józef Zaliwski i Artur Zawisza, kierujący próbą wywołania antyrosyjskiego powstania w roku 1833 (także skazaną na klęskę). W wolnomularstwie udzielał się pułkownik Ludwik Oborski – uczestnik rewolucyjnych wystąpień w szeregu państw europejskich, bliski współpracownik… Ludwika Mierosławskiego. Sam Mierosławski także zasilił swą osobą szeregi „braci fartuszkowych”: należał do loży Persévérance-Espérance Wielkiego Wschodu Francji, nieodmiennie dyszącego nienawiścią do Kościoła katolickiego.

W sprawie powstania trójzaborowego wypada jednak powiedzieć uczciwie: póki co, twardych dowodów na obcą inspirację nie odnaleziono. Ale choćby takowe się pojawiły, nie zdejmuje to odpowiedzialności z uczestników krakowskiej narady. Planowanie akcji wojskowej to nauka ścisła. Tajemnicą sukcesu jest właściwe oszacowanie własnych sił, następnie zestawienie ich z siłami przeciwnika, wreszcie określenie możliwych do osiągnięcia celów. W przeciwnym razie akcja zamienia się w najlepszym wypadku w kompromitującą błazenadę, w najgorszym zaś – w krwawą, jednostronną masakrę, opiewaną potem jako „zwycięstwo moralne” przez chóry zawodowych płaczek.

Zebrani w Krakowie demokraci, wychowani na poezji egzaltowanych romantycznych wieszczów, mierzyli siły na zamiary, ignorując miażdżącą dysproporcję potencjałów obu stron. Podejmowali decyzje w kwestiach wojennego rzemiosła, o którym nie mieli bladego pojęcia, beztrosko szafując krwią, jaka miała wkrótce popłynąć.

Ręce za lud walczące…

Powstanie wybuchło i zakończyło się szybko, po kilkunastu dniach – tak, jak skończyć się musiało. Nim jeszcze padły pierwsze strzały, w zaborze pruskim policja aresztowała Mierosławskiego. „Genialny strateg” miał przy sobie dokładne plany powstania, mapy i listę nazwisk dowódców organizacji… Aresztowania rozgromiły tamtejsze sprzysiężenie. Wprawdzie w Poznańskiem zebrało się parę grupek powstańców, ale na ogół rozeszły się one bez walki. Na Moście Chwaliszewskim insurgenci rozpierzchli się po salwie Prusaków, pozostawiając posiekane kulami ciała trzech towarzyszy.

W zaborze rosyjskim Pantaleon Potocki z kilkunastoma zuchami próbował szturmować Siedlce. Odparci, salwowali się ucieczką. Potockiego pochwycili i wydali Rosjanom polscy chłopi. Nieszczęśnik zawisł na szubienicy.

Największe, choć i tak skromne rozmiary przybrała insurekcja antyaustriacka. Polakom udało się nawet wyzwolić na krótko kilka miejscowości, choć zaborca błyskawicznie przeszedł do kontrataku. Całkowicie skompromitowała się agitacja demokratów wśród ludności wiejskiej, odwołująca się do antykościelnej demagogii. Jeśli gdzieś chłop zechciał przyłączyć się do powstania, to czynił tak za namową patriotycznie nastawionych księży, jak w przypadku szturmu na Sanok czy głośnego poruseństwa chochołowskiego (wystąpienia górali z Chochołowa, Cichego, Dzianisza i Witowa).

Z pozyskaniem przynajmniej części ludu nie mieli za to kłopotów Austriacy. Już od dłuższego czasu zaborcza administracja podsycała konflikty między szlachtą a włościanami, chętnie wspierając lokalnych chłopskich liderów w typie Jakuba Szeli ze Smarżowej. Szczególnie złowrogą rolę odegrał tu starosta tarnowski Joseph Breinl, posiłkowany przez prawdziwą międzynarodówkę łotrów. Gdy tylko na horyzoncie pojawiła się groźba insurekcji, Breinl i jego zausznicy zwołali na naradę do Tarnowa siedemdziesięciu chłopskich liderów. Jeszcze tego samego dnia chłopskie watahy zaczęły atakować szlacheckie dwory, dopuszczając się szokujących okrucieństw.

Galicyjska rabacja (z niemieckiego rauben – „rabować”) rychło rozlała się z obwodu tarnowskiego na bocheński, jasielski, wadowicki i sanocki. Ogółem doszło do 470 ataków na dwory, także na liczne kościoły, klasztory i plebanie, przy czym zginęło co najmniej 1100 osób. Krążyły słuchy o nagrodach wypłacanych przez austriackich urzędników za każdego szlacheckiego trupa dostarczonego do urzędu; starosta Breinl zaprzeczał temu, choć przyznał, że rozdał chłopom 4000 florenów za wierność cesarzowi.

Ręce za lud walczące, sam lud poobcina – napisał niegdyś wieszcz Adam.

Tymczasem w Wolnym Krakowie wyszedł z ukrycia powstańczy Rząd Narodowy, co powitali z entuzjazmem mieszkańcy grodu. Do zorganizowanego naprędce wojska zgłosiło się zaraz 6000 ochotników, choć ledwie dla jednej trzeciej starczyło karabinów czy choćby kos. Zorganizowana następnie kilkusetosobowa wyprawa w stronę Bochni skończyła się szybko sromotną klęską pod Gdowem. Zestawienie poniesionych tam strat było porażające: po naszej stronie 154 zabitych i 59 wziętych do niewoli; po stronie przeciwnika – jeden oficerski koń skaleczony w kolano…

Władze austriackie, spacyfikowawszy Galicję, skierowały na Kraków aż 55 000 żołnierzy. Pokaźne siły gromadziła też na granicy Rosja. W tej sytuacji 3 marca władze powstańcze chyłkiem podążyły ku granicy pruskiej. Kraków padł bez walki.

Proroctwo mistrza Jana

W listopadzie 1846 roku Rzeczpospolita Krakowska oficjalnie przestała istnieć. Jej ziemie zagarnęła Austria. Zniesiono ostatni skrawek polskiej autonomii. Rozgromione zostały struktury konspiracyjne w trzech zaborach, które mogłyby być wykorzystane z pożytkiem dla Polski w momencie korzystnej koniunktury międzynarodowej. Klęska była niejako powtórką z doświadczeń powstania listopadowego.
W tym kontekście interesujące były dalsze losy pomysłodawcy trójzaborowej insurekcji. Mierosławski odsiedział dwa lata w pruskim więzieniu. Potem powrócił do gry, wielbiony przez europejskich rewolucjonistów. Dowodził, jak zwykle fatalnie, w kilku wojnach i powstaniach, wytrwale prowadząc swych podkomendnych od klęski do klęski. Po raz ostatni próbował zabłysnąć na polu walki w naszym powstaniu styczniowym (1863), którego ogłosił się dyktatorem (już po tygodniu, po stoczeniu zaledwie dwóch potyczek z Rosjanami, obu przegranych, uciekł do zaboru pruskiego).

* * *

Kilka stuleci wcześniej Jan Kochanowski, rozeźlony niefrasobliwością rodaków w kwestiach militarnych oraz niewyciąganiem przez nich wniosków z poniesionych klęsk, skomentował rzecz zgryźliwie:

Cieszy mię ten rym: „Polak mądr po szkodzie”,
Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,
Nową przypowieść Polak sobie kupi,
Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

Mistrz z Czarnolasu był nie tylko uznanym poetą, ale i przenikliwym komentatorem życia społecznego. Powyższa jego sentencja zachowała swą aktualność do dziś.

Andrzej Solak

Tekst ukazał się w magazynie „Polonia Christiana” – numer 108 (styczeń-luty 2026)

Kliknij TUTAJ i zamów pismo

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(1)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie