Dzisiaj

Andrzej Solak: Spisek przeciwko Templum w piątek trzynastego

Rycerze Zakonu Templariuszy przez blisko dwa wieki stawali w obronie cywilizacji chrześcijańskiej. Nie mogli przypuszczać, że we Francji, będącej ojczyzną wielkiej części krzyżowców oraz głównym zapleczem Zakonu, zawiązany zostanie przeciw nim zdradziecki spisek.

Milites Christi

Wspólnota templariuszy powstała w Jerozolimie około 1118 roku. Przybyły tam z Szampanii rycerz Hugo z Payens powołał wraz z ośmioma towarzyszami bractwo wojskowo-religijne pod nazwą Ubodzy Rycerze Chrystusa. Złożyli razem przed patriarchą Jerozolimy śluby ubóstwa, czystości, posłuszeństwa i walki za wiarę, zobowiązując się do ochrony pielgrzymów przed atakami band muzułmańskich. Dwa lata później król Jerozolimy Baldwin II wyznaczył im na siedzibę skrzydło swego pałacu, przylegające do kościoła wzniesionego w miejscu dawnej świątyni Salomona (templum Salomonis). Dlatego też stali się wkrótce znani jako militia templi (rycerze Świątyni), bądź templarii (templariusze), choć im samym najbliższe było miano: milites Christi (rycerze Chrystusowi). W roku 1129 synod w Troyes zatwierdził regułę templariuszy, określającą ich powinności i zasady działania. Ubodzy Rycerze Chrystusa i Świątyni Salomona zostali oficjalnie uznani za zakon rycerski, oparty na regule cysterskiej.

Wesprzyj nas już teraz!

Zasiew

Kandydaci do Zakonu przechodzili wielomiesięczny okres próbny, ćwicząc się nie tylko w wojaczce, ale i pogłębiając swą duchowość, w pokorze i żelaznej dyscyplinie. Rezultaty szkolenia były nadzwyczajne. Karne zastępy templariuszy (oraz innych wspólnot zakonnych) stały się elitą wojsk chrześcijańskich, rzucaną na najbardziej zagrożone odcinki frontu. Podczas bitew zwykli uderzać w pierwszym szeregu, zaś wycofywali się jako ostatni. Mawiali: „Męczeństwo jest jedyną chwałą, jaką możemy zyskać jako ludzkie stworzenia”.

Cała Ziemia Święta była obficie zroszona ich krwią. Podczas pogromu u źródeł Cresson z oddziału 90 templariuszy ledwie trzech uszło cało. Pod La Forbie poległo 636 rycerzy Templum oraz służących im turkopoli; ocalało ledwie 33 ludzi Zakonu. Pod Darbessac z szeregów wspólnoty ubyło 400 rycerzy i kuszników. W Al-Mansurze z oddziału 290 wojów uratowało się ledwie pięciu. Były też i wiekopomne zwycięstwa, także opłacone obfitą daniną krwi.

Rycerze Świątyni ginęli też jako jeńcy, jak pod Hattin, gdzie sułtan Saladyn kazał zgładzić 230 pojmanych templariuszy i szpitalników. Władca świata islamu dał im szansę – obiecał darowanie życia w zamian za przejście na islam. Mimo bestialskich tortur ani jeden z rycerzy-mnichów nie załamał się, wszyscy ustrzegli wiary, w chwale odchodząc do swego Pana.

Nie inaczej było, gdy sułtan mameluków Bajbars zdobył twierdzę templariuszy Safed na wyżynie galilejskiej. I on zaproponował jeńcom ocalenie w zamian za wyrzeczenie się wiary. Odmówili, więc czekała ich kaźń. Postawa męczenników, modlących się do końca, wywarła ogromne wrażenie na bisurmanach. Pohańcy przekazywali sobie potem opowieść o pewnym templariuszu, który podchodząc do katowskiego pnia śpiewał potężnym głosem antyfonę Salve Regina. Powiadali, że kiedy już opadło ostrze, gdy odcięta głowa mnicha potoczyła się po ziemi, śpiew nie umilkł; usta męczennika dokończyły pieśń…

Tak umierali templariusze.

Imperium ubogich

Zakon Świątyni cieszył się licznymi przywilejami, nadanymi mu przez papieży. Nie podlegał władzom świeckim ani lokalnym biskupom, a jedynie bezpośrednio papiestwu. Jego ofiarność na polu obrony chrześcijaństwa zaowocowała licznymi darowiznami i nadaniami.

Rychło Zakon stał się prawdziwą potęgą finansową. Dysponował wieloma posiadłościami we Francji, Anglii, Hiszpanii, Portugalii, Niemczech, Italii i na Węgrzech, także na ziemiach polskich. Templariusze posiadali flotę handlową, która obsługiwała szlaki żeglugowe na Morzu Śródziemnym. Prawdziwą sławę zyskali jako bankierzy, ciesząc się doskonałą reputacją. Templum wyprzedziło tu swoją epokę, tworząc ponadpaństwową sieć bankierską w Europie i na Bliskim Wschodzie. Korzystający z jej usług, po wpłaceniu pieniędzy w najbliższej komandorii zakonu, mogli je odzyskać nawet w odległym kraju, po okazaniu stosownego certyfikatu. Solidność mnichów w prowadzeniu interesów skutkowała zaufaniem klientów. Wielcy feudałowie chętnie deponowali u zakonników swe oszczędności i zaciągali pożyczki. Nawet monarchowie powierzali im administrowanie finansami swych państw.

Solidne zaplecze pozwalało pokrywać koszty zasadniczych dzieł Zakonu, w tym jego aktywności militarnej. Ogromne sumy pochłaniały zakupy uzbrojenia, wyposażenia i prowiantu dla wojska, werbunek żołnierzy, wreszcie kampanie wojenne. Wojaczka nigdy nie była zajęciem tanim.

Z bogactwem Zakonu kontrastowało skromne życie jego braci. Na ich utrzymanie przeznaczano jedynie drobną cząstkę dochodów. Na samą budowę zamków i innych fortyfikacji wydawano dwudziestokrotnie więcej. Templariusze nie posiadali własności prywatnej, nawet ich odzienie należało do wspólnoty. Symbolem ich ubóstwa była pieczęć Templum przedstawiająca dwóch rycerzy dosiadających wspólnie jednego wierzchowca.

Grzechy główne

Przez szeregi Zakonu przewinęły się dziesiątki tysięcy mężczyzn. Byli to ludzie z krwi i kości, obdarzeni tak zaletami, jak i niedoskonałościami. Łamiących przyjęte zasady postępowania czekały kary – od stosunkowo łagodnych, jak określona ilość dni postu, poprzez chłostę, okresową utratę prawa do noszenia płaszcza, uwięzienie aż po nieodwołalne wykluczenie ze wspólnoty. Szczególnie srogie represje groziły m.in. za zabójstwo, rabunek, tchórzostwo na polu bitwy, herezję, zdradę, wreszcie za szczególnie odrażający grzech, „sprośny i cuchnący” – sodomię.

Źródła ujawniają, że we wspólnocie od czasu do czasu zdarzali się osobnicy dopuszczający się ciężkich przewin, w tym także grzechów przeciw naturze, jednakowoż po ujawnieniu niegodziwości sprawcy byli surowo karani. Gdy w jerozolimskim Zamku Pielgrzyma pochwycono trzech braci dopuszczających się homoseksualizmu, zostali oni uwięzieni, odarci z odzienia i „zakuci w srogie żelazo”. Jednemu z sodomitów udało się zbiec do Saracenów, drugiego ubito podczas próby ucieczki, trzeci spędził w więziennej celi wiele lat.

Przywileje Zakonu były solą w oku wielu możnowładców, a nawet lokalnych władz kościelnych. Mnisi okazali się nadzwyczaj skuteczni zarówno na polu finansowym, jak i militarnym. Jako prawdziwym ludziom sukcesu towarzyszył im nie tylko podziw ogółu, ale i podszyta zawiścią niechęć nieudaczników.

Niepiękne rządy Filipa Pięknego

W pierwszych latach XIV stulecia we Francji narastał kryzys finansowy. Panujący od 1285 r. król Filip IV Piękny doprowadził swój kraj na skraj bankructwa. Władca miał nieskomplikowany pomysł na napełnianie skarbca, łupiąc kolejne grupy poddanych. Wysokie podatki oraz przymusowe „pożyczki” zrujnowały szlachtę i mieszczaństwo.

Filip Piękny nie zawracał sobie głowy moralnością i zwykł iść do celu dosłownie po trupach. Pomagał mu w tym dziele jego doradca, Wilhelm de Nogaret, prawdziwy „cyngiel” specjalizujący się w „brudnej robocie”. Gdy papież Bonifacy VIII postanowił uniezależnić Stolicę Apostolską od uciążliwej „opieki” francuskich monarchów, Filip Piękny natychmiast „uruchomił” swego zausznika. Wilhelm de Nogaret publicznie oskarżył Ojca Świętego o herezję, bałwochwalstwo, kontakty z diabłem, biseksualizm, pedofilię, nadużycia finansowe, a nawet o zamordowanie swego poprzednika, św. Celestyna V. Następnie de Nogaret udał się z bandą siepaczy do Rzymu, uwięził Bonifacego i maltretował go przez dwie doby. Namiestnik Chrystusa pod wpływem doznanego wstrząsu popadł w chorobę i po miesiącu oddał ducha (1303).

Następca Bonifacego, Benedykt XI, ekskomunikował królewskiego doradcę. Miesiąc później papież zmarł nagle po spożyciu świeżych fig. Oficjalną przyczyną zgonu była dyzenteria, choć powszechnie szeptano o otruciu. Kolejny biskup Rzymu, Klemens V, nauczył się już starannego dobierania słów, a władca Francji nieustannie przypominał mu o smutnym losie poprzedników na Piotrowym tronie.

Łupigrosz i wierzyciele

Filip Piękny był zadłużony także u templariuszy. Zawdzięczał im nie tylko pieniądze, ale i życie. Podczas zamieszek w Paryżu król, pierzchając sromotnie przed zbuntowanym ludem, znalazł schronienie w miejscowej siedzibie rycerzy Świątyni.

Wcześniej władca wielokrotnie wynosił pod niebiosa pobożność, miłosierdzie, hojność i męstwo rycerzy-mnichów. Ojcem chrzestnym jego syna był mistrz Zakonu, Jakub de Molay. Templariusze zapewne zdawali sobie sprawę z faktu, że dla Filipa honor i uczciwość to niepojęte abstrakcje. Z pewnością jednak nie przeczuwali tego, co miało nastąpić.

Latem 1307 roku papież Klemens V wezwał do siebie mistrza Jakuba de Molay, aby przekazać mu rewelacje zasłyszane od Filipa Pięknego. Oto monarcha poinformował go o satanistycznych rytuałach odprawianych jakoby w siedzibach Zakonu oraz o panoszącej się tam rzekomo sodomii.

Jeżeli król Filip spodziewał się, że zwierzchnik Templum w obliczu tak niesłychanych oskarżeń uniesie się honorem i urażoną ambicją, odmawiając współpracy i dając tym samym królewskim siepaczom pretekst do podjęcia działań, to zawiódł się srodze. Mistrz Jakub de Molay potraktował sprawę poważnie, prosząc papieża, by przeprowadził w tej sprawie śledztwo. Najwyraźniej zwierzchnik Templum był pewny swoich ludzi, ale pragnął też obiektywnie zweryfikować prawdziwość oskarżeń.

Jednakże Filipowi Pięknemu nie chodziło o ujawnienie prawdy i uzdrowienie Zakonu w razie wykrycia ewentualnych uchybień. Chciał zniszczenia wspólnoty, aby zagarnąć jej legendarne bogactwa.

Atak

13 października 1307 roku oddziały królewskie wkroczyły do siedzib templariuszy na terenie Francji, dokonując aresztowań niemal wszystkich braci. Nie napotkano oporu. Rycerze Świątyni nie chcieli wznosić mieczy przeciw chrześcijanom.

Ruszyła oszczercza kampania propagandowa, którą nadzorował znany nam już Wilhelm de Nogaret. Królewski zausznik odkurzył te same oskarżenia, jakie cztery lata wcześniej wytoczono przeciw papieżowi Bonifacemu. Templariusze mieli więc być winni herezji, czarów i uprawiania bluźnierczych obrzędów; knuć wespół z Saracenami, czcić bożka zwanego Baphometem i na domiar wszystkiego uprawiać sodomię. Oskarżyciele zadbali o przedstawienie wynajętych świadków, wśród których byli dawni templariusze, ongiś wyrzuceni ze wspólnoty za morderstwa, homoseksualizm i inne czyny hańbiące.

Część aresztowanych uparcie zaprzeczała zarzutom. Inni zaczęli przyznawać się do rozmaitych przewinień, co nie dziwi w świetle zastosowanych metod śledczych. W samym tylko Paryżu podczas przesłuchań zamęczono na śmierć 36 templariuszy, to jest co czwartego z uwięzionych w tym mieście. W przyszłości brat Bernard de Vado zezna przed wysłannikami papieża: Tak bardzo mnie torturowano, tak długo trzymano przed płonącym ogniem, że spaliło się ciało na piętach, a dwie kości, które wam teraz pokazuję, odpadły ze stóp…”.

Brat Aimery de Villiers de Duc relacjonował szczerze: Przyznałem się do pewnych rzeczy z powodu torturowania mnie […] Wczoraj, widząc pięćdziesięciu czterech braci wiezionych wozami na stos, gdyż nie przyznali się do przypisywanych nam zbrodni, pomyślałem, że nie wytrzymałbym strachu przed ogniem. Wiem w głębi duszy, że przyznałbym się do wszystkiego; przyznałbym się do zabicia Boga, gdyby mnie o to pytali”.

Zdradzeni

Papież Klemens V zrazu usiłował ratować oskarżonych. Przypomniał, że zakonnicy podlegają jurysdykcji kościelnej. Król w odpowiedzi zmusił go do opuszczenia Rzymu i przeniesienia siedziby do Awinionu, gdzie Ojciec Święty mógł być łatwiej kontrolowany. Był to początek „niewoli awiniońskiej papiestwa”, która miała potrwać aż 68 lat.

Filip Piękny próbując uprawomocnić swe działania odwołał się do opinii wykładowców Uniwersytetu Paryskiego, którzy wszakże uznali jurysdykcję kościelną w sprawie templariuszy. Potem monarcha zwołał Stany Generalne – podczas obrad posłuszni mu „reprezentanci poddanych” uroczyście potępili rycerzy Świątyni i Ojca Świętego, w stylu będącym potem natchnieniem dla XX-wiecznych tyranów marksistowskich.

Klemens V w końcu skapitulował. Wystosował żądanie do władców chrześcijańskich, by aresztowali przebywających w ich krajach templariuszy. Tymczasem w Europie oskarżenia wobec Zakonu przyjęto z niedowierzaniem. Nigdzie poza Francją nie znaleziono dowodów na winę Templum. Zresztą i nad Sekwaną brak było materialnych dowodów, wyroki opierały się na pomówieniach i świadectwach wymuszonych torturami. A represje wobec templariuszy, którzy odwołali swe zeznania i ujawnili zastosowane metody śledcze, były straszne. W maju 1310 roku pod Paryżem odbyła się wielka kaźń 54 rycerzy Świątyni, wspomniana wyżej przez brata Aimery’ego. W następnych dniach uśmiercono kolejnych 13 braci. Skazani spłonęli na stosach, dając przykład wielkiej odwagi, wołając wielkim głosem do zgromadzonych tłumów, że skazano ich niesprawiedliwie.

Ojciec Święty, widząc, że uczciwy proces templariuszy jest niemożliwy, przeprowadził kasatę Zakonu (1312). Odmówił jednak uznania rycerzy Świątyni za heretyków. Dobra wspólnoty przekazał szpitalnikom.

Filip Piękny nie zagarnął majątku Templum, co było przecież celem całej afery. Rozwścieczony, postanowił wywrzeć zemstę na uwięzionych dostojnikach Świątyni. Mistrz de Molay i kolejnych 37 braci zostało skazanych na śmierć na stosie. Papież Klemens, który do tej pory podejmował nieśmiałe działania dyplomatyczne w obronie prześladowanych, teraz zawiódł. Zabrakło mu odwagi, by stanąć u boku swych obrońców.

Sztuka umierania

Na przestrzeni dwóch wieków aż dwadzieścia tysięcy templariuszy dostąpiło zaszczytu męczeńskiej śmierci, na polach bitew lub w miejscach kaźni. Przykład poświęcenia szedł z samej góry. Przywódcy Zakonu nie zwykli chować się za plecami podwładnych.

Ongiś w Ziemi Świętej, w bitwie pod Mesafat sułtan Saladyn wziął do niewoli mistrza Odona de Saint-Amand.

– Jaki okup możesz mi ofiarować? – zagaił władca świata islamu. Zwierzchnik Templum nie był nastawiony polubownie.

– Tylko mój pas i puginał! – stwierdził chłodno.

Saladyn nie darował mu tego. Już po roku jeniec zmarł w damasceńskim lochu.

Gdy w pamiętnym 1291 roku muzułmanie uderzyli na Akkę, obroną miasta kierował mistrz Świątyni Wilhelm de Beaujeu. Przewaga wroga była ogromna, wynik starcia z góry przesądzony, ale mistrz uczynił, co do niego należało. Kiedy pękły szańce obrony, a barbarzyńcy wdarli się do miasta, Wilhelm dobył miecza i stanął w szeregu swych wojów, by polec wraz z nimi. W okolicach Bramy Św. Antoniego dosięgnął go wraży pocisk. Mistrz Wilhelm zginął wraz z powierzonym jego opiece miastem.

***

18 marca 1314 roku pożegnał nasz padół łez ostatni zwierzchnik Zakonu Świątyni, Jakub de Molay. Wraz z 37 braćmi został przewieziony na Wyspę Trzcin na Sekwanie, gdzie z rozkazu króla spalono ich żywcem.

Jakub szedł na śmierć odważnie. Legenda głosi, że gdy buchnęły płomienie, miał zakrzyknąć, że nie minie rok, a spotka się z papieżem i królem na sądzie Bożym. Istotnie, już po kilku miesiącach Klemensa i Filipa nie było wśród żywych.

Czy istotnie tak wyglądały ostatnie chwile mistrza Jakuba? Są relacje kronikarzy, które przekazują nam inną wersję dramatu. Jakub nie miotał przekleństw. W ostatnim słowie raz jeszcze zaprotestował przeciw oskarżeniom Zakonu i zaświadczył o niewinności swych podwładnych. Potem, jak relacjonowali świadkowie, wstąpił na stos i zajął miejsce przy palu z uśmiechem na ustach. Kiedy rozgorzał ogień, skazani zwrócili twarze w stronę katedry Notre-Dame i jęli wspólnie odmawiać modlitwę ku czci Matki Bożej.

Tak umierali templariusze.

Andrzej Solak

 

 

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie