Barbarzyńcy u władz

Barbarzyńcy u bram” to powieść – rachunek sumienia. Pisarz sportretował III RP nie w jej aspekcie politycznym, socjologicznym ani nawet kulturowym. Srokowski dotyka najgłębszego, duchowego wymiaru rzeczywistości naszych czasów.
„Drogi mi Platon, drogi Sokrates, ale jeszcze droższa prawda.” – Ta myśl Arystotelesa otwiera najnowszą książkę Stanisława Srokowskiego. Uzupełnieniem motta „Barbarzyńców u bram” jest zdanie wypowiedziane przez Konfucjusza: „Kto trzęsie drzewem prawdy, temu padają na głowę obelgi i nienawiść”.
Książka Srokowskiego to portret III RP. Nielukrowany. Nie ograniczony do opisania „procesów modernizacji”, „tego, co się nam udało, ale także tego, co jeszcze przed nami” ani nawet niebędący wspomnieniami z życia dawnej opozycji zakończonymi uciszającą sumienie konkluzją „może nie wszystko jest takie, jak sobie to wyobrażaliśmy, no ale wywalczyliśmy jednak wolność.” Nic z tego. „Barbarzyńcy u bram” to powieść – rachunek sumienia. Pisarz sportretował III RP nie w jej aspekcie politycznym (choć akcja toczy się w konkretnych realiach, a czytelnikowi zapewne nietrudno będzie rozszyfrować, kim jest premier rządu zwany Rudym Lisem, bądź były prezydent Wrocławia, Rój), socjologicznym ani nawet kulturowym. Srokowski dotyka najgłębszego, duchowego wymiaru rzeczywistości naszych czasów.
„Barbarzyńcy u bram” to powieść mająca bohatera zbiorowego. Sportretowany tu został tak zwany Lud Boży - biedny, obdarty, chory, często pijany i bardzo nieszczęśliwy. Włóczy się po Wrocławiu, śpi gdzie popadnie, kombinuje, skąd wziąć pieniądze na wódkę, a przy tym toczy długie rozmowy. Te właśnie rozmowy uwiecznia na kartach powieści autor. Kiedy im się przysłuchamy, szybko dojdziemy do wniosku, że mamy do czynienia z elitą – duchową, intelektualną i moralną. Tu nie ma dyskusji na tematy nieistotne, nie ma też gry pozorów.
Lud Boży to dawna opozycja antykomunistyczna – artyści, drukarze z podziemnych wydawnictw, przedstawiciele starych rodów kresowych, filozofowie. Ci, o których wszyscy – a zwłaszcza ich „dobrze urządzeni” dawni koledzy z podziemia – chcieliby zapomnieć. Ci, z których „młodzi wykształceni mieszkańcy dużych miast” rżą z pogardą albo od których odwracają wzrok z obrzydzeniem, są jedynymi, którzy opisują rzeczywistość w jej prawdziwym kształcie. I jedynymi, którzy zachowują godność – bo żyją prawdą i prawdy szukają. Nie dali sobie odebrać słowa honor ani nie nauczyli się nazywać zdrady „mądrością etapu”. Są dzięki temu wolni, a zarazem dla wielu niewygodni. Kolba, Poeta, Młot, Lenin, Marchewka to postaci podobne do tych, o których Kaczmarski pisał w wierszu „Włóczędzy”: „My dzieci wolności, bezdomne my psy.”
Obok nich – przerażająco samotnych – mamy portrety przedstawicieli Polski radosnej, zdrowej, rumianej, umiejącej żyć „tu i teraz” i optymistycznie patrzącej w przyszłość. Znajdziemy tutaj dawnych działaczy podziemia zbratanych dziś z niegdysiejszymi działaczami komunistycznymi, redaktorów na usługach każdej władzy, urzędników państwowych gromadzących się w Ratuszu na uroczystych posiedzeniach, gdzie – znów cytując Kaczmarskiego – „racją bytu jest bezkarne – my!”. Srokowski opisuje rzeczywistość ostro, ale i z ironią. Celnie portretuje organizowane przez władze akademie ku czci własnej, podczas których ustalane są nowe normy językowe, bez „słów, które dzielą” – takich jak Ojczyzna, Kresy czy naród. W ich miejsce pojawiają się odmieniane przez wszystkie przypadki hasła – klucze: „obywatelski” i „europejski”.
– „Obywatele i obywatelki! Te słowa nie dzielą, a łączą. Rozumiecie? – Rozumiemy! – odkrzyknęły elity.” Trudno nie dostrzec analogii ze słynnym „Pomożecie? – Pomożemy!”. Analogię zauważymy także na głębszym poziomie – zmiany języka. Jak zauważa Srokowski, barbarzyńcy każdych czasów zaczynają zmianę rzeczywistości od modyfikacji na gruncie pojęciowym.
„Barbarzyńcy u bram” to książka, która oddaje hołd prawdziwym bohaterom, tym, na których plecach dzisiejsi ministrowie i działacze kultury zrobili kariery. Książka Srokowskiego zapewne będzie przez wielu omijana – tak jak przez dawnych kolegów omijani są jej bohaterowie. Tych jednak, którzy będą mieli odwagę po nią sięgnąć, zaprosi na prawdziwą ucztę duchową, poprowadzi w fascynującą podróż po świecie trudnym, ale pełnym piękna, świecie, który zakorzenia się w wieczności, ku niej zmierza i wie – bądź przeczuwa – że to właśnie ona jest prawdziwą rzeczywistością. „Barbarzyńcy u bram” to także książka o wielkości i dojrzałości – o tym, za czym wielu tęskni, ale do czego niewielu ma odwagę dążyć.
Udanym zabiegiem pisarza stały się dowcipne nawiązania do „Mistrza i Małgorzaty”. Kot, kogut i świeczka to postacie o niewyparzonych językach, nie mające pojęcia o regułach poprawności politycznej. Zjawiają się nieproszone na spotkaniach przedstawicieli partii „Kariera i Sukces”, nawiedzają partyjnych dygnitarzy nawet w ich domach i bez ogródek wymieniają ich łgarstwa i krętactwa. Podobnie jak w powieści Bułhakowa, także i tutaj osobliwe widziadła niejednego doprowadzą do obłędu… Postaci te odgrywają rolę zwierciadeł, w których odbija się prawda o rzeczywistości. Stają się głosem sumienia. Wątek sztuki jako katharsis zaznacza się zresztą w „Barbarzyńcach” bardzo wyraźnie. Ważną postacią, wokół której rozgrywa się kilka powieściowych wątków jest Hucuł – malarz ze Lwowa osiedlający się we Wrocławiu. Tworzy on dzieła dzięki którym ludzie odkrywają prawdę o sobie, dostają szansę zmiany swojego życia, ale zarazem staczają się w mroki szaleństwa jeśli z tej szansy nie skorzystają.
Powieść Srokowskiego opisująca polską rzeczywistość bez upiększania i znieczulenia stanowi raczej gorzką lekturę. Nie brakuje w niej jednak humoru - specyficznego, zabarwionego absurdem i goryczą, kojarzącego się z czasami PRL. Dialog poety, którego nie stać na obiad z kucharką jest zarazem pełen wdzięku, jak i bardzo smutny: - Chcesz pan kurczaka, panie January? (…) – Za ile, pani Jasiu? (…) – Za siedemnaście anafor i siedem wielkich hiperboli – ze znawstwem odpowiadała kucharka, z wykształcenia polonistka, która zrezygnowała ze szkoły na rzecz kuchni w hotelu „Monopol”, bo znacznie więcej tutaj zarabiała niż na belferskiej pensji.
Wątkiem mocno zaznaczonym także w innych powieściach Srokowskiego jest przekonanie o jedności przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, o współistnieniu tych wymiarów. - Pełno wokół nas duchów, Wasyl. Już stadami nas nawiedzają. Z Kresów nadchodzą, bracie, z ciemnej krwi, z mroków rozpaczy i padołów łez, wyłaniają się z wojen, rzezi i ludobójstwa. I już nas nie opuszczą nigdy, bracie… - mówi Poeta. Przeszłość nigdy nie odchodzi, a to, co stanie się w przyszłości, poznajemy za pomocą przeczucia: - Człowiek nigdy nie jest sam. Zawsze znajdzie się ktoś, kto jest z nami. To nieważne, kiedy, teraz, czy za wiek. Ale zawsze ktoś taki się znajdzie – powie w innym miejscu Kolba.
„Barbarzyńcy u bram” to także książka o tym, że wszystko, co kiedykolwiek się zdarzyło, istnieje już na zawsze. O nieśmiertelności prawdy przypominają znane nam już symboliczne widziadła – duchy? Alegorie? Ich obecność jest krzepiąca dla ludzi prawych. Ci jednak, których nieczyste intencje wyciągane są na światło dzienne, próbują przed nimi uciekać:
- Jesteś nielegalny! Unieważniam cię! Prawda jest wieloznaczna! Nie ma jednej prawdy! – krzyczy redaktor Mulat do ukazujących mu się raz po raz widziadeł, po czym zaczyna się jąkać. Głos widziadeł pozostaje jednak niewzruszony: - Prawdy, tchórzu nie zabijesz. (…) Polska jest i pozostanie Polską na zawsze – odpowiada tajemnicza postać.
Agnieszka Żurek
{galeria}






