Dzisiaj

Betlejem: odwołane pielgrzymki, opustoszałe ulice, brak pracy

(Betlejem, 3 kwietnia 2026 r. Protest przeciwko uchwaleniu przez Izrael ustawy o karze śmierci dla palestyńskich więźniów. Fot. AA/ABACA / Abaca Press / Forum)

Kruche ożywienie gospodarcze, które nastąpiło po zawieszeniu broni, zostało zniweczone przez kolejną wojnę. Ulice Betlejem są opustoszałe, a hotele i sklepy pozamykane z powodu braku turystów i pielgrzymów. To bardzo odczuwalny brak, gdyż od nich zależy 70 procent gospodarki miasta narodzin Jezusa, straty wynoszą 2,5 miliona dolarów dziennie.

 

– Panuje poczucie beznadziei i ogromny strach przed przyszłością – mówi Hassan, mający sklep z lokalnym rękodziełem nieopodal Bazyliki Narodzenia. – W ciągu ostatniego miesiąca miałem jednego klienta – wyznaje sklepikarz. Mimo braku turystów każdego ranka otwiera swój sklep, bo bez tego, jak mówi, nie miałby siły żyć. – Odkąd zaczęła się wojna z Iranem, poświęcam się sprzątaniu. Czasu nie brakuje. W całym sklepie nie ma odrobiny kurzu – opowiada Hassan. – Już wcześniej – po 7 października 2023 roku – miałem klienta co dwa dni, teraz mam jednego na miesiąc, jeśli się uda. Mężczyzna wyznaje, że choć nie ma złudzeń, iż coś sprzeda, wychodzi rano z domu, by swymi myślami nie przytłaczać rodziny. – Dzieci mają lekcje online – dodaje, wskazując, że ta sytuacja odbija się na wszystkich.

Wesprzyj nas już teraz!

Mrok niepewności nad mieszkańcami Betlejem

Atak Izraela i Stanów Zjednoczonych na Iran zdusił w zarodku kruche ożywienie gospodarcze w Betlejem. Trwająca ponad dwa lata izraelska ofensywa na Strefę Gazy opróżniły z pielgrzymów i turystów to jedno z najbardziej charakterystycznych miast Ziemi Świętej. Od zawieszenia broni w październiku ubiegłego roku jednak stopniowo niektóre grupy, zwłaszcza z Europy Wschodniej, odzyskały odwagę, by zarezerwować pobyt. W Boże Narodzenie ponownie pojawiły się iluminacje, a zapalenie tradycyjnej choinki przerwało długą ciemność. Chrześcijanie powitali „powrót światła” oklaskami i okrzykami radości. Była to iskierka nadziei dla całej ludności Betlejem, gdzie chrześcijanie stanowią mniej niż 20 proc. z 22 tysięcy mieszkańców. Teraz nad miastem znów pojawił mrok niepewności.

Solidarni w cierpieniu

Stephanie Saldaña wraz z mężem, księdzem obrządku syro-katolickiego Frederikiem Massonem, prowadzi „Pilgrim House”, mieszczący się we wnętrzu wielowiekowego klasztoru. – Na początku roku mieliśmy pięć grup – dodaje. – Łącznie mniej niż dwieście osób, największa grupa liczyła około sześćdziesięciu pielgrzymów”.

To niewielkie liczby w porównaniu z prawie dwoma milionami odwiedzających rocznie Betlejem, odnotowywanymi przed tak zwaną pandemią. – Dla nas było to jednak jak powiew świeżego powietrza – opowiada Saldaña. – Potem jednak wybuchła kolejna wojna i grupy jedna po drugiej, które zarezerwowały pobyt na Wielkanoc, odwołały rezerwacje. Nie pojawiły się też żadne nowe zapytania na lato. Teraz już ich nie będzie, bo wycieczki do Ziemi Świętej organizuje się z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.

Kolejne rodziny opuszczają Betlejem

Codzienny opór mieszkańców Betlejem staje się coraz trudniejszy. Nie chodzi jedynie o to, że są przytłoczeni lękiem o przyszłość wynikającym z braku środków na życie. Izrael odcina im możliwość wyjazdu i znalezienia pracy. Zezwolenia na wjazd do Izraela są „zamrożone” od 7 października 2023 r. Nawet na terytoriach palestyńskich przemieszczanie się stało się ryzykowne. – Od dwóch miesięcy nie mogę pojechać do Ramallah – mówi Stephanie Saldaña, urodzona w USA, ale obecnie Palestynka z wyboru. Wskazuje, że do bólu związanego z warunkami materialnymi dochodzi ponadto cierpienie duchowe. – Misją chrześcijan w Ziemi Świętej – podkreśla – jest przyjmowanie pielgrzymów. Kiedy ich nie ma, tracimy sens naszej obecności.

W ciągu ostatnich trzydziestu miesięcy dwieście chrześcijańskich rodzin opuściło Betlejem. Wraz z bezrobociem, które wzrosło do 31 procent, mieszkańcy Betlejem czują, jak ziemia usuwa się im spod stóp.

Moich czterech braci mieszka w Stanach Zjednoczonych. Najmłodszy wyjechał dwa lata temu, krótko po wybuchu wojny w Strefie Gazy – opowiada Hassan. Wyznaje, że to dzięki ich pomocy wciąż udaje mu się przetrwać. – Gdyby to zależało tylko ode mnie, poszedłbym za nimi. Ale mam pięcioro dzieci i nie jest łatwo je wykorzenić i przenieść – wyznaje mężczyzna. Hassan wskazuje, że „problemem jest nie tylko konflikt, ale to, co nastąpi po nim: żadne z rozważanych rozwiązań nie uwzględnia Palestyńczyków”. – Jesteśmy traktowani jak ciało obce we własnym domu – podkreśla.

 

Źródło: KAI/Avvenire

 

 

 

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij

Udostępnij przez

Cel na 2026 rok

Zatrzymaj ideologiczną rewolucję. Twoje wsparcie to głos za Polską chrześcijańską!

mamy: 82 840 zł cel: 500 000 zł
17%
wybierz kwotę:
Wspieram