Poszukując odpowiedzi na kryzys dzietności władze najczęściej sięgają ku rozwiązaniom ekonomicznym. Tymczasem, jak zaznaczył jezuita Damian Wojciechowski – przekonanie, że niska liczba urodzeń wynika z niedostatku ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Dzieci rodzi się zbyt mało z powodu upadku wartości, permisywnej i konsumpcjonistycznej kultury, sądzi jezuita.
Duchowny z szeregów Towarzystwa Jezusowego w swoim ostatnim artykule zwrócił uwagę na dobrą sytuację ekonomiczną Polski na tle innych państw. Jak przypomniał, nasz kraj nie doświadcza biedy takiej, jaka panuje w wielu miejscach Azji, czy Afryki. Mimo tego to właśnie w uboższych państwach, gdzie warunki życia są znacznie mniej komfortowe, potomstwa nie brakuje. W naszym kraju panuje opłakany kryzys demograficzny.
„Nie mam wątpliwości, że niechęć do posiadania dzieci nie jest powodowana w Polsce biedą, bo zbyt długo żyłem w Kirgistanie, który jest 142 krajem według wysokości PKB (Polska 22!), a dzieci biegają tam wszędzie: 50 proc. społeczeństwa jest poniżej 25 roku życia”, pisał br. Damian Wojciechowski na łamach portalu opoka.org.pl.
Wesprzyj nas już teraz!
Według duchownego przyczyn niskiej dzietności trzeba upatrywać w zszarganym zdrowiu emocjonalnym i psychicznym młodego pokolenia, a także niestabilności rodzin i kryzysie kultury.
„Różnego rodzaju problemy psychiczne i emocjonalne młodych Polaków powodują ich inwalidztwo i trwałą niezdolność do założenia rodziny oraz wychowywania dzieci”, ocenił jezuita.
Jak zauważył brat Damian, coraz więcej osób nie decyduje się na dzieci ze względu na obciążenie, jakie miałyby stanowić, jednocześnie wkładając rosnące zaangażowanie, trącące obsesją, w opiekę nad posiadanymi zwierzętami.
„Córka znajomych razem z partnerem żyje w pięknym, szklanym wieżowcu w centrum miasta. Ma własną firmę, a on dobrze płatną pracę. Dzisiaj wielki dzień – wszystko już gotowe: kojec, ubranka, odżywki, zabawki. Właśnie przyszła w gości teściowa: Wnusio! – krzyczy radośnie na widok szczeniaka pudelka”, przywołał absurdalną scenę br. Damian Wojciechowski. Trudno przekonywać, że czynnikiem powstrzymującym ludzi przed wzbudzaniem potomstwa jest brak dostatecznego komfortu – skoro są oni w stanie poświęcić i wygodę i czas i pieniądze dla zajmowania się „psieckiem”.
W ocenie duchownego „przyczyny tego, że młodzi nie chcą mieć dzieci, to strach przed nietrwałością małżeństwa, które zresztą zazwyczaj nie jest małżeństwem, tylko jakąś czasową umową ważną tak długo, jak długo wygodną dla obydwu stron. Dalej strach w ogóle przed życiem, choć jest ono wiele bardziej bezpieczne niż gdziekolwiek w Afryce. Niedojrzałość i niezdolność do bycia rodzicem i małżonkiem, szczególnie wśród młodych mężczyzn. Za tym wszystkim stoi zasad życia: róbta co chceta prowadząca do egotyzmu”.
Brak decyzji o posiadaniu potomstwa to jednak nie „sprawa prywatna”, ale również społeczna odpowiedzialność. „Cokolwiek robię, nawet w swojej alkowie, ma wpływ na innych, dobry lub zły”, zaznaczył br. Damian Wojciechowski. Kryzys demograficzny to zaś jedno z kluczowych zagrożeń dla wspólnoty narodowej. Dlatego w jego opinii instytucje państwowe powinny zdecydowanie faworyzować obywateli, którzy naturalny i boski obowiązek prokreacji spełniają. Przekłada się to bowiem nie tylko na ich prywatny, ale i społeczny pożytek.
Tymczasem obecnie system sprzyja bezdzietności, zaznaczył duchowny. „Jak będziemy jednym wielkim domem starców, to zdechniemy z głodu. Co było, kiedy jeszcze ZUS nie było? Ludzie rodzili i wychowywali dzieci, które troszczyły się o nich na starość. Jeszcze dzisiaj w Kirgistanie ten system działa w miarę sprawnie: najmłodszy syn pozostaje na ojcowiźnie i ma obowiązek troszczyć się o rodziców, w czym pomaga mu całe rodzeństwo. ZUS zniszczył ten system, ponieważ nagradza on tych, którzy dzieci nie mają. Kto ma dzieci musi łożyć na potomstwo i równocześnie płacić składki, czyli jest podwójnie obciążony, natomiast z zarobków jego dzieci będzie korzystać tak samo on, jak i jego kolega, który całe życie bimbał sobie samotnie i zbijał bąki zamiast płodzić dzieci i łożyć finanse na swoje potomstwo. Tak więc system ubezpieczeń zdrowotnych i społecznych jest w swoim korzeniu antyrodzinny, a to oznacza antyspołeczny”.
Zdaniem jezuity różnica pomiędzy perspektywą życiową rodzin i osób bezdzietnych ma istotny wpływ na wiele kontrowersji politycznych. Ci którzy nie mają potomstwa chętniej optują za „różnorodnością”. Nie przeszkadza im promocja LGBT, czy masowa migracja. Interesuje ich bowiem przede wszystkim komfort własnego życia, a los kolejnych pokoleń jest im obojętny. Dla rodziców kluczową wartość ma za to bezpieczeństwo, decydujące o warunkach życia i dojrzewania ich dzieci.
Jednak, jak zauważył duchowny, lekkość bezdzietnego życia nie czyni go wartościowym, ani nagradzającym. Mimo, że komfortowe, jest jednocześnie puste. „Kto siebie samego stawia sobie za cel, a szczególnie przyjemności, których może doświadczyć, ten nie zazna prawdziwego szczęścia i spełnienia, bo jak powiedział Jezus: Więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu. I nie chodzi tu o dawanie czegoś, lecz o dawanie siebie, a to w sposób najbardziej elementarny dzieje się w małżeństwie i rodzicielstwie”, stwierdził br. Damian Wojciechowski.
Źródło: opoka.org.pl
FA