Kongres Katoliczek i Katolików chciałby stać się czołową reprezentacją polskich świeckich i głównym partnerem rozmów dla Episkopatu. Choć do niedawna pragnienia te mogły wydawać się niezbyt realistyczne, sytuacja zmienia się za sprawą globalnego synodu papieża Franciszka. Do czego doprowadzi aktywność Kongresu? Jak odpowiedzą na nią polscy biskupi? I co powinni zrobić ci świeccy, którym zależy nie tyle na udziale we władzy, co na bezkompromisowej wierności Tradycji?
Kongres Katoliczek i Katolików powstał w lutym tego roku. Jego narodziny ogłosił polskiej opinii publicznej o. Paweł Gużyński, dominikanin, który od kilkunastu miesięcy przebywa w Holandii. Początkowo nie było wiadomo, kto oprócz niego stoi za Kongresem. Wkrótce okazało się, że pierwsze skrzypce odgrywa prof. Fryderyk Zoll, syn byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego prof. Andrzeja Zolla, prawnik, wykładowca związany przede wszystkim z Uniwersytetem Jagiellońskim i Uniwersytetem w Osnabrück. To on jest jednym z głównych inicjatorów Kongresu; na pomysł jego powołania miał wpaść słuchając kazania w jednym z kościołów Osnabrück. Profesor występuje jako główny przedstawiciel grupy: udziela wywiadów, prowadzi polemiki, debatuje w mediach z biskupami.
W prace Kongresu angażuje się podobno kilkaset osób, głównie świeckich, a także kilku czy kilkunastu księży. Są też niekatolicy, na przykład metodystyczny pastor z Łodzi, Davide Carbonaro. Inicjatywa póki co ogranicza swoją aktywność do internetu. Uczestnicy działają w szeregu grup roboczych, debatując nad szeroką problematyką dotyczącą Kościoła i jego miejsca we współczesnym świecie. Na samej debacie nie ma się jednak skończyć; Kongres chciałby wypracować konkretne rozwiązania, by zaprezentować je w przyszłości biskupom i być może wcielić w życie.
Wesprzyj nas już teraz!
Czego chce Kongres?
Do biskupów Kongres wysłał list 19 lutego. „Jako grupa osób świeckich i duchownych rozpoczęliśmy szereg działań mających na celu wszechstronne przedyskutowanie istotnych problemów, jakie dotyczą bieżącej sytuacji Kościoła. Następnie postaramy się zaproponować zbiór rozwiązań, które uznamy w ich kontekście za słuszne”, napisano. I dalej: „Jednym z głównych celów Kongresu Katoliczek i Katolików jest wypracowanie nowych zasad rozmowy o Kościele. Chcemy, aby dzięki nim możliwa stała się wspólna praktyczna odpowiedzialność świeckich i duchownych za jego teraźniejszość i przyszłość”. Jak z tego wynika, celem Kongresu byłoby doprowadzenie do zaistnienia „wspólnej praktycznej odpowiedzialności” świeckich i duchownych za Kościół. Według Kongresu tego właśnie dzisiaj brakuje. W paragrafie piątym „Deklaracji programowej” inicjatywy czytamy:
„Istotną uwagę zamierzamy poświęcić tematowi dominacji władzy sprawowanej w Kościele przez osoby duchowne. Szczególnie interesuje nas przewaga jej siły, jaką dysponują kościelni hierarchowie wobec niewielkiej sprawczości milionów świeckich kobiet i mężczyzn, uprawnionych do współdecydowania o teraźniejszości i przyszłości Kościoła na mocy powszechnego kapłaństwa wiernych”. Deklaracja w tym miejscu wskazuje na „dominację władzy” w Kościele osób duchownych oraz na „przewagę siły” hierarchów wobec świeckich. Nie pisze się wprost o chęci zmiany tego stanu rzeczy, ale użyty język wskazuje na to jednoznacznie, podobnie jak wymowne zestawienie frazy o „niewielkiej sprawczości milionów” świeckich, mających być „uprawnionymi” do współdecydowania o Kościele na mocy nauki o powszechnym kapłaństwie ochrzczonych.
Te krótkie wyimki dobrze charakteryzują główny przedmiot zainteresowania Kongresu: w Kościele miałoby być za dużo władzy duchownych, a za mało świeckich. Władzy odnośnie czego? Finansów? Administracji? Doktryny? Tego w oficjalnych dokumentach Kongresu się nie precyzuje. Grupy tematyczne poświęcone są rozmaitym problemom: od kwestii edukacji, po dialog międzyreligijny i relacje państwo-Kościół, aż po rolę kobiet w Kościele czy rozumienie małżeństwa. Mówiąc krótko, na Kongresie rozmawia się o wszystkim. Kluczowe są jednak dwie grupy: „władza w Kościele” oraz „duchowieństwo/lud”. Debata w nich ma na nowo ustawić sposób funkcjonowania Kościoła; od tego przecież zależeć będzie implementacja jakichkolwiek innych idei kongresowych.
Problem władzy
Na problem władzy bardzo wyraźnie wskazuje też prof. Fryderyk Zoll. Niezwykle ciekawa jest rozmowa, jaką Katolicka Agencja Informacyjna przeprowadziła z nim oraz z biskupem Piotrem Jareckim. W rozmowie tej profesor Zoll bardzo nakreśli wyraźne linie. Po pierwsze, odciął się zdecydowanie od porównań z ruchem Wir sind Kirche, które często pojawiają się w publikacjach o Kongresie. Słusznie; bo Wir sind Kirche było ruchem czystego buntu świeckich wobec biskupów, a Kongres intensywnie szuka współpracy. Profesor Zoll zwrócił uwagę raczej na podobieństwa do niemieckiej Drogi Synodalnej. Powiedział między innymi:
„Z Drogą synodalną rzecz jest bardziej złożona. Jest ona przedsięwzięciem episkopatu niemieckiego, w połączeniu z Centralnym Komitetem Katolików Niemieckich. Takiego sposobu organizowania życia w Kościele w Polsce nie ma, choć bardzo bym sobie tego życzył. Uważam, że docelowo, jako konstrukcja, ten model mógłby optymalny i u nas”.
Niemiecki model władzy
Kilka słów wyjaśnienia dla czytelników mniej zorientowanych w niemieckim systemie. Za Odrą Kościołem kieruje zasadniczo Episkopat. Tamtejsi biskupi współpracują jednak bardzo intensywnie z organizacją świeckich – Centralnym Komitetem Niemieckich Katolików. Komitet sięga swoimi korzeniami pierwszej połowy XIX stulecia. Jego rola w niemieckim życiu katolickim umacnia się w ostatnich dziesięcioleciach. Obecnie tak naprawdę wszystkie kluczowe posunięcia Episkopatu są konsultowane z Komitetem. Sama Droga Synodalna przecież jest procesem prowadzonym niemal na równi przez biskupów i świeckich – a jej cele i problematyka dotyczą fundamentalnych zagadnień, jak rozumienie kapłaństwa czy moralności. Współpraca biskupów ze świeckimi nie jest w Niemczech wyrazem zwykłego rewolucyjnego egalitaryzmu; to także przejaw szczególnej za Odrą bliskości Kościoła katolickiego i państwa. Główny trzon członków Komitetu stanowią bowiem działacze najpoważniejszych niemieckich partii, CDU i SPD. Ten aspekt można jednak pominąć; profesor Zoll przedstawiając Polakom za wzór Drogę Synodalną chce powiedzieć jedynie tyle: także w naszym kraju refleksja eklezjologiczna powinna rodzić się w ścisłej wymianie myśli między biskupami a świeckimi, którzy za sprawą uczestnictwa w Kongresie zyskają w jakiś sposób mandat do reprezentowania całości polskiego Ludu Bożego. Tym samym Kongres miałby stać się oficjalnym i stałym partnerem Episkopatu, co stworzyłoby „wspólną praktyczną odpowiedzialność” za Kościół.
A gdyby zwołać synod plenarny…
Czy ten projekt może mieć jakiekolwiek szanse powodzenia? Jeszcze do niedawna wydawało się, że nie; biskupi przecież nie podzielą się dobrowolnie władzą ze świeckimi na żadnym odcinku, nie tylko doktrynalnym, ale nawet i czysto administracyjnym. Profesor Zoll miał wprawdzie nadzieję, że Kongres uda się włączyć w ewentualny przyszły synod plenarny polskich biskupów. Takie nadzieje we wspomnianej rozmowie wyrażał także bp Piotr Jarecki, a podobno także kardynał Kazimierz Nycz. Bp Jarecki mówił bowiem tak: „Jestem przekonany – i rozmawiałem o tym także z kard. Nyczem – że po poszerzeniu o inne środowiska, Kongres mógłby być drogą prowadzącą do synodu plenarnego i przygotowującą takie wydarzenie”. Wtórował mu profesor Zoll: „Od początku sądzimy, że gdyby zapadła decyzja o zwołaniu synodu, to Kongres mógłby być przygotowaniem wiernych do tego wydarzenia. Mógłby pomóc w procesie upodmiotowienia wiernych, po to, żeby mogli wziąć w nim udział. Myślę, że stanowiska, które zostaną wypracowane w poszczególnych grupach, mogą pokazać pewien kierunek dyskusji, a przynajmniej dać jakieś impulsy do rozmowy. A z drugiej strony, przygotować wiernych do świadomego uczestnictwa w dyskusji o Kościele w Polsce”.
Globalny synod papieża
Rzecz jednak w tym, że za sprawą najnowszej decyzji papieża Franciszka sytuacja uległa zmianie. Polska, tak jak wszystkie inne kraje świata, została włączona w globalny proces synodalny Kościoła. Ojciec Święty zechciał, by Synod Biskupów w Rzymie jesienią 2023 roku był jedynie zwieńczeniem wcześniejszego długiego procesu debaty. Proces ten zaczyna się już w październiku tego roku. W pierwszym etapie globalnego procesu synodalnego ordynariusze diecezjalni mają konsultować się z „Ludem Bożym”, to znaczy – z chętnymi do refleksji eklezjologicznej i do niej zdolnymi świeckimi. Już na pierwszy rzut oka widać, że rzecz wpisuje się idealnie w agendę Kongresu. Tak też rozumie to profesor Zoll. „Zbliżający się Synod może być wydarzeniem epokowym, punktem zwrotnym w historii Kościoła. Nie można dopuścić do tego, żeby w Kościele w Polsce Synod przebrzmiał bez echa” – napisał w artykule opublikowanym na stronie Kongresu 30 maja. „Czeka nas praca przygotowania się do Synodu, a w pierwszej kolejności do jego krajowego etapu. Mam nadzieje, że tutaj na stronie Kongresu będzie także toczyła się debata wokół synodalnych tematów, że staniemy się miejscem, które nie pozwoli, aby Synod okazał się słomianym ogniem. Synod ma głęboko przeorać naszą rzeczywistość. To, że trafiliśmy w czas, stanowi dla nas wszystkich wyzwanie. To, że jest to odpowiedni moment, oznacza też, że nie można go stracić” – dodał.
Prof. Zoll ma zatem nadzieję, że Kongres okaże się tą właśnie strukturą, z którą biskupi będą rozmawiać uczestnicząc, nolens volens, w watykańskim procesie synodalnym. Czy to możliwe? Wydaje się, że tak. Biskupi, jeżeli mają być powolni Ojcu Świętemu, muszą zorganizować w swoich diecezjach rozmowy ze świeckimi; dzięki Kongresowi mogą uzyskać swoisty gotowiec organizacyjny. Oczywiście, nie wszyscy zechcą z niego skorzystać, ale ci bardziej liberalni – być może tak. Nie wiemy też, co przyniesie przyszłość. Czy po globalnym synodzie Franciszka poważnemu przeakcentowaniu nie ulegnie sposób zarządzania Kościołem? Czy biskupi nie zostaną przez Watykan zmuszeni do tego, by przynajmniej niektóre swoje decyzje konsultować z „Ludem Bożym”, który w Polsce tak bardzo chciałby reprezentować Kongres? Kardynał Mario Grech, sekretarz generalny instytucji Synodu Biskupów i główny organizator procesu, wyraźnie mówi o jakiegoś rodzaju „włączeniu” świeckich w proces refleksji. Niemiecka Droga Synodalna przetarła szlak.
Skręt w lewo
Na przeszkodzie zamiarom Kongresu mogą stanąć jego wyraźne liberalne inklinacje. Te inklinacje są zresztą konieczne: w inicjatywę, która celuje w „wyrwanie” części władzy biskupom, z natury rzeczy angażują się wyłącznie katolicy (i niekatolicy) sympatyzujący z dążeniami lewicowymi; można zatem rzec – problem jest nierozwiązywalny. Organizatorzy Kongresu mogli jednak choćby zadbać o pozory; tego wszakże nie uczynili. Wystarczy wejść na youtube’owy kanał grupy. Ukazują się tam pod szyldem „Cudzym OKIEM” rozmowy o. Pawła Gużyńskiego. Dobór gości jest symboliczny. Dominikanin indagował między innymi ks. prof. Andrzeja Szostka, ale także Dorotę Wellmann z TVN, Macieja Czajkowskiego z „Gazety Wyborczej” czy Aleksandrę Pawlicką z „Newsweeka”. Próżno szukać rozmowy z kimkolwiek kojarzonym z konserwatywnym spojrzeniem na Kościół. Na stronie internetowej Kongresu pojawiają się też otwarcie liberalne teksty. Przykładowo sam profesor Zoll opublikował artykuł krytykujący ks. prof. Pawła Bortkiewicza TChr za to, że kapłan oskarżył o schizmatyckie działania biskupów w Niemczech, prących do błogosławienia związków homoseksualnych. W temacie podejścia do LGBT wypowiedział się też ks. Wojciech Mittelstaedt SVD w artykule „Chrystus wyzwolił nas spod prawa do miłości”. Wyraził wątpliwość, czy Kościołowi „był potrzebny w obecnym momencie” dokument Kongregacji Nauki Wiary z marca, który przypomniał o niemożliwości błogosławienia związków jednopłciowych. Wyznał też, iż „w łączności z papieżem Franciszkiem” myśli, że „niektóre formy prawno-moralne bardziej oddalają od Boga niż do niego prowadzą”. Ponadto Kongres wsparł inicjatywę stworzenia siedziby klubów „Tygodnika Powszechnego” w Krakowie, a więc pisma, które od wielu lat podważa nauczanie katolickie, a w okresie tak zwanych „strajków kobiet” stanęło wyraźnie po stronie tych, którzy uznali penalizację mordowania dzieci nienarodzonych za coś niewłaściwego. Zaskakujący jest też sposób organizacji strony duchowej Kongresu. Wśród niezbyt licznych inicjatyw tego rodzaju poczesne miejsce zajmują „Wieczory ze Słowem”. To lektura Pisma Świętego połączona z komentarzem. Prowadzi je wspomniany wcześniej… metodystyczny pastor Davide Carbonaro. Umacniać katolicką wiarę członków Kongresu korzystając z wiedzy i rozeznania protestanckiego duchownego to pomysł cokolwiek kontrowersyjny, oczywiście z całym szacunkiem dla samego pastora Carbonaro. Wszystkie te powyższe zarzuty spotkałyby się najpewniej z krytyką ze strony Kongresu: katolicy związani z – nazwijmy to umownie – tradycjonalistyczno-konserwatywnym rozumieniem Kościoła po prostu nie chcą uczestniczyć w jego pracach, więc, siłą rzeczy, inicjatywa dryfuje w drugą stronę. To prawda, ale – tak jak pisałem wyżej – inaczej być nie może. Sam byłem zapraszany do udziału w Kongresie po tym, jak przedstawiłem w sieci krytykę tej grupy; nie chciałbym jednak firmować inicjatywy, która, uważam, popełnia błąd w samych swoich założeniach. Te obiekcje, jak sądzę, podzielają wszyscy albo większość katolików nieliberalnych.
Apetyt na doktrynę
To wszystko pokazuje skalę problemu. Jest jednak jeszcze poważniej. Kongres zdaje się mieć apetyt także na… doktrynę. Jeżeli zresztą za wzorzec przyjmuje Drogę Synodalną i Centralny Komitet Niemieckich Katolików, to innego wyjścia nie ma. Niektórzy piszą o tym wprost. Zrobił tak na przykład pan Dariusz Kubaszewski w artykule „Zero władzy, zero odpowiedzialności” opublikowanym na stronie Kongresu. Kubaszewski pisał: Kiedy wierny nie ma wpływu na żadne decyzje dotyczące jego środowiska wiary, od wyboru proboszcza po treść nauczania, jeśli dokładnie wszystko załatwia się ponad jego głową, to […]— jedynym racjonalnym rozwiązaniem pozostaje dostosowanie się do panujących reguł, czyli przyjęcie postawy bierności, braku zainteresowania i formalizmu religijnego, które sprowadza się do traktowania Kościoła jako miejsca świadczenia usług religijnych. To obciąża sprawujących władzę, nie jej pozbawionych. Dariusz Kubaszewski sugeruje więc, że wierni mogliby mieć wpływ na „treść nauczania”. To niezwykle niebezpieczna idea – a nie jest w Polsce odosobniona. W podobnym tonie wypowiedział się niedawno na łamach „Tygodnika Powszechnego” teolog Józef Majewski, w jednym z tekstów postulując uwzględnienie głosu wiernych w temacie antykoncepcji – co oczywiście miałoby oznaczać praktyczne odwołanie Casti Connubii Piusa XI, Humane vitae św. Pawła VI i teologię ciała św. Jana Pawła II. Majewski, o ile mi wiadomo, nie uczestniczy w pracach Kongresu; linia grupy musi być jednak bliska Majewskiemu, choćby ze względu na niemieckie wzorce.
Biskupi rozumieją problem, ale trzeba dmuchać na zimne
Wydaje się, że polscy biskupi dostrzegają i rozumieją zagrożenie. W Episkopacie nie widać entuzjazmu względem Kongresu, może za kilkoma pojedynczymi wyjątkami. Biorąc jednak pod uwagę możliwości, albo raczej konieczności jakie wytworzyć może globalny synod Franciszka, zwykła czujność może okazać się niewystarczająca. Tym więcej, że nawet jeżeli Episkopat odrzuci współpracę z Kongresem, to inicjatywa, korzystając z klimatu stwarzanego przez Watykan, może doprowadzić do spolaryzowania biskupów nad Wisłą. Byłoby to zgodne z ogólnoświatową tendencją. W większości państw zachodnich obserwuje się od lat proces atomizacji albo protestantyzacji Kościoła. Poszczególne diecezje różnie intepretują katolicką wiarę. Dotyczy to tak fundamentalnych kwestii jak Eucharystia czy moralność. W Polsce takie zjawisko jak dotąd nie wystąpiło, przynajmniej publicznie. Trzeba zrobić wszystko, co możliwe, by obronić ten stan rzeczy. Nie można pozwolić na to, by pojawili się w Polsce hierarchowie, którzy, korzystając z intelektualnego i organizacyjnego wsparcia takich grup jak Kongres ważyliby się otwarcie głosić niekatolickie przekonania.
Potrzeba działać!
Tutaj dostrzec wypada dużą rolę, jaką do odegrania mają świeccy przeciwni duchowi rewolucyjnemu. Tacy, jakich jest w Polsce większość. Potrzebna jest powszechna aktywizacja, współpraca i wzmożony wysiłek na rzecz obrony katolickiej wiary. Nie chodzi, broń Boże, o to, by naśladować Kongres i starać się o prawo do decydowania o Kościele, tyle, że z klucza konserwatywnego; to byłby absurd w sam sobie. Warto jednak postarać się o budowanie lokalnych struktur, które w gwałtownie zmieniającej się rzeczywistości będą stanowić wsparcie dla księży i biskupów. Tak, by każdy polski ordynariusz wiedział, że w jego diecezji działają nie tylko sympatyzujący z liberalizmem „kongresowcy”, ale również – a najlepiej przede wszystkim! – tacy świeccy, dla których nie ma nic ważniejszego nad obronę Ewangelii w całej jej pełni i bezkompromisowości. W pewnym sensie tego rodzaju struktury w wielu miejscach już istnieją; są to na przykład grupy wiernych przywiązanych do Mszy świętej w rycie nadzwyczajnym; biskupi to widzą i – jak wynika z niedawnego komunikatu wydanego na jednym z zebrań plenarnych – często doceniają. Trzeba jednak więcej, tak, by aktywność świeckich, czerpiąc ze źródła, jakim jest Eucharystia i tradycyjna liturgia, świeccy realizować mogli szeroki program kontrrewolucyjny, dbając o obecność wiary katolickiej we wszystkich aspektach naszego życia.
Kongres Katoliczek i Katolików chce udziału świeckich we władzy w Kościele. My pragnijmy, by władza po dawnemu pozostała w rękach biskupów, ale zarazem by sprawowana była gorliwie i szczerze w duchu Ewangelii Jezusa Chrystusa i katolickiej Tradycji.
Do dzieła!
Paweł Chmielewski