Dzisiaj

Dla większości par pragnienie posiadania dziecka jest jedną z najbardziej podstawowych, egzystencjalnych potrzeb, głęboko zakorzenioną biologicznie, psychologicznie i społecznie. Macierzyństwo i ojcostwo dotykają bowiem najgłębszych warstw tożsamości, relacji i sensu życia. Jakkolwiek problem niepłodności jest rzeczywistą udręką wielu par i nie można obok niego przejść obojętnie, to odpowiedzią na niego nie może być jednak „produkcja” dziecka w laboratorium.

Według Światowej Organizacji Zdrowia niepłodność jest chorobą. Szacuje się, że mniej więcej co szósta osoba na świecie doświadcza w ciągu życia problemów z płodnością, a w niektórych krajach Europy trudności z zajściem w ciążę dotyczą już nawet co czwartej pary w wieku rozrodczym. Oznacza to, że niepłodność stała się jednym z kluczowych wyzwań współczesnej medycyny i zdrowia publicznego – z wszelkimi konsekwencjami dla rodzin, systemów ochrony zdrowia i polityki społecznej.

W około 15% przypadków, pomimo postępów medycyny, przyczyna niepłodności nie może zostać jasno zidentyfikowana. Coraz częściej podejrzewa się, że stoją za nią czynniki środowiskowe, w tym zanieczyszczenie powietrza, związki chemiczne obecne w powietrzu i wodzie, toksyczne dodatki do żywności, kontakt z plastikiem i foliowymi opakowaniami, patogeny, pestycydy czy mikroplastik. Do zaburzeń płodności przyczyniają się także stres, zaburzenia hormonalne, a nawet fale upałów w okresach wiosenno-letnich – zjawisko, które jeszcze kilka dekad temu nie było tak nasilone.

Wesprzyj nas już teraz!

Niestety odpowiedzi na problem niepłodności szuka się często w tzw. zapłodnieniu pozaustrojowym (in vitro, IVF), które polega na pobraniu komórek rozrodczych od kobiety i mężczyzny i sztucznym zapłodnieniu dziecka w laboratorium. W rzeczywistości oznacza to, że dziecko, zamiast być owocem miłości małżeńskiej, jest „produktem” wytworzonym w laboratorium. Co gorsza, zapłodnione zarodki ludzkie – a zatem poczęte już dzieci (!) pozostają zamrożone nawet przez 20 lat, a wiele z nich czeka potem „utylizacja”.

Wiele państw, w tym Polska, wprowadziło programy publicznego dofinansowania in vitro. W oficjalnej narracji polskiego rządu programy te przedstawiane jest to jako dowód troski państwa o rodziny, element nowoczesnej polityki prorodzinnej oraz przejaw współczesnej solidarności z osobami zmagającymi się z niepłodnością. W centrum przekazu pozostają liczba dofinansowanych cykli, kolejne transfery i statystyki urodzeń przypisywanych programowi.

Coraz częściej jednak podejmowana jest również debata, nie tylko na temat zdarzeń niepożądanych i powikłań związanych z samą procedurą, ale również możliwych długofalowych konsekwencji zdrowotnych dla matki i dziecka oraz poważnych ryzyk finansowych i prawnych, które mogą wpływać na życie oraz dobrostan rodzin decydujących się na zapłodnienie pozaustrojowe. Pary są zachęcane przez rząd do korzystania z procedury in vitro, a jednocześnie nie informuje się ich o tak wielu ryzykach i konsekwencjach.

Utrata praw do własnych embrionów i inne ryzyka prawne

Procedura in vitro, której celem jest doprowadzenie do powstania zarodków będących biologicznymi dziećmi danej pary, w sytuacji gdy liczba powstałych embrionów przekracza możliwości ich jednoczesnego transferu i wymaga ich zamrożenia, wiąże się z realnym ryzykiem utraty kontroli rodziców nad ich dalszym losem. Jest to informacja bardzo ważna, a jednak większość par przystępujących do procedury in vitro nie jest odpowiednio na ten temat informowana. Zgodnie z ustawą z dnia 25 czerwca 2015 r. o leczeniu niepłodności zarodki w Polsce mogą być przechowywane maksymalnie przez 20 lat. Po tym czasie klinika może przekazać je do dawstwa innej parze, bez zgody i wiedzy biologicznych rodziców, którzy tracą prawo do decydowania o dalszym losie swoich dzieci, mimo iż finansowali ich powstanie i przechowywanie.

Dodatkowym ryzykiem są konflikty, rozstania i rozwody. W takich sytuacjach status prawny zarodków jest niejasny a dalszy los embrionów coraz częściej staje się przedmiotem sporów sądowych, w których nierzadko dochodzi do prób blokowania transferu, wymuszania zgody na jego przeprowadzenie oraz wykorzystywania zarodków jako narzędzia presji w postępowaniach alimentacyjnych i cywilnych.

Finansowe pułapki „bezpłatnego in vitro”

Hasło „bezpłatne in vitro” wprowadza w błąd. Określenie to ma charakter komunikatu promocyjnego i nie oddaje pełnego zakresu kosztów, jakie w praktyce ponoszą pacjenci. Refundacja, o ile para dostanie się do programu, obejmuje tylko część kosztów całego procesu diagnostyki i działań medycznych, a głównymi beneficjentami finansowymi programu są kliniki, nie pacjenci.

Po stronie par, nawet w programie refundacyjnym, pozostają koszty nie tylko dojazdów, ale także wielu leków, diagnostyki, procedur dodatkowych czy koniecznych konsultacji specjalistycznych. Skalę obciążeń finansowych dokumentuje publicznie m.in. znana działaczka społeczna Maja Staśko, publikująca na Instagramie i Facebooku rzeczywiste koszty leczenia niepłodności, in vitro i badań preimplantacyjnych. Jej przypadek pokazuje, że nawet przy udziale w programie refundacyjnym, łączne koszty in vitro ponoszone przez pary są wysokie i sięgają kilkudziesięciu tysięcy złotych. W praktyce wiele par, także tych objętych programem refundacyjnym, po kilku latach podlicza, że na leczenie niepłodności i IVF wydało dziesiątki, a czasem setki tysięcy złotych. Informacji o realnej skali możliwych kosztów próżno szukać w rządowych materiałach promujących program.

Wieloletnie opłaty abonamentowe po zakończeniu in vitro

Koszty in vitro nie kończą się wraz z zakończeniem procedury. Pary muszą ponosić dodatkowe opłaty jeszcze wiele lat po zamrożeniu swoich dzieci. Długoterminowe przechowywanie tzw. zarodków nadprogramowych, czyli tych, które nie zostały wykorzystane w transferach, wiąże się z obowiązkiem corocznych opłat na rzecz klinik. Opłaty te w perspektywie 20 lat mogą podnieść wydatki pary o kolejne kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych – ceny są różne w zależności od liczby zarodków, liczby tzw. „słomek” i warunków umowy z kliniką. Program refundacyjny pokrywa koszty przechowywania zarodków wyłącznie do 2028 roku. Po tym czasie obowiązek finansowania przechowywania zarodków przejdzie w całości na rodziców.

Warto podkreślić, że brak opłaty oznacza natychmiastową utratę prawa do zarodków. Jeśli rodzice się na to nie zgadzają, muszą płacić regularnie. Abonament musi być opłacany za przechowywanie zarodków, niezależnie od tego, czy kiedykolwiek dojdzie do ich wykorzystania. To nie jest drobny szczegół, który można przemilczeć, lecz fundamentalna informacja, która powinna zostać jasno przedstawiona każdej parze przed rozpoczęciem procedury. Niestety, nawet w sytuacji regularnego opłacania abonamentu, po 20 latach rodziny stracą prawo do własnych dzieci w stadium zarodkowym.

Kilkaset tysięcy przechowywanych zarodków i ogromne zyski klinik

Już w pierwszych sześciu miesiącach rządowego programu finansowania in vitro, uzyskano i zamrożono około 39 tysięcy nadprogramowych zarodków. Jeśli tempo się utrzyma, do końca 2028 roku ich liczba może sięgnąć około 350 tysięcy. To odpowiednik polskiego miasta wielkości Bydgoszczy. 350 tysięcy dotyczyć będzie liczby zarodków utworzonych tylko i wyłącznie w ramach obecnego programu finansowania in vitro. Mówiąc o zarodkach trzeba mieć na uwadze, że mówimy tu o 350 tys. przyszłych polskich obywateli, którzy w zdecydowanej większości nie dostaną szansy na rozwój i urodzenie się: te nadprogramowe zarodki nie zostaną ani implantowane ani oddane innym parom. Liczba embrionów, które zostaną użyte do transferu z tej puli będzie znikoma.

Równocześnie brak jest spójnej i długofalowej strategii dotyczącej dalszego postępowania z niewykorzystanymi embrionami, które – przypomnijmy – są już poczętymi dziećmi. W praktyce oznacza to ich wieloletnie przechowywanie, które generuje stałe obciążenia finansowe po stronie rodziców, a jednocześnie stanowi źródło długoterminowych przychodów dla klinik in vitro. Program finansowania in vitro od 2029 roku przerzuci te koszty na rodziny.

Każdy z tych zarodków musi być przechowywany w temperaturze bliskiej minus 200 stopni Celsjusza, w specjalnych dużych termosach wypełnionych ciekłym azotem. Choć samo przechowywanie nie generuje dla klinik wysokich kosztów, wiąże się to jednak z obowiązkowymi, wieloletnimi opłatami ponoszonymi przez rodziny. W skali całego kraju przekłada się na systemowy transfer środków liczonych w miliardach złotych – z budżetów domowych pacjentów do klinik wspomaganego rozrodu – w formie opłat za przechowywanie. Obciążenia te pogarszają sytuację finansową wielu polskich rodzin, zapewniając jednocześnie klinikom stabilne i wysokie przychody, utrzymujące się długo po formalnym zakończeniu udziału w programie czy wiele lat po wytworzeniu zarodków.

Skala tego zjawiska staje się bardziej zrozumiała po wykonaniu prostych obliczeń. Wystarczy przyjąć, że w przypadku zaledwie 100 par, przy rocznej opłacie 1000 zł za przechowywanie zarodków, klinika w ciągu 16 lat – już po zakończeniu programu – uzyska łącznie ponad 1 milion 600 tysięcy złotych wyłącznie z tytułu samego przechowywania zarodków. Jeśli natomiast przyjmiemy dotychczasowe tempo udziału w programie na poziomie około 40 tysięcy par rocznie, a następnie ostrożne założenie opłaty w wysokości 1000 zł rocznie za przechowywanie zarodków – kwota wzrośnie. Oznacza to, że dodatkowo, już po zakończeniu programu, kliniki uzyskają od samych rodzin objętych programem wpływy sięgające niemal 3 miliardów złotych, wyłącznie z tytułu przechowywania zarodków uzyskanych w ramach programu. Nie wliczamy w to kwot, które płaci klinikom, za przechowywanie zarodków do końca 2028 roku, Ministerstwo Zdrowia.

Ryzyka dla zdrowia matki

Choć zapłodnienie in vitro umożliwiło wielu kobietom macierzyństwo, oznacza także intensywną ingerencję hormonalną i zabiegową w organizm. Najpoważniejszym ostrym powikłaniem przygotowania do in vitro jest zespół hiperstymulacji jajników, który w ciężkiej postaci może prowadzić do zaburzeń krążenia, niewydolności nerek, zakrzepicy, a w skrajnych przypadkach – zagrożenia życia. Ryzyko niosą także same procedury medyczne, w tym punkcja jajników, która może skutkować krwawieniami, zakażeniami i uszkodzeniami narządów. Do powikłań należy również zwiększone ryzyko ciąży pozamacicznej. Częściej dochodzi także do ciąż mnogich i porodów przedwczesnych, które same w sobie niosą większe ryzyko powikłań zarówno dla matki, jak i dla dzieci.

Równolegle od lat trwają dyskusje naukowe nad wpływem IVF na występowanie nowotworów złośliwych u kobiet, analizowany jest związek różnych typów nowotworów z procedurami wspomaganego rozrodu. Obecnie badacze są zgodni co do istnienia związku pomiędzy hormonalnym przygotowaniem do in vitro a zwiększonym ryzykiem guzów granicznych i raka jajnika oraz raka tarczycy, co uzasadnia szczególną czujność onkologiczną u kobiet po in vitro.

Przewlekły stres towarzyszący procedurze, niepewność po transferze oraz niepowodzenia w zajściu w ciążę istotnie zwiększają u kobiet ryzyko wystąpienia depresji, zaburzeń nastroju, a w części przypadków także objawów zespołu stresu pourazowego (PTSD). Pomimo objęcia refundacją konsultacji psychologicznych w programie, część kobiet po in vitro będzie musiała korzystać z często wieloletniej terapii i ponosić jej konsekwencje finansowe.

Ryzyka dla zdrowia dziecka

Urzędnicy Ministerstwa Zdrowia informują, że „stan zdrowia dziecka urodzonego w wyniku zastosowania procedury medycznie wspomaganej prokreacji nie różni się od zdrowia dziecka poczętego naturalnie”. Nie wiadomo, na jakiej podstawie Ministerstwo Zdrowia przyjęło takie założenie, ponieważ twierdzenie to jest całkowicie błędne i nie znajduje potwierdzenia w literaturze naukowej. Istnieją setki publikacji, w tym bardzo duże badania porównawcze, wskazujące na negatywne skutki procedur wspomaganego rozrodu, zamrażania i rozmrażania zarodków, ich biopsji oraz mikromanipulacji na embrionach, dla zdrowia dzieci poczętych tymi metodami.

Niestety liczne badania wskazują, że dzieci poczęte metodą in vitro są obarczone podwyższonym ryzykiem niektórych powikłań zdrowotnych. Częściej występują u nich zaburzenia genetyczne i zmiany epigenetyczne. Dane z badań na dużych grupach dzieci urodzonych dzięki in vitro wskazują m.in. na częstsze występowanie u nich wcześniactwa, niskiej masy urodzeniowej, wad rozwojowych i mózgowego porażenia dziecięcego. W literaturze naukowej opisywany jest także wzrost u tych dzieci ryzyka niektórych nowotworów, w tym białaczek.

U części dzieci i młodych dorosłych poczętych metodą in vitro zaobserwowano zmiany w układzie sercowo-naczyniowym, m.in. przyspieszone starzenie naczyń, zaburzenia funkcji śródbłonka oraz nadciśnienie już w wieku szkolnym lub nastoletnim. Takie zmiany mogą zwiększać ryzyko chorób serca, a w skrajnych przypadkach stanowić czynnik sprzyjający przedwczesnej śmierci. Ryzyka tych powikłań nie dotyczą wszystkich pacjentów, jednak powinny wymagać zwiększonej czujności pediatrycznej, długofalowej obserwacji oraz, w razie rozpoznania nadciśnienia, wczesnego leczenia młodych pacjentów, aby ograniczyć u nich ryzyko poważnych chorób serca i naczyń. Z tego względu regularny pomiar ciśnienia tętniczego u dzieci poczętych metodą in vitro powinien być rekomendowany w Polsce jako standard opieki pediatrycznej.

Niedoskonałość testów preimplantacyjnych i skutki manipulacji na embrionach

Coraz więcej doniesień naukowych wskazuje na istotne ograniczenia testów preimplantacyjnych związane z ich fałszywymi wynikami. Szczególnie problematyczne jest zjawisko tzw. mozaicyzmu trofoblastu, które do niedawna w ogóle nie było brane pod uwagę – a jest to zjawisko stosunkowo częste. Ze względu na mozaicyzm trofoblastu, materiał z zarodka poddawany analizie nie zawsze odzwierciedla rzeczywisty obraz genetyczny całego embrionu. W rezultacie dochodzi do sytuacji, w których wyniki badań wskazują na nieprawidłowości genetyczne u zarodków w rzeczywistości całkowicie zdrowych, zdolnych do prawidłowego rozwoju. Takie zarodki do tej pory były odrzucane i utylizowane jako ciężko uszkodzone genetycznie i niezdolne do przeżycia. Tymczasem po implantacji rozwijały się prawidłowo i rodziły jako całkowicie zdrowe noworodki. Konkluzja naukowców z ostatnich publikacji na ten temat wskazuje jasno, że część zarodków odrzucanych dotychczas wyniku testów preimplantacyjnych i eliminowanych jako rzekomo „niezdolne do życia” w rzeczywistości była całkowicie zdrowa, a bardzo duża liczba dzieci na embrionalnym etapie rozwoju mogła zostać niesłusznie wykluczona i pozbawiona życia na podstawie błędnych założeń diagnostycznych. Testy preimplantacyjne, w tym PGT-A, nie dają więc absolutnej pewności ani co do rzeczywistego stanu zdrowia zarodka, ani co do jego przyszłego rozwoju, a wyniki tych testów, zgodnie z aktualną wiedzą medyczną wymagają szczególnej ostrożności w interpretacji. Nie powinny one także stanowić podstawy decyzji o odrzuceniu lub zniszczeniu zarodka. Tymczasem, mimo że współczesna literatura naukowa jednoznacznie wskazuje na istotne ograniczenia testów PGT, w Polsce są one nadal oferowane na szeroką skalę.

Podczas testów preimplantacyjnych pojawia się jeszcze jeden problem. Ryzyko uszkodzeń embrionów w wyniku biopsji blastomerów, która wciąż jest rutynowo wykonywana, mimo dostępności od kilku lat alternatywnych, nieinwazyjnych metod badania DNA zarodka z płynu hodowlanego. Zarówno biopsja blastomerów (czyli ich siłowe wyrwanie z zarodka), jak i pobieranie komórek trofoblastu w ramach diagnostyki preimplantacyjnej oznaczają bezpośrednią ingerencję w strukturę rozwijającego się embrionu i nie pozostają biologicznie obojętne. Procedury te niosą ryzyko uszkodzeń zarodka na poziomie molekularnym, zahamowania jego dalszego rozwoju, a w skrajnych przypadkach nawet jego obumarcia – zwłaszcza w połączeniu z kolejnymi manipulacjami laboratoryjnymi oraz procesem kriokonserwacji. Coraz więcej danych wskazuje, że ingerencje te mogą mieć odległe konsekwencje zdrowotne, ujawniające się w późniejszym wieku, m.in. w postaci zaburzeń metabolicznych, problemów behawioralnych, a być może także zwiększonego ryzyka chorób nowotworowych.

O ryzykach się nie mówi

Placówki in vitro, jako podmioty rynkowe, nie mają interesu w eksponowaniu ryzyk, kosztów ani długofalowych skutków procedur. Stąd też niniejsze opracowanie ma na celu uzupełnienie debaty publicznej o aspekty rzadko obecne w oficjalnych materiałach informacyjnych i promocyjnych.

Źródło: KAI

AF

Tragiczne losy dzieci z in vitro, czyli procedura, która zabija więcej istnień ludzkich niż aborcja

Uratowany po 30 latach, ale jego rodzeństwo nie miało tyle szczęścia. Tragiczne losy dzieci zamrożonych w laboratoriach in vitro

Bp Joseph Strickland przestrzega przed złem in vitro. Nie wolno akceptować tej niegodziwej procedury!

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij

Udostępnij przez

Cel na 2026 rok

Zatrzymaj ideologiczną rewolucję. Twoje wsparcie to głos za Polską chrześcijańską!

mamy: 8 442 zł cel: 500 000 zł
2%
wybierz kwotę:
Wspieram