Próżno szukać dzisiaj prezydenta w polskiej polityce. Parafrazując „klasyka”: prezydent jest epifenomenem, zamieszkującym Pałac Namiestnikowski. Co się stało z człowiekiem, który jeszcze niedawno zapewniał nas, że w drugiej kadencji poświęci się dla Polski, odpowiadając nie przed partią i prezesem, ale przed Bogiem i historią?
Prezydent znikł. To jest fakt, z którym trudno dyskutować. To znaczy – oddajmy mu to – szusuje na nartach, udziela się na Twitterze, gdzie – kiedy trzeba – złoży komuś kondolencje lub życzenia z jakiejś okazji a od czasu do czasu skomentuje nawet jakąś sytuację lub pochwali się spotkaniem z Robertem Lewandowskim. Ale przecież od roku nasz kraj toczy największy od trzydziestu lat kryzys zdrowotny, społeczny i gospodarczy. Czy naprawdę w takiej chwili człowiek, jeszcze niedawno solennie zapewniający nas w kampaniach wyborczych, że on dla Polski zrobi wszystko, powinien tkwić w cieniu i tylko nieśmiało zabierać głos w niezbyt istotnych sprawach lub bezrefleksyjnie żyrować wszystkie decyzje rządu? Czy jest w tym działaniu jakaś logika? A może prezydent po prostu nie jest zdolny do tego, by odgrywać istotną rolę w polityce?
Adrian ciągle żywy
Wesprzyj nas już teraz!
Nie brakuje osób przekonanych, że Andrzej Duda to jednak utalentowany polityk, który z czasem zademonstruje niezależność względem prezesa PiS. I nie chodzi o dawanie upustu jakiejś obsesji niezależności. Tak po prostu nakazuje zarówno logika troski o kraj, jak i politycznej gry. Gdyby prezydent cokolwiek rozumiał z polityki wiedziałby, iż zwycięstwo w wyborach prezydenckich dało mu do ręki potężną broń. Bo prezydent może w Polsce wiele, choć jego twarde kompetencje ograniczają się przede wszystkim do utrudniania pracy rządowi. Pamiętajmy jednak, że głowa państwa w owym utrudnianiu może być niezwykle skuteczna, co zawsze stanowi świetną kartę przetargową. Ciekawą polityczną dynamikę stwarza też nieokreśloność roli prezydent w Konstytucji. Daje ona możliwość „rozpychania się” przezeń łokciami, w czym przodował nie tylko Lech Wałęsa, ale też Aleksander Kwaśniewski.
Duda nie korzysta z możliwości, jakie stwarza mu urząd. Nie wykazuje żadnego politycznego temperamentu. Wygląda na to, że prawdziwe są plotki głoszące, iż prezydent jeśli wetował to nie dlatego, by cokolwiek uzyskać, ale po to, by zademonstrować swoją niezależność. Jak dziecko w piaskownicy – skoro rodzic każe mi iść do domu, to posiedzę pół minuty dłużej, by pokazać mu, że nie we wszystkim się go słucham.
O ile takie zachowanie Dudy w pierwszej kadencji można było usprawiedliwić chęcią przypodobania się własnemu obozowi politycznemu, o tyle druga kadencji jest w tym kontekście pokazem kompletnego niedołęstwa politycznego. PiS od lat sprawuje właściwie niepodzielne rządy, pacyfikując kolejne instytucje cieszące się jako taką niezależnością od władzy centralnej czy – po prostu – gabinetu przy ulicy Nowogrodzkiej. W sytuacji tak głębokiego kryzysu, z jakim mamy do czynienia od kilkunastu miesięcy, aż prosi się o to, by prezydent stał się przynajmniej surowym recenzentem działań rządu. Nie ma bowiem konsensu – także wewnątrz samego obozu władzy – w kwestii antyepidemicznej polityki rządu. Ambicją głowy państwa powinno być zatem zgromadzenie wokół siebie interdyscyplinarnego zespołu doradców, którzy dawaliby kontrę działaniom rządowym. W ten sposób prezydent nie tylko zaznaczyłby swoją obecność w polityce, zyskując poparcie społeczne – nie trzeba być geniuszem, by stwierdzić, że rządowa walka z pandemią będzie oceniana negatywnie, chociażby z powodu kosztów, jakie musiało ponieść społeczeństwo – a przy tym spopularyzowałby narrację o zatroskanym o losy państwa polityku.
Takie działanie miałoby oczywiście także wymiar moralny: krytycy posunięć rządu w walce z pandemią, choć wyrażają pogląd niemałej części społeczeństwa, są spychani na margines a nierzadko grozi się im sankcją. Wzięcie ich w obronę byłoby niewątpliwie swoistym pomostem, spajającym skłóconą wspólnotę narodową. Prezydent stałby się tym samym rzecznikiem rodziców, załamanych kondycją psychiczną swoich dzieci, ludzi starszych pozostawionych samym sobie i pozbawionych opieki medycznej, przedsiębiorców, którym bezprawnie ograniczono źródła zarobku, a wreszcie wszystkich nas, pozbawionych swobody kultu religijnego czy swobód politycznych.
Prezydent jednak nie zdecydował się na to. Owszem, zaprasza rząd na Radę Gabinetową, ale nic z tego nie wynika, poza grzecznym przytakiwaniem i żyrowaniem kolejnych absolutnie durnych pomysłów ministra zdrowia. A już za infantylne należy uznać domaganie się przez prezydenta otwarcia stoków narciarskich, by ten… mógł sobie pojeździć na nartach. Wielu to rozbawiło, ale mnie – przyznam – zaszokowało, szczególnie, że stoki wówczas faktycznie otwarto, ale na krótki czas, powodując w ten sposób milionowe straty ich właścicieli. Ale czego się nie robi, by realizować własne pasje…
Wróćmy jednak do pytania „dlaczego?”. Dlaczego prezydent, mimo iż w drugiej kadencji wolno mu więcej, wolał pozostać niemrawym Adrianem, snującym się po kątach politycznych salonów?
Przerażony jak Duda
Wydaje się, że Andrzej Duda po prostu przestraszył się roli, jaką przyszło mu sprawować. Nie tylko nie rozumie prezydenckiej funkcji, ale też nie potrafi się w niej odnaleźć. Nie sposób ukrywać już, że w koalicji rządzącej toczy się walka o schedę po Jarosławie Kaczyńskim. O miano lidera prawicy in spe ścierają się przedstawiciele „zakonu PC”, Mateusz Morawiecki, Jarosław Gowin i Zbigniew Ziobro. Jest jeszcze kilku aspirujących, jak choćby była premier Beata Szydło. Prezydent po prostu pogubił się w tej układance. Wróćmy znów do scenki z wieku dziecięcego: Andrzej Duda jest jak maluch, wpatrujący się w kłócących się rodziców. Rozumie, że dzieje się coś złego, ale nie ma pojęcia o co dokładnie chodzi. Nie tylko nie myśli angażować się w tę walkę, ale nawet nie chce rozstrzygać racji.
Przy tak wytłumionym temperamencie politycznym, Duda funduje swoim współpracownikom iście nudny żywot i brak perspektyw politycznego rozwoju. Nic dziwnego, że jego otoczenie zostało kompletnie wyjałowione, a intelektualnie najmocniejszy jego kompan Krzysztof Szczerski z coraz większą nerwowością poszukuje dla siebie godnego stanowiska, najlepiej w jakiejś międzynarodowej instytucji.
Z czego jednak bierze się indolencja prezydenta? Dlaczego niezdolny jest do podjęcia jakiejkolwiek inicjatywy? A jeśli już zdecyduje się zareagować albo się kompromituje (vide: „nowy kompromis aborcyjny”, który w istocie był powrotem do status quo pomimo wyroku Trybunału Konstytucyjnego), albo jest lekceważony przez wszystkie strony politycznego sporu (kandydatura Jana Rokity na funkcję Rzecznika Praw Obywatelskich)? Wydaje się, że są dwa zasadnicze powody. Pierwszy, to oczywiście ten charakterologiczny. „Polityczność” prezydenta kształtowała się w odniesieniu do silnego patrona (Zbigniewa Ziobry, Lecha i Jarosława Kaczyńskich). Zanim Duda został kandydatem na prezydenta, pełnił w istocie funkcje urzędnicze, wykonując polecenia a nie kreując rzeczywistość. Nie rozumie zatem, czym jest sprawczość w polityce.
Druga sprawa, to świadomość tego, co czeka go po opuszczeniu Pałacu Namiestnikowskiego. W trakcie ostatniej kampanii wyborczej prezydent zapewniał co prawda, że teraz odpowiadał będzie już tylko przed Bogiem i historią, ale zapomniał dodać jeszcze, że odpowie także przed własną żoną. Za stan bankowego konta. Andrzej Duda nie może bowiem liczyć – jak poprzednicy – na zaproszenia do zagranicznych ośrodków uniwersyteckich, w których mógłby wygłaszać referaty za grube pliki euro czy dolarów. Nie zostanie też tzw. doradcą w wielkim biznesie, ani szefem instytucji międzynarodowej. Jako polityk kojarzony z „antyeuropejskim” i „populistycznym” ugrupowaniem będzie raczej sekowany na salonach. A zatem prawdziwe frukta już mu odjechały. Pozostaje jedynie wierność idei partyjnej i przywiązanie do własnego obozu. Władza przecież zawsze się wyżywi, a nawet jeśli na jakiś czas PiS przesiądzie się z rządowych ław do opozycyjnych, samo ugrupowanie karmione pieniędzmi z kasy państwowej i posiadające niemały majątek jest zdolne wykarmić wiele gąb. Nie wspominając o wąskiej grupie skupionych wokół niego elit.
W interesie Andrzeja Dudy – niestety wyłącznie osobistym i materialnym – jest cierpliwe czekanie na wynik pisowskiej gry o tron. Zasada jest prosta: z nikim nie wchodzę w spór, sam się nie wychylam, nikomu nie wadzę, a może dzięki temu zapewnię sobie dostatnią emeryturę.
Nie wiązałbym w związku z tym żadnych nadziei z Andrzejem Dudą. Do końca kadencji pozostanie on raczej żyrantem rządowej polityki. Z jednej strony sparaliżowany perspektywą buntu przeciwko własnemu patronowi, z drugiej drżący o przyszłość po prezydenturze. Strach jest oczywiście naturalną, ludzką emocją, ale uleganie mu niekoniecznie dobrze świadczy o człowieku. Zwłaszcza, gdy jest się głową państwa. To dlatego prezydentura Dudy zapisze się w historii jako spektakularna porażka.
Tomasz Figura