Dzisiaj

Czy Karol Nawrocki spłacił kredyt zaciągnięty u prawicy? Bilans półrocza

(credit: Kuba Stezycki / Reuters / Forum)

„Ja w ogóle nie czuję się zmęczony, mógłbym jeszcze prowadzić kampanię, natomiast opinia publiczna nie chce” – powiedział Karol Nawrocki po morderczym, trwającym ponad pół roku wyścigu o fotel prezydenta RP. Była w tych słowach nie tylko autoironia, ale i złośliwe mrugnięcie w stronę wielotysięcznej armii polityków, dziennikarzy, aktywistów oraz tzw. „ludzi kultury”, którzy niemal codziennie, z użyciem najbardziej brutalnych i prymitywnych chwytów próbowali go pomówić, ośmieszyć i symbolicznie wykluczyć z życia publicznego. Nawrocki po prostu nie miał tych wyborów wygrać. A jeśli już wygrał – nie wolno mu było tej wygranej normalnie uznać. 

Prezydent nie do zaakceptowania
Psychiczna odporność okazała się Karolowi Nawrockiemu potrzebna szybciej, niż można było przypuszczać. Okres, w którym prezydent elekt zwykle spokojnie przygotowuje się do objęcia urzędu, tym razem w ogóle nie nastąpił. Zamiast wyczekiwanego uspokojenia, kurz bitewny jeszcze się zagęścił. Stało się tak za sprawą groteskowej, a zarazem niebezpiecznej narracji o „sfałszowanych wyborach” i konieczności ponownego przeliczania głosów. To, co na pierwszy rzut oka mogło wyglądać jak histeryczna reakcja przegranych, w istocie było próbą delegitymizacji nowej głowy państwa. A przechowywane w magazynach, piwnicach i zapleczach urzędów worki z kartami wyborczymi mogły zostać naruszone, więc ulegnięcie hasłom o ponownym przeliczeniu mogło doprowadzić do „cudów nad urną”. Choć dziś wspomina się to z pewnym rozbawieniem, wówczas sytuacja jawiła się jako groźna.

Twarzą operacji podważania werdyktu społeczeństwa był mściwy mecenas Roman Giertych, a z czasem (wbrew elementarnemu interesowi i stabilności państwa) jego narrację zaczął podchwytywać również Donald Tusk. Ostatecznie jednak sam Giertych doprowadził ją do absurdu, popadając w coraz bardziej fantastyczne teorie, których kulminacją było osławione stwierdzenie o rzekomym opanowaniu komisji wyborczych przez „bratów-kamratów”. Warto podkreślić jeszcze raz, że nie była to spontaniczna reakcja sfrustrowanej części elektoratu, lecz zorganizowana próba podważenia demokratycznego mandatu prezydenta, na wzór strategii już przetestowanej przez ideologiczną familię Tuska z kilku innych krajów Europy Zachodniej.

Wesprzyj nas już teraz!

Porównanie z wyborami sprzed pięciu i dziesięciu lat jest w tym miejscu pouczające. Wybór Andrzeja Dudy, choć również wywoływał sprzeciw, nie budził jednak aż takiej wściekłości i histerii. W pewnym sensie wydawał się „bardziej tolerowalny”. I to nie tylko ze względu na fakt, że od ostatnich wyborów postąpiła w Polsce brutalizacja życia politycznego. Istniał jeszcze jeden, głębszy powód. Karol Nawrocki reprezentował bowiem to, co lewicowo-liberalny salon od dawna traktuje jak obcy, a wręcz wrogi żywioł – społeczne „doły”. Wywodzi się bowiem z robotniczej rodziny, „z ulicy”, bez kapitału kulturowego, który w III RP wciąż pełni funkcję nieformalnego paszportu do elit. Andrzej Duda, wychowany w środowisku inteligenckim choć również wywodził się ze znienawidzonej przez establishment partii, klasowo wydawał się jednak „bardziej oswojony”. Nawrocki natomiast był postrzegany niemal jak barbarzyńca, który wtargnął na salony, choć – jak sugerował Maciej Stuhr  co najwyżej powinien stać pod Grand Hotelem jako ochroniarz. Joanna Szczepkowska nazywała go „chamem”, bywalcy opery na jego widok buczeli, a legion samozwańczych strażników dobrego smaku: od „ekspertek mody” po komentatorów lifestyle’owych pastwił się nad strojami, zachowaniem i manierami jego rodziny (nie oszczędzając nawet dzieci). Była to ewidentna klasowa pogarda, wykraczająca poza krytykę uprawianej polityki. 

Paradoksalnie właśnie to upokorzenie, ta obsesyjna potrzeba symbolicznego „ustawienia na miejscu” rodziny Nawrockich przyniosła skutek odwrotny do zamierzonego. Nawroccy zaczęli wzbudzać sympatię, ponieważ to z nimi utożsamiali się zwykli Polacy, a nie z wielkomiejskimi snobami, którzy od lat mówią im, jak mają żyć, głosować i co uważać za „cywilizowane”. Nieumiejętne ataki, mające dowieść, że Nawrocki z racji swoich „ludowych” korzeni nie będzie godnie reprezentował państwa, rozbiły się w drobny mak. Zamiast kompromitacji, przyniosły mu rosnące poparcie, a zamiast wywołania poczucia „obciachu”, wzmocniły jego mandat. Tym samym Karol Nawrocki od pierwszego dnia prezydentury pokazał, że jest zawodnikiem, którego nie da się już odesłać „do drzwi dla służby”.

Kredyt u prawicy
Karol Nawrocki nie miał wyłącznie wrogów. Między pierwszą a drugą turą wyborów doszło do zjawiska, które w realiach polskiej polityki niemal zakrawało na cud: szerokiego zjednoczenia skłóconej prawicy w obronie przed domknięciem systemu przez Rafała Trzaskowskiego. Dla wielu środowisk jego zwycięstwo oznaczałoby przejście rewolucji kulturowej w Polsce z fazy pełzającej w fazę gorącą. W praktyce cztery główne nurty prawicy: socjalny, narodowy, konserwatywno-liberalny i antysystemowy uznały Nawrockiego za ostatnią zaporę przed tym czarnym (a w zasadzie: tęczowo-zielonym) scenariuszem. Tym poparciem nowy prezydent zaciągnął polityczny kredyt zaufania. I zdaje się, że przynajmniej w pierwszym półroczu nie roztrwonił go. Owszem, pojawiły się napięcia. Wolnorynkowa prawica krytykowała podpisanie przez niego ustawy dotyczącej branży futerkowej oraz podwyżkę podatku CIT dla banków (na osłodę prezydent zawetował jednak ustawę o rynku kryptoaktywów). Były to jednak incydenty, a nie pęknięcia w fundamencie poparcia. Bilans pierwszych miesięcy prezydentury okazał się dla prawicy w dużej mierze korzystny.

Najbardziej widoczną zmianą była korekta polityki wobec Ukrainy, zapowiadana już w kampanii, gdy Nawrocki jednoznacznie stwierdzał, że Kijów nie może liczyć na wejście do UE i NATO bez rozliczenia własnej przeszłości historycznej. Momentem symbolicznym było jego spotkanie z Wołodymyrem Zełenskim, podczas którego wręczył mu publikację IPN poświęconą rzezi wołyńskiej. Zwracało uwagę również to, czego nie było: ostentacyjnego fraternizowania się i rytualnych gestów bezwarunkowego poparcia. Za symbolami poszły konkretne decyzje. Prezydent zawetował nowelizację ustawy o pomocy obywatelom Ukrainy, która utrzymywała szeroki dostęp do świadczeń i bezpłatnej opieki zdrowotnej. Zaproponował model oparty na zasadzie wzajemności i aktywności zawodowej.  Ponadto utrudnił procedury nabywania obywatelstwa i zainicjował działania przeciwko promocji ideologii banderowskiej w przestrzeni publicznej. Co istotne, robił to bez wojowniczej retoryki i bez emocjonalnych tyrad – raczej w tonie chłodnej korekty niż ideologicznej krucjaty.

Drugim obszarem, w którym Nawrocki zyskał przewagę nad swoim poprzednikiem w oczach prawicy, była większa gotowość do konfrontacji ze środowiskami prawniczymi. Szczególnym momentem było odmówienie podpisania nominacji 46 sędziom, którzy otwarcie podważali legalność Krajowej Rady Sądownictwa, nie uznawali tzw. „neosędziów” oraz podpisywali apele kwestionujące reformy wymiaru sprawiedliwości z czasów rządów PiS. W przeciwieństwie do Andrzeja Dudy, który sprawiał wrażenie związania swoistą lojalnością wobec korporacji prawniczych Nawrocki nie okazał w tej sprawie żadnych ustępstw. Dla znacznej części prawicy był to sygnał, że nowy prezydent nie zamierza być notariuszem środowisk, które od lat roszczą sobie prawo do stania ponad demokratycznym mandatem.

Podobnie wyglądała jego postawa wobec Unii Europejskiej, szczególnie w kontekście umowy UE–Mercosur. Tym razem nie poprzestał na deklaracjach. Podjął próby budowania koalicji sprzeciwu wobec porozumienia z Włochami, Francją i państwami bałtyckimi, a równocześnie zainicjował ustawę o ochronie polskiej wsi. Zmieniano w niej preambułę ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego, dodając zapis o konieczności ochrony krajowego rolnictwa przed skutkami umów handlowych z Ameryką Południową. Wprowadzono także przedłużenie zakazu sprzedaży polskiej ziemi rolnej obcokrajowcom o kolejne dziesięć lat, co w realiach ewentualnego wejścia w życie umowy z Mercosur mogło zapobiec masowemu wykupowi gruntów przez zagraniczny kapitał. Ten sam duch narodowego protekcjonizmu pojawił się w prezydenckim wsparciu dla górnictwa – jako gwaranta bezpieczeństwa energetycznego i miejsc pracy, zagrożonych unijną polityką dekarbonizacji. Był też zdolny do konfrontacyjnego weta wobec ustawy wdrażającej unijny akt DSA, który ogranicza wolność słowa przez pośrednie wprowadzenie prewencyjnej cenzury w internecie.

Łączący prezydent
Na ogół pozytywnie oceniana przez wszystkie główne odłamy prawicy aktywność prezydenta Nawrockiego sprawiła, że zaczął on być postrzegany jako symboliczny patron ich potencjalnej współpracy po przyszłych wyborach parlamentarnych. Nawet jeśli taka prognoza wydaje się dziś przedwczesna, faktem pozostaje, że już w pierwszych miesiącach urzędowania z prezydentem spotykali się zarówno Krzysztof Bosak, jak i Sławomir Mentzen.

Sprzyjał temu również nieantagonizujący kształt Kancelarii Prezydenta, w której znalazły się osoby częściej łączące niż dzielące. Przykładem jest choćby Sławomir Cenckiewicz jako szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego – postać z jednej strony ceniona w środowisku Prawa i Sprawiedliwości, z drugiej posiadająca wyraźny rys tradycjonalistyczny. Nawet nominacje wywodzące się z zaplecza politycznego Nawrockiego nie należały do tych, które prowokowałyby otwarty sprzeciw konkurencyjnych środowisk. Dobór kadr był wyraźnie przemyślany – nie pod kątem lojalności frakcyjnej, lecz zdolności do budowania mostów. 

Podobną funkcję pełniło powołanie Rady Parlamentarzystów, w której znaleźli się politycy z różnych stron sceny politycznej, m.in. Grzegorz Płaczek i Witold Tumanowicz z Konfederacji czy Paulina Matysiak z kręgu tzw. „alternatywnej lewicy”. Łączyło ich nie ideologiczne podobieństwo, lecz gotowość do wyjścia poza bieżący spór w imię projektów modernizacyjnych, infrastrukturalnych i rozwojowych. W ten sposób Karol Nawrocki uniknął łatki partyjnego notariusza, z którą przez lata borykał się Andrzej Duda.

Z konserwatywno-narodowego punktu widzenia pierwsze pół roku prezydentury Nawrockiego ujawniło kilka cech, które pozwalają patrzeć w przyszłość z ostrożnym optymizmem: gotowość do konfrontacji, gdy wymaga tego interes państwa, odporność na dyktat jakiegokolwiek środowiska, pozbawioną kompleksów suwerenistyczną optykę oraz próbę połączenia programu prospołecznego z elementami elementami narodowymi i wolnościowymi (zwłaszcza w sferze swobody wypowiedzi). To wszystko, wraz z rysem psychologicznym człowieka zdecydowanego i odpornego sprawia, że dla obozu rządzącego okazuje się niebywale trudnym przeciwnikiem; kuloodpornym na kolejne próby ataków, które zamiast nim zachwiać – tylko go wzmacniają.  

Ludwik Pęzioł

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie