Dzisiaj

Czy wciąż grzeszymy tak samo? Ksiądz Skarga wzywa Polaków do pokuty

(PCh24TV)

Ksiądz Piotr Skarga piętnował grzechy Polaków żyjących na przełomie XVI i XVII wieku. Nie dbał o poprawność polityczną i nie hołdował przywarze, o której późniejsze przysłowie głosi: Największy polski święty? Święty Spokój! Dla jednych płomienny prorok, dla drugich przenikliwy realista. Jaką duchową spuściznę pozostawił nam Kaznodzieja Narodu i czy w jego kazaniach odnajdziemy obraz naszych współczesnych grzechów, przez które tracimy błogosławieństwo Boże? A może do miary tych grzechów przydajemy nowe, o których nie śniło się naszym przodkom? Na te pytania odpowiada Sławomir Skiba, wiceprezes Stowarzyszenia im. Księdza Piotra Skargi.

Rozmowa ukazała się w trzecim numerze Kwartalnika PCh24.pl – kliknij TUTAJ i pobierz PDF

Ksiądz Piotr Skarga w trzecim kazaniu sejmowym zawarł słynny opis tego, jakie będą skutki grzechów Rzeczypospolitej. Obrazowi upadku politycznego i wizji utraty państwowości towarzyszą słowa odnoszące się do samej istoty tożsamości narodowej. Kaznodzieja kieruje do rządzących wówczas elit jakże aktualne słowa, zapowiadając iż „w obcy się naród, który Was nienawidzi, obrócicie”. Czy nie ma Pan wrażenia, że żyjemy dziś w czasach spełnionego proroctwa?

Wesprzyj nas już teraz!

Z pewnością tak, ale zwróćmy najpierw uwagę, czym właściwie były te „proroctwa” księdza Skargi. Sam Skarga mówi we Wzywaniu do pokuty[1]: „Chociem nie Izajasz, ale cień jego i najpodlejszy posłaniec Boży z porządku kapłańskiego, jednak z Izajaszem wołam…”, i nie miał ku temu żadnych szczególnych objawień czy widzeń. My, za sprawą naszych romantyków, mamy przed oczyma Skargę, który ma wizję, jest przez tę wizję porwany i opowiada o tym, co widzi. Ale tak naprawdę Skarga mówi o tym, że opiera się na zdrowym rozsądku i przewiduje konsekwencje popełnianych grzechów, które mają nastąpić i z pewnością nastąpią, jeżeli kierujemy się logiką tych wydarzeń i tych grzechów.

Czy jesteśmy dzisiaj w momencie, w którym możemy powiedzieć, że obróciliśmy się w obcy naród? Myślę, że ksiądz Skarga, mówiąc do sobie współczesnych, ma na myśli również tych wszystkich, których udziałem będzie podobne odstępstwo i przewiduje, że w każdym czasie musi ono doprowadzić do upadku Rzeczypospolitej. Skarga zwracał się do Polaków w konkretnym kontekście historycznym, w którym Polska obrastała w dobrobyt i sławę. Mówił do sytego społeczeństwa polskiego, żyjącego w olbrzymim kraju, niemal największym w Europie, o prawie milionie kilometrów kwadratowych powierzchni, bardzo bogatym, jednym z najbardziej wpływowych w Europie; zwracał się do wolnych obywateli mocarstwa i właśnie do nich mówił, że ich kraj obróci się w perzynę, a oni sami w obcy naród, że kto inny przejmie ich spuściznę, a wszystko wokół zostanie spustoszone. Skarga jest w tym podobny do Noego, który budował arkę i groził wszystkim karą za grzechy, podczas gdy ludzie oddawali się zabawom i beztrosko pławili się w rozkoszach.

W naszych czasach to obracanie się w obcy naród nabiera szczególnego znaczenia. Po okresach upadków i wzlotów nasza substancja narodowa jest w stanie ostatecznego rozkładu i przy takiej demografii i kryzysie tożsamości – jeżeli nic się nie zmieni – to pozostanie nam chyba tylko czekać aż obcy, to jest imigranci przejmą pałeczkę w naszym kraju.

Ksiądz Piotr Skarga w swojej wizji upadku Rzeczypospolitej mówi między innymi o tym, że zaginie język słowiański, a przecież dzisiaj wciąż mówimy po polsku, pochodzimy z etnosu polskiego, chociaż spora część naszego narodu, łącznie z politykami, zdaje się nie utożsamiać z tymi tradycjami, cnotami, zasadami, które budowały Polskę. Nie ma Pan wrażenia, że mamy do czynienia z pewnym paradoksem?

Niewątpliwie. Weźmy sam język, który Pan przywołał. Gdybyśmy spojrzeli na tę degradację mowy polskiej, jaka nastąpiła po okresie jego rozwoju od staropolszczyzny do XIX-wieku, to – pomimo kodyfikowania zasad gramatyki, ortografii i tak dalej – nie unikniemy wrażenia, że nasz język stale ubożeje, staje się coraz bardziej prymitywny. Jest to oczywiście odzwierciedleniem pewnej pustki, jaką zioną umysły i serca Polaków, bo przecież język jest niczym innym jak nośnikiem treści, które z siebie wydobywamy. On wyraża to, kim jesteśmy i co gra w naszej duszy. Powstaje pytanie, na ile ten język jest też językiem cywilizowanym i kulturalnym? Na ile okazujemy w nim miłość bliźniego? Jeżeli zaczyna brakować tych znanych przecież ze staropolszczyzny zwrotów grzecznościowych czy formuł wyrażających szacunek do drugiego człowieka, to widzimy, jak nisko stoi nasza kultura.

Kiedy rozmawiamy o kondycji Polski, chciałbym zaprosić Pana do swoistej wycieczki śladami myśli księdza Piotra Skargi, a konkretnie tych grzechów, które zarzucał Rzeczypospolitej ówczesnym Polakom. Proponuję, byśmy omówili po kolei grzechy, które piętnuje Skarga w Kazaniach sejmowych i proszę Pana refleksję, czy te grzechy są wciąż aktualne, czy znajdują swoje odzwierciedlenie w dzisiejszym kontekście. Pierwszym zaś z nich jest nieżyczliwość ku Ojczyźnie, o której Kaznodzieja mówi w kazaniu drugim. Gdy o tym czytam, to mam przed oczyma tych wszystkich polityków, którzy mówią o Polsce, być może nawet prawdziwie nazywając pewne problemy, ale do ich rozwiązania podchodząc w sposób całkowicie pozbawiony tej synowskiej miłości, która z taką siłą przebija z żywota i dzieła Piotra Skargi.

Ach, oni nie tylko nie podchodzą z miłością do Ojczyzny, ale słyszymy w ich wypowiedziach wręcz pogardę dla Ojczyzny, pogardę dla swoich współobywateli, dla narodu. Jak daleko jest ich język od tego skargowskiego języka – że Polska to nasza matka – do którego nota bene nawiązuje Ojciec Święty Jan Paweł II, kiedy mówi w uniesieniu: „To jest moja matka, ta ziemia! To jest moja matka, ta Ojczyzna! To są moi bracia i siostry! I zrozumcie, wy wszyscy, którzy lekkomyślnie podchodzicie do tych spraw…”. Dzisiaj widzimy, że ci politycy, o których Pan powiedział, nie wymieniając ich z imienia i nazwiska (kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha), to są ludzie, którzy nawet jeśli wypowiadają się o Polsce, to w ich słowach słyszymy fałsz, jakby sami nie wierzyli, że ta Ojczyzna, Polska, ma jakąś dla nich wartość inną niż wartość słupków wyborczych i władzy, jaką chcą utrzymać. I nie chodzi tylko o polityków lewicy. Często nawet u polityków prawicy brakuje autentycznego zachwytu nad Polską, docenienia tego, że mamy swój kraj, że mamy jakieś pozostałości niepodległości i suwerenności, których powinniśmy strzec jak źrenicy oka. A tak wielu chętnie oddaje Rzeczpospolitą nawet nie za judaszowe srebrniki, lecz za jakieś ulotne pochwały, za pogłaskanie po głowie za to, że jest się akuratnym i poprawnym.

Przejdźmy zatem do drugiego wymienionego przez Skargę grzechu, czyli do niezgody domowej. Rzecz wydaje się stara jak świat, a jednak pojawia się na liście tych specyficznych przewin, które doprowadziły do upadku Rzeczypospolitej. Czy uważa Pan, że to coś, w czym my, Polacy szczególnie celujemy wśród narodów?

Tak, jest w nas coś takiego, czego doświadczają nawet Polacy na obczyźnie. Kiedy się rozmawia z przedstawicielami Polonii, to można wyczuć tkwiącą gdzieś w nas zakorzenioną zazdrość, spowodowaną tym, że mój sąsiad ma trochę lepiej ode mnie, a do tego nieprzychylność względem bliźnich, sąsiadów, pobratymców, brak miłości bliźniego, która pozwalałaby cieszyć się szczęściem innych. Wyolbrzymiając, moglibyśmy powiedzieć, że brzmi to w naszej duszy narodowej niemalże jak fałszywa modlitwa: Panie Boże skoro ja nie mam, to on też niech nie ma, niech ma tak samo trudno, niech cierpi tak jak ja…

Tę modlitwę znamy przecież z Dnia Świra

Otóż to. Znamy to nawet z popkultury. A wracając do przykładu Polonii, moja ciotka, która mieszka w Stanach Zjednoczonych, mówi, że czasami nawet nie chce się spotykać z innymi Polakami, bo jak się spotyka, to ma wrażenie, że wszyscy pytają „co u ciebie?” nie żeby się z tego powodu cieszyć, tylko właśnie, żeby pozazdrościć. To jest paskudna cecha, z której się nie wyleczyliśmy, zaś Skarga z pewnością też tę nieżyczliwość ku sobie nawzajem dostrzegł. Widział niezgody domowe i potrzebę umniejszania nie siebie, lecz innych, także to niebycie dla drugich sługą w sensie ewangelicznym, lecz przeciwnie, żądanie, by inni się przed nami ukorzyli; niech oni najpierw przeproszą, niech pierwsi wyciągną rękę, niech pierwsi okażą nam szacunek.

Nie odniósł się Pan do polityki. Ale myślę, że to dobrze. W ten sposób przypomniał Pan, że to, z czym mamy do czynienia w życiu publicznym, zaczyna się w naszym sercu.

Zgadza się. Nienawiść zaczyna się w naszym sercu. Powiedziałbym, że wszystkie szumowiny z tego kotła, w którym diabli mieszają[2], wybijają na powierzchnię, a najbardziej wyraźnie w polityce. Mamy tam wykwit najróżniejszych grzechów. Nienawiść i zazdrość posunięte aż do granic jakiejś niemalże pseudo-cnoty, tak że mamy wrażenie bezinteresownej wręcz nienawiści, kiedy widzimy te współczesne komisje sejmowe, tę chęć dopadnięcia przeciwnika politycznego, jakby to był najgorszy wróg na polu bitwy. Nieważne, czy pretekstem będzie tu stan choroby tego drugiego czy inne dolegliwości; nie tu ma żadnych ludzkich względów. Dla wroga nie ma współczucia. To jest tak głęboko antychrześcijańskie, że może równać się tylko z barbarzyństwem Wschodu. Z tymi hordami ze Wschodu, które były gotowe pastwić się i męczyć drugiego człowieka tylko po to, by przyglądać się jak cierpi. To jest barbarzyńska, wroga cywilizacji cecha, stojąca na antypodach ewangelicznego wezwania do miłości bliźniego.

To, co Pan mówi, jest w pewnym sensie prowokacyjne. Wciąż przecież słyszymy, że Polacy są jednym z najbardziej katolickich narodów na świecie. Czy w takim razie cierpimy na jakiś fundamentalny brak? A może nie zostaliśmy do końca zewangelizowani?

Myślę, że to drugie. Proces cywilizowania, chrystianizowania narodów jest długofalowy i wymaga wzoru, z którego możemy czerpać. Ten wzór niosą elity i sądzę, że problem braków w chrystianizacji był mniej widoczny, dopóki te elity mieliśmy – te prawdziwe elity intelektualne, elity krwi, ale i elity ducha – tych, którzy nadawali ton. Dzisiaj tym lepiej widać nasze wady narodowe, że brakuje tych elit, które zostały wymordowane. Naród został spauperyzowany przez komunizm. Oczywiście najpierw zaborcy dokonali pewnego spustoszenia, a później pierwsza i druga wojna światowa, ale najgorszą rzeczą był barbarzyński komunizm, który wszystkich zglajszachtował i wybił te resztki elit, które posiadaliśmy jeszcze w międzywojniu.

Dlatego dzisiaj widzimy wychodzące na jaw najniższe instynkty, które nie zostały dotąd schrystianizowane. Bo, jak powiedział św. Pius X, cywilizacja par excellence to cywilizacja chrześcijańska. Schrystianizowanie równa się ucywilizowaniu. Jeżeli mamy w sobie barbarzyństwo, to znaczy, że nie zostaliśmy do końca schrystianizowani w swojej masie. Ktoś powie, że to, co właśnie mówię, jest mało patriotyczne i że oglądam się na obce wzorce. Lecz gdy przyjrzymy się kulturze dnia codziennego, w tym sposobowi zwracania się do siebie w innych narodach, tych na zachód od nas, to zauważymy, że spadają oni z wyższej góry. Mają zatem więcej do stracenia. Upadek moralny, czy też problemy związane z imigracją, posunęły się tam znacznie dalej, choć degradacja kulturowa w krajach, które nie zostały unicestwione przez komunistyczny walec, postępuje z dużo mniejszą prędkością. Kto nie wierzy, niech spojrzy, jak zachowują się tam dzieci, jak odnoszą się do obcych, do dorosłych. Mówię o takich krajach, jak Francja czy Niemcy, gdzie nawet na ulicy można spotkać dzieci, które mówią „dzień dobry panu”, „dzień dobry pani”. Osobiście tego doświadczyłem. Tymczasem w naszym otoczeniu dzieci często nawet nie pozdrawiają starszych. Aspekty wychowania, które były oczywiste, gdy byli wśród nas bliscy, którzy pamiętali kulturę choćby II Rzeczpospolitej, stają się całkowicie nieobecne, a to musi się przekładać na wszystkie inne dziedziny życia, na brutalizację obyczajów.

W tym momencie przychodzą mi do głowy piękne słowa z Pana Tadeusza o tym, że „Sędzia w domu dawne obyczaje chował, i nigdy nie dozwalał, by chybiano względu dla wieku, urodzenia, rozumu, urzędu”…

Tak, jako naród o tym wszystkim zapominamy; o tym, że takie względy się po prostu należą. Mało kto zwraca uwagę nawet na ustępowanie miejsca czy inne tego typu gesty, które budują kulturę codzienności.

A propos kulturowej pauperyzacji, o której Pan już wspomniał: byłem bardzo miło zaskoczony, gdy kolega Włoch powiedział, że pomimo ich upadku moralnego, w każdym włoskim liceum, w klasach o profilu humanistycznym, standardem jest nauczanie łaciny i greki. W klasach o profilu ścisłym uczy się tylko łaciny.

To oczywiście element klasycznego wykształcenia, które dzisiaj jest u nas z takim zapałem niszczone. Obecna deforma Ministerstwa Edukacji Narodowej zrzuca nas do jeszcze niższych kręgów.

Kolejny grzech Rzeczypospolitej został opisany w kazaniach czwartym i piątym. Ksiądz Skarga mówi w nich o naruszeniu religii katolickiej przez zarazę heretycką i o tym jako katolicka wiara, policyj[3] i królestw szczęśliwie dochowywa, a heretyctwo je obala. Czy dziś, gdy państwo szanujące prawo i panowanie Boże nie jest już nawet dalekim wspomnieniem, słowa te nie wydają się abstrakcyjne?

Nasze dzisiejsze położenie jest dalekim odpryskiem skutków rewolucji protestanckiej. Dla księdza Skargi i ojców jezuitów było jasne, że innowiercy są rewolucjonistami, ponieważ niszczyli same podstawy ładu społecznego. To nie tylko poglądy religijne. Niosły one za sobą również konsekwencje polityczne. Skarga w innym miejscu powie, że katolik i heretyk nie mogą mieć tego samego rozumienia sprawiedliwości. Jakim sposobem bluźnierca może być sprawiedliwy, skoro w pierwszej kolejności obraża samego Boga?

A jak ma się rzecz dzisiaj, kiedy religia katolicka jest w zupełnej defensywie? Gdy tylko ktoś wspomni o potrzebie poszanowania chrześcijańskiej antropologii czy zachowania cywilizacji i spuścizny chrześcijańskiej, to jest oskarżany o postulowanie państwa wyznaniowego i naruszenie neutralności czy też rozdziału Kościoła od państwa i inne bzdury, które pokazują porażającą ignorancję w zakresie tego, co stoi u podstaw Rzeczpospolitej. Religia katolicka ufundowała nasze państwo i dopóki będzie ono wierne swemu dziedzictwu, dopóty będzie zachowywało odniesienia do prawdziwej religii. Wiara katolicka jest wciąż obecna w pewnych symbolach, przy okazji uroczystości państwowych, ale to forma szczątkowa i zanikanie katolickich zasad w codziennych relacjach spycha nas w kierunku barbarzyństwa. Z drugiej strony wracają te same problemy, z którymi zderzało się duchowieństwo w dobie tzw. reformacji – nie tylko bluźnierstwa, ale i otwarte ataki na Najświętszy Sakrament i na osoby duchowne. Dlaczego ksiądz Skarga założył Arcybractwo Najświętszego Sakramentu? To nie była tylko kwestia pobożności. W tamtych czasach, kiedy szerzyły się prądy protestanckie, nierzadkie były ataki na księdza idącego z Najświętszym Sakramentem do chorych i podstawową funkcją Arcybractwa była fizyczna ochrona kapłana przed atakami heretyków. Dzisiaj pod tym względem chyba pobiliśmy już wszelkie rekordy, na co Skarga z pewnością reagowałby ze świętym gniewem i wielkim oburzeniem. Także jesteśmy w sytuacji, kiedy Pan Bóg zwleka z opłatą za te wszystkie bluźnierstwa.

W sukurs przychodzi nam sakrament pokuty, o którym Skarga mówi w kazaniu piątym, wskazując na znaczenie spowiedzi dla jakości moralnej życia publicznego.

Tak, bo żeby była spowiedź, potrzebny jest też rachunek sumienia. Potrzebne jest spojrzenie na siebie w prawdzie, czyli w pokorze i w odniesieniu do Pana Boga, do Jego Miłości. Polityk, który poważnie traktuje spowiedź, ma też obowiązek zadośćuczynienia, gdyby uczynił coś publicznie przeciwko wierze i moralności. Jeżeli któreś z wyznań chrześcijańskich może upatrywać obiektywnej pewności odpuszczenia grzechów, to jedynie katolicyzm. Pozostaje on bowiem wierny Bożemu objawieniu, sakramentom i całej tej strukturze Kościoła, która nie pochodzi przecież od człowieka, lecz płynie z Boskiego ustanowienia. Odróżnia nas to od protestantów. Zresztą, można to zaobserwować na dużo bardziej przyziemnym przykładzie. Spójrzmy, które tradycje kulinarne są najbardziej bogate i wykwintne? No właśnie kuchnie katolickie. Jest nawet taka anegdota, że gdy katolik pójdzie do spowiedzi i otrzyma rozgrzeszenie, to poczuje w sobie wielką duchową radość, którą chciałby jakoś zamanifestować na zewnątrz. Wróci do domu i w naturalny sposób znajdzie ujście dla tej duchowej radości w zwyczajach czysto materialnych, w dobrej kuchni czy sięgnięciu po dobry trunek. W sumieniu protestantów, którzy ciągle żyją w niepewności i nie wiedzą, czy Pan Bóg im przebaczył i czy żyją w łasce Bożej, może rodzić się – oczywiście bardzo upraszając – pewna frustracja. Myślę, że po trosze mogą – w dobrym tego słowa znaczeniu – zazdrościć katolikom możliwości wyspowiadania się i uzyskania poczucia, że jest się oczyszczonym z grzechów. Ale możliwe to jest tylko w konfesjonale.

Jeżeli jesteśmy zobowiązani do wycofania się z grzechu i do naprawienia go, to jak możemy mówić o politykach w Polsce, którzy nazywają się katolikami, chodzą do kościoła, a potem głosują jakby nigdy nic za liberalizacją dostępu do aborcji albo podpisują ustawę o in vitro?

To są grzechy publiczne, o których wielu z tych polityków nie chce słyszeć – i jest to być może ignorancja zawiniona. Gdy popełniają oni grzechy publiczne, sprzeciwiające się doktrynie Kościoła, to w wielu przypadkach mogą podlegać ekskomunice na mocy samego tego faktu. Za aborcją głosują całkiem jawnie. Podobnie podpisują też ustawę o in vitro, w oczywisty sposób sprzeciwiając się nauce wiary i moralności. W takim przypadku nie wystarczy sama spowiedź. Grzechy publiczne domagają się wszakże publicznego zadośćuczynienia, jest w tym olbrzymia odpowiedzialność. Wielu nie chce się nawet nad tym zastanowić. Sądzą, że nawet jeśli zagłosowali za aborcją, to wciąż mogą, ze spokojnym sumieniem, przystępować do Komunii Świętej. Ale tak nie jest. Jeśli sądzą, że mogą praktykować podwójną moralność i że wolno im przystępować do sakramentów, mimo iż publicznie się sprzeciwiają się nauczaniu Kościoła poprzez konkretny akt, jakim jest choćby oddanie głosu na prawa godzące w prawo do życia – to są w wielkim błędzie.

Grzech, który wymienia ksiądz Skarga w kazaniu szóstym, to osłabienie królewskiej dostojności i władzy. Dziś wiadomo, że królestwo polskie jest już wspomnieniem, niestety, dość abstrakcyjnym. Pokazały to na przykład tegoroczne obchody tysiąclecia Korony Polskiej. Ale czy żyjemy w państwie, które moglibyśmy traktować poważnie? I czy mamy władzę, która z odpowiednią siłą i sprawiedliwością zadbałaby o dobro wspólne i która potrafiłaby godnie reprezentować ponadczasowy majestat Rzeczypospolitej?

Nie bez powodu straciliśmy szacunek dla władzy. Dziś padają kolejne bastiony, gdy patrzymy, co dzieje się z władzą sądowniczą. Z kolei dowodem upadku władzy wykonawczej był w ostatnim czasie spektakularny najazd na Pałac Prezydencki. To bardzo symboliczne. Nic wielkiego się z tego powodu nie stało, nie było żadnej reakcji. Przy forsowaniu domu Głowy Państwa (tej pozostałości po monarchicznym ustroju) nie padł ani jeden strzał. Do domu prezydenta i naczelnego zwierzchnika Sił Zbrojnych wpadły służby, aby pod jego nieobecność dokonać przeszukania pomieszczeń. Służby mające bronić prezydenta nie zareagowały i pozwoliły innym służbom uderzać w głowę państwa. To rzecz bezprecedensowa. Za mniejsze przewiny przed II wojną światową ludzie dostawali srogie kary. Tymczasem za brak szacunku dla munduru polskiego, a do tego za zniewagę majestatu Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, którą przecież reprezentuje Głowa Państwa, nikomu włos z głowy nie spadł.

Dość wspomnieć o nagminnym łamaniu prawa przez rząd oraz uchwalaniu ustaw sprzecznych z ustawą zasadniczą — zjawisku, które nasila się od kilku lat. Co powiedzieć o uznaniowym kwestionowaniu ważności sędziów? Jaki sygnał otrzymują w ten sposób obywatele? Jest to oczywiście sygnał, że w tym państwie nic nie jest stabilne i że żadna władza nie gwarantuje im bezpieczeństwa. Zazwyczaj jest to moment poprzedzający upadek i anarchię.

Tym samym wskazał Pan na kolejny punkt naszej rozmowy, a zarazem jeszcze jeden grzech Rzeczypospolitej wymieniony przez Skargę. Jest nim stanowienie praw niesprawiedliwych. Z jednej strony istnieją prawa ludzkie, a z drugiej — Kaznodzieja wspomina o prawie przyrodzonym, które my nazywamy prawem naturalnym. Pomstuje przy tym na krzywdy wyrządzane na niższych klasach; choćby na fakt, że pan staje przed chłopem jako samozwańczy sędzia, który może nawet zabić, nie ponosząc za to żadnej odpowiedzialności. Mamy więc do czynienia z podeptaniem praw Boskich, a zarazem z pewną uznaniowością tego ludzkiego prawa. Brzmi to znajomo?

Jak najbardziej, z tym że dziś możemy do tego dodać także dyktat zewnętrzny w postaci Unii Europejskiej. Czy to z własnej inicjatywy, czy pod presją Brukseli, prawodawcy występują przeciwko prawu naturalnemu oraz prawom z niego wynikającym. Gwałcone są prawo do życia i prawo własności. Ochrona wolności w jej najbardziej podstawowych i oczywistych wymiarach nie znajduje dziś miejsca w prawodawstwie. Pod pewnymi względami stoimy na poziomie niższym niż niewolnicy, ponieważ odmawia się nam nawet przyrodzonego prawa do obrony, w tym prawa do posiadania broni. Wszystkie te ataki na własność prywatną oraz na możliwość korzystania ze środków transportu, dokonywane pod pretekstem rozmaitych ideologii, stanowią w istocie zamach na nasze przyrodzone prawa..

Kiedy mówi Pan o współczesnym niewolnictwie, to czy nie ma Pan wrażenia, że pewne mentalne blokady Polaków, które nie pozwalają nam zrozumieć, że powinniśmy być panami na własnej ziemi, są jakąś odległą w czasie konsekwencją szlacheckiej swawoli; tej, którą piętnował ksiądz Skarga?

Być może jest tak, że naród w ogromnej mierze ponosi dziś konsekwencje tej swawoli i anarchii szlacheckiej, schodząc do poziomu dawnego ludu — zdegradowanej grupy społecznej, jaką byli w istocie, nie ma co tego ukrywać, chłopi: często przywiązani do ziemi i pozbawieni wielu praw. Naród doświadcza dziś w swej masie tego, czego niektórzy mogli doświadczać w przeszłości, a być może nawet w stopniu jeszcze większym. Faktem jest, że sytuacja polskich chłopów w XVII wieku nie była godna pozazdroszczenia. Pisze o tym ksiądz Skarga, upominając się o los włościan i przypominając, że jeszcze sto lat wcześniej chłopi mieli możliwość skarżenia się na złych panów, nawet przed królem. W czasach Skargi staje się to już praktycznie niemożliwe — zanika równość wobec prawa, wywiedziona z prawa rzymskiego i z najlepszych tradycji cywilizowanych stosunków społecznych. Znika także możliwość ojcowskiego traktowania poddanych przez króla oraz ingerowania tam, gdzie było to konieczne, w niesprawiedliwe relacje, a także czuwania nad porządkiem społecznym w tym zakresie.

Na co dzień doświadczamy skutków tego spauperyzowania, niskiej świadomości oraz swoistego znieczulenia na potrzebę wolności. Można odnieść wrażenie, że większość narodu wolności nie potrzebuje albo że oddaje ją za igrzyska, za jakąś namiastkę dóbr materialnych. Że naród stał się zakładnikiem i niewolnikiem — w zamian za ułudę pozornego bezpieczeństwa oraz możliwość korzystania z elektronicznych „zabawek”, które oferują choćby płacenie przez przyłożenie nadgarstka. „Cóż z tego, że będą mnie kontrolować, skoro jest mi wygodniej” — zdaje się brzmieć ta postawa. Słyszałem wręcz takie słowa, że należy poświęcić część wolności dla tego rzekomego bezpieczeństwa i wygody.

W głębszej perspektywie prowadzi to do sprowadzenia człowieka wyłącznie do jego zwierzęcej natury. Proszę zwrócić uwagę, że coraz częściej nie mówi się już o dobrobycie, lecz o dobrostanie. Zauważyłem nawet niedawno w kościele, że to modne słowo pojawiło się w kazaniu. Tymczasem „dobrostan” jest pojęciem, którego tradycyjnie używano w odniesieniu do zwierząt hodowlanych. To one muszą mieć zapewniony dobrostan, aby krowy dawały mleko, a kury znosiły jajka. Wystarczy im w miarę dobre funkcjonowanie: możliwość chodzenia, gdakania, dziobania czegoś w błocie — i niczego więcej nie potrzebują. Lubię posługiwać się metaforą, że utraciliśmy perspektywę orła, a przyjęliśmy perspektywę kury, która dziobie w brudnej ziemi i jest ukontentowana tym, że znalazła kilka ziaren i mogła się najeść. Nie takie było powołanie naszego narodu.

Wywołał Pan do tablicy kolejny temat, ostatni z listy grzechów. Ksiądz Skarga piętnuje mianowicie grzechy jawne i niekarność ich. Nie skupiałbym się tym razem na samych grzechach, bo to już uczyniliśmy. Jesteśmy narodem moralnie upadającym, o czym świadczy choćby liczba rozwodów. Czymś ważniejszym wydaje się jednak wspomniana bezkarność. Co można powiedzieć o tych, którzy nazywają się katolikami i ludźmi przywiązanymi do tradycyjnych pojęć moralnych, ale wobec otaczającego ich zła, stają się ludźmi, o których Skarga powiedział, że ich siła męska rozkoszami struchlała? Czy polscy katolicy zatracili ducha walki?

Z pewnością tak. Skarga zwraca się do szlachty, która wywodziła się przecież ze stanu rycerskiego i jeszcze do niedawna wiodła surowy, żołnierski żywot, a teraz „z jezdy szlacheckiej stali się wozownicy, podusznicy, pierznicy”, i „z łóżkami, z pierzynkami jadą” na wojnę. Jak wówczas utrata męskich obyczajów prowadziła do zniewieścienia tych, którzy mieli bronić Ojczyzny, tak dziś moglibyśmy bez trudu wskazać niezliczone typy mężczyzn i chłopców przypominających laleczki: wydelikaconych, skupionych na modnym wyglądzie, a nawet na zapachu. Często oznacza to po prostu zniewieścienie — wystarczy spojrzeć na męskie perfumy, które coraz częściej mają słodkie, niemal uniseksowe nuty, czy na szerokie, bufiaste spodnie, stające się niemal sukienkami. Wszystko to sprawia, że cnota męstwa przestaje być miarą właściwego postępowania, a sama męskość jako wzorzec osobowy zanika w sposób widoczny i odczuwalny.

Do tego dodałbym daleko idące spacyfikowanie narodu. Tak dalekie, że na ulicach nie widzimy nawet umundurowanych żołnierzy. Poza policją właściwie nie spotykamy już dziś ludzi w mundurach, a ma to przecież swoje znaczenie, ponieważ duch waleczności i duch męstwa nie wyraża się już w sposób symboliczny w przestrzeni publicznej. Wiemy skądinąd, że obowiązuje zakaz poruszania się żołnierzy w mundurach w miejscach publicznych. Tymczasem jeszcze w II Rzeczypospolitej mundur był obecny na ulicach i stanowił znak dumy z własnego państwa, symbol prestiżu społecznego oraz jawny wyraz tego, że dany mężczyzna należy do elity kraju — do tych, którzy bronią Ojczyzny i którym należy się szczególny szacunek. Dla dopełnienia tego obrazu warto zauważyć, że nawet gdy mundury dziś się pojawiają, nie są to już mundury galowe, lecz wyłącznie polowe, we wzorze „moro”. Mają one służyć wygodzie w działaniach bojowych, lecz nie pełnią funkcji reprezentacyjnej i nie oddają powagi, jaką cieszył się zwłaszcza oficer. Dawniej nawiązywało to do całego systemu symboli — także rycerskich — oraz dystynkcji, które sprawiały, że żołnierz idący ulicą w galowym mundurze wzbudzał respekt i szacunek.

To, o czym Pan mówi, znajduje odzwierciedlenie przede wszystkim w sferze państwowej. Ale prosiłbym jeszcze o dopowiedzenie, jak to ma się do sfery czysto prywatnej, lokalnej albo sąsiedzkiej. Czy wobec zła moralnego i wobec zgorszenia, które nieraz wkracza do szkół i które widzimy u bliskich nam osób, nie ulegamy staropolskiemu „grzechowi tolerancji” i zwykłej bierności?

Myślę, że to kwestia właśnie zaniku cnoty męstwa. A więc w gruncie rzeczy tchórzostwa. Tłumaczymy sobie: „a co ja będę reagował?”. Albo: „to nie moja sprawa”. Brak odwagi wiąże się z zaniedbaniem uczynków miłosiernych, nie tylko co do ciała (o czym może jeszcze czasem pamiętamy), ale przede wszystkim co do duszy. Zapominamy, że powinniśmy napominać tych, którzy grzeszą. A przecież tego wymaga od nas chrześcijańska postawa; tego, byśmy widząc grzech, starali się go wyplenić, a przynajmniej ustawić się do niego w kontrze, czy to będzie grzech publiczny, czy ten, który jest w naszych rodzinach. Żebyśmy nie udawali, że tego grzechu nie widzimy, nie patrzyli obojętnie, jak nasze dzieci czy wnuki staczają się w otchłań grzechu.

Czy oprócz tych sześciu chorób wymieniłby Pan taką, o której Skarga nie wspomina, a która jest typowa dla III Rzeczypospolitej?

Najbardziej doskwiera mi brak tęsknoty za wolnością. Ta rozprzestrzeniająca się mentalność niewolnicza. Trudno nazwać to jakimś konkretnym grzechem; być może są to raczej skutki grzechu, o czym już wcześniej mówiliśmy. Z pewnością jednak jest to wada, która pociąga za sobą określone konsekwencje: stajemy się zakładnikami we własnym państwie i niechybnie znajdą się panowie, którzy zechcą nami zawładnąć — a z pewnością nie będą to panowie chrześcijańscy.

Proponuję zakończyć naszą rozmowę w sposób otwarty. Nie jesteśmy wszakże w stanie przedstawić spójnego programu. Ale prosiłbym Pana o refleksję nad pierwszym krokiem, który powinniśmy poczynić, aby wyjść z kryzysu. Czy ma to być krok polityczny? Krok aktywizmu? A może powinien być on bardziej… ascetyczny?

Polityka jest tylko pochodną życia codziennego i życia moralnego. Dzisiejsi decydenci chcieliby z tego szydzić, ale taka jest prawda. Chodzi o powrót do praktyki cnót; o to, abyśmy – jak mówił św. Jan Paweł II – wymagali od siebie, choćby inni od nas nie wymagali. W Kościele już tego nie słyszymy, a powinniśmy słyszeć. Mamy prawo i obowiązek domagać się tego od naszych pasterzy. Aby napominali. Z ambon powinno się mówić o grzechach. Powinniśmy widzieć setki naśladowców księdza Piotra Skargi, którzy z troski o zbawienie dusz i jakość moralną życia społecznego, chcieliby napiętnować to wszystko, co prowadzi nasz naród i nasze państwo do zguby.

Wspomniał Pan, kolejny już raz, o cnocie. Ale czy przeciętny Polak ma dziś w ogóle jakiekolwiek pojęcie, czym jest owa cnota? Nie pytam nawet w kontekście nadprzyrodzonym, lecz w odniesieniu do zwykłej, naturalnej sprawności moralnej. Znamy przecież kuriozalne wypowiedzi pewnego profesora, związanego z pewnym ministrem, który mówił o „cnotach niewieścich”, jakby sprawność ludzkiej duszy posiadała płeć…

To prawda. Brakuje nam elementarnego ukształtowania pojęć, zarówno filozoficznych, jak i katechizmowych. Wielu kaznodziejów sili się na abstrakcyjne rozważania, podczas gdy w istocie wystarczyłoby sięgnąć do katechizmu i jasno opowiedzieć, co należy czynić, aby być dobrym człowiekiem. Jak praktykować poszczególne cnoty? Jak walczyć ze swoją wadą główną oraz konkretnymi skłonnościami do grzechu? Czym jest prawda? Czym jest miłość bliźniego, ta prawdziwa miłość bliźniego, która nie sprowadza się do cnotliwego, sentymentalnego uczucia skłaniającego do nieustannej pobłażliwości, lecz oznacza troskę o rzeczywiste moralne dobro drugiego człowieka. W przeciwnym razie jesteśmy skazani na tzw. „dobroludzizm” oraz przekonanie, że bycie miłym dla wszystkich stanowi definicję bycia dobrym człowiekiem. Tymczasem chodzi przecież nie tylko o „dobrostan”, lecz o to, abyśmy wzajemnie pomagali sobie na drodze do zbawienia duszy..

Serdecznie dziękuję za rozmowę.

Filip Obara

[1] Dziełko Wzywanie do pokuty obywatelów Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego z 1610 roku streszcza najważniejsze myśli Kazań sejmowych.

[2] Chodzi o scenę przygotowania z dramatu Kordian Juliusza Słowackiego, gdzie złe moce na pośmiewisko i wypaczenie wszystkiego, co w Polakach szlachetne, mieszają w kotle, tym samym tworząc nowe typy ludzkie; odtąd one mają przewodzić społeczeństwu.

[3] Gdzie słowo policja autor wywodzi od greckiego politeia, czyli w skrócie ład publiczny.

Rozmowa ukazała się w trzecim numerze Kwartalnika PCh24.pl

Kliknij TUTAJ i pobierz PDF

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie