Wyławiając perły z rynsztoku współczesnej popkultury, sięgam po klasyczne kino moralnego niepokoju. Niejednoznaczne, ktoś powiedziałby, że nihilistyczne, a jednak ostatecznie – stanowiące moralitet i to zaskakująco aktualny. Zapraszam do dekonstrukcji filmu Nędzne psy Sama Peckinpaha z 1971 roku.
Jako punkt odniesienia przywołam inny obraz, z pogranicza spaghetti westernu: Konie Valdeza z Charlesem Bronsonem (w oryginale Valdez, il mezzosangue, w dystrybucji anglojęzycznej Chino – z 1973 roku). Jest tam scena w hiberboliczny sposób ukazująca męską reakcję na chamstwo. Oto główny bohater, odludek hodujący konie, przyjeżdża do miasteczka i gdy przypadkiem staje koło znanego wszystkim ulicznego grubianina, akurat przejeżdża dyliżans z kulturalną damą. Widząc jak ów grubianin na nią patrzy, Valdez – nie czekając na rozwój wydarzeń – mówi „Słyszę twoje brudne myśli”, po czym – proszę wybaczyć sformułowanie – zasadza mu taką lutę, że tamten nakrywa się nogami kilka metrów dalej.
Przytaczam tę scenę nie po to, by zachęcać do wymierzania komukolwiek kary przed popełnieniem przestępstwa, bo to zgotowałoby nam realia rodem z Raportu mniejszości. Chodzi o ukazanie pewnej rozpiętości zjawiska. Gdy bowiem mówimy o wzorcach męskości, jakie proponuje kinematografia, to z jednej strony mamy coś, co podpada pod kategorię nadreakcji (czyli właśnie wspomniany Valdez), natomiast po środku znajdziemy cały szereg typów bliższych definicji męstwa jako cnoty. Na myśl przychodzą nam aktorzy tacy jak John Wayne i Clint Eastwood oraz tacy, którzy są kojarzeni nie tylko z rolami typowych twardzieli, jak Gregory Peck czy Gary Cooper.
Wesprzyj nas już teraz!
Co ich łączy? Na poziomie behawioralnym: wejrzenie, sposób chodzenia, mówienia. Są to mężczyźni, którzy mają swoje zasady i nie muszą nikomu udowadniać tego, że są ważni i mają swoje zdanie, ale reagują, gdy dochodzi do pogwałcenia zasad. Patrzą zdecydowanie, lecz bez wyniosłości; ich wyprostowana postawa i chód wyrażają spokojną pewność siebie; mówią niewiele, a jak już mówią, to w punkt. Nade wszystko zaś nie boją się działania, które jest słuszne, choć nie zawsze opłacalne.
Na poziomie moralnym wypada zapytać, skąd bierze się siła tej męskiej stateczności? Zaryzykuję twierdzenie, że jej źródłem jest prawda. Po pierwsze prawda na własny temat (która jest koniecznym warunkiem praktykowania cnoty pokory, a przynajmniej wspomnianego nieudowadniania czegokolwiek otoczeniu), po drugie prawda mówiona prosto w twarz światu, bo to ona zaskakuje, rozładowuje napięcie, a nawet jeżeli prowokuje, to nie siłą emocji czy napiętych desperacko mięśni – ale siłą rozumu.
Istnieje jeszcze trzeci punkt na linii owej rozpiętości charakterów. Jest to oczywiście przeciwieństwo obu poprzednich postaw. I takiego właśnie bohatera kreuje Sam Peckinpah w Nędznych psach. Neurotyczny matematyk David Summer, którego perypetie śledzimy, stanowi idealną, wydestylowaną do niemal stu procent, antytezę wszelkich filmowych twardzieli. W tym sensie jest to film anty-bohaterski, a po części także anty-western. Jednocześnie jest to wypisz wymaluj obraz wielu współczesnych mężczyzn, którzy boją się nawet słyszeć, że tuż obok czai się jakieś zło, na które mieliby zareagować…
Mężczyzna (widzi!) i podejmuje rękawicę
Oglądając starsze filmy, dziwimy się może, dlaczego męscy bohaterowie bez mrugnięcia okiem – z perspektywy Świętego Spokoju, niepotrzebnie – wchodzą w konfrontację. Gdy spotykają agresora w knajpie, to nie inicjują wprawdzie konfliktu specjalnie, ale też nie szukają zażegnania go za wszelką cenę. Mówią, co myślą. Dają do zrozumienia chamowi, że jest chamem. Wtedy zazwyczaj cham się „odpala” i dochodzi do starcia.
Pobudki, dla których to robią, są czysto przyrodzone i nie zawsze w pełni klarowne, ale i tak przychodzą na myśl słowa ewangelicznej mądrości: Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz (Mt 10,13), które we wspaniały sposób tłumaczy św. Hieronim, wskazując, iż wraz z tym podziałem, który wprowadza Słowo Boże (Prawda), „został sprowokowany dobry bój, aby się rozpadł zły pokój”. Innymi słowy, postawienie prawdy przed oczy złych ludzi zaprzecza wątpliwej zasadzie głoszącej, iż fałszywy pokój jest lepszy niż szczera wojna.
Świat proponuje nam taką właśnie logikę: Nie prowokujesz – jesteś dobry, prowokujesz (choćby tylko wypowiadając na głos prawdę) – jesteś zły, bo przecież mogłeś milczeć i byłby spokój. Mężczyzna musi nieraz sprowokować konflikt, żeby nieczystości wypłynęły na wierzch i nie zatruły całej atmosfery. Konfrontacja miewa moc oczyszczającą.
Dlaczego jeszcze męscy bohaterowie wchodzą w konfrontację? Z powodów czysto zapobiegawczych, ponieważ wiedzą, że cham, który jej szuka, i tak ją znajdzie. A tak to oni biorą na siebie jej skutki, uwalniając tym samym kogoś innego, kto mógłby polec. A że cham i tak doprowadzi do konfrontacji, o tym właśnie opowiadają Nędzne psy…
Kino moralnego niepokoju
Nędzne psy to dzieło wyjątkowo „zryte” i niejednoznaczne, dlatego zdecydowanie odradzam jego oglądanie widzom, którzy nie mają (z takich czy innych powodów) przesuniętych granic wrażliwości (jest tam między innymi pokazana scena gwałtu). Jednak – jeżeli już podejmujemy tematykę kina tworzonego po roku 1968 – to musimy mieć świadomość, że zazwyczaj będziemy wyławiali perły z rynsztoku.
Wspomniany już protagonista, David Summer (Dustin Hoffman), sprowadza się z żoną, Amy (Susan George), do jej rodzinnej miejscowości. Tam od razu zaczynają kręcić się wokół nich „demony przeszłości”, czyli dawni znajomi Amy, przy czym z jednym z nich łączyła ją kiedyś nie tylko koleżeńska zażyłość. David konsekwentnie ignoruje zagrożenie, jakie stwarzają aroganccy, agresywni i napaleni „wieśniacy”. Wykazuje przy tym daleko idące zaślepienie. Puszcza mimo uszu prośby żony, żeby się stamtąd wynieść, a potem ignoruje nawet jej ze wstydem wypowiadaną – nie wprost, ale jednak wymownie – sugestię, iż jej dawni koledzy się nią „zajęli”.
Ona jest lekkomyślna (obraz typowej liberalnej kobiety lekkich obyczajów, która nieroztropnie wykorzystuje to, jak działa na mężczyzn), on – chorobliwie skupiony na sobie i swoich neurotycznych przekonaniach. Zamyka oczy i uszy na zło, które dzieje się jego żonie. Zachowuje się jak człowiek, któremu brakuje piątej klepki (chociaż pisze książkę z dziedziny zaawansowanej matematyki). A kiedy dochodzi wreszcie do konfrontacji i „demony przeszłości” fizycznie atakują ich dom, zaczyna realizować ideę fixe na swój sposób pojętej, dziwnej, wykrzywionej sprawiedliwości.
Okazuje się jednak, że ogrywa napastników swoim spokojem i pomysłowością. Następuje odwrócenie porządku. Gra konwencją. Dzieje się coś, co w prawdziwym życiu by się nie zdarzyło. Gdybyśmy śledzili rzecz w nagłówkach gazet, to czytalibyśmy o parze, która zginęła w płonącym domu albo coś w tym stylu. Peckinpah zmienia tę logikę i sprowadza na złych sprawiedliwą karę z rąk słabego i trudno nawet powiedzieć, że dobrego (w sensie moralnym) bohatera. W ten sposób Opatrzność Boża wyprowadza dobro ze zła, czyli z postawy bierności moralnej i braku roztropności – pomstę na nieprawych. Bohater sprowadza na siebie i na żonę konfrontację, której unika do ostatniej chwili, przenosząc tym samym ciężar winy na napastników (to jest być może jedyna jego – mimowolna? – zasługa).
Nędzne psy to film, który jednocześnie brzydzi i porusza. To powiastka o patologicznej nieroztropności i naiwności wyzutego z wiary i moralności społeczeństwa. To także doprowadzony do kwintesencji anty-western, bo od samego początku wyobrażamy sobie, co zrobiłby prawdziwy mężczyzna. Od razu wszedłby w konflikt, po czym – widząc, że nie może go wygrać – wyniósłby się, żeby chronić żonę, albo podjąłby zaplanowaną walkę po wywiezieniu jej w bezpieczne miejsce.
Płynie stąd pewien, być może mało spodziewany i paradoksalny, wniosek. Otóż: wartości moralnej czynów ludzkich nie powinniśmy oceniać na podstawie skutków, lecz na podstawie pobudek. Czy możemy bowiem stwierdzić, że nasz bohater jest moralnie dobry, mimo że ostatecznie wygrywa z tymi jawnie złymi? Jest na pewno o tyle uporządkowany, że wziął ślub (pytanie: ślub czy kontrakt cywilny?), ale poza tym nie jest bynajmniej przykładem cnót, nawet naturalnych. Jest antytezą męstwa, ponieważ jest obojętny na dobro moralne swojej żony. Jest skrajnie nieroztropny, ponieważ – pomimo jasnych sygnałów – ignoruje zagrożenie (i to seksualne), jakie grozi osobie, którą ma chronić. Na końcu broni się i zwycięża. Ale dlaczego? Nie siłą cnoty przecież, ale wyłącznie wykorzystując przewagę inteligencji nad miejscowymi prostakami i do samego końca traktując żonę jak przeszkodę do wykazania, że to on ma rację.
Nędzne psy to historia człowieka, który walczy z całym światem (również z własną żoną!), żeby udowodnić samemu sobie jedną tylko rzecz: Jestem, jaki jestem, i nikt nie będzie mi mówił, jak mam się zachowywać. Czyż nie to jest kwintesencją dzisiejszego liberalizmu?
Filip Obara
Zobacz także wybrane teksty z cyklu „Dekonstrukcja po katolicku”:
Dekonstrukcja po katolicku: Krokodyl Dundee, czyli rzecz o „cnotach mężowskich”
Dekonstrukcja po katolicku: „Renegat”, czyli zdrowy rozsądek przeciwko legalizmowi