Jak głosić Chrystusa współczesnemu człowiekowi? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba najpierw zastanowić się: dlaczego ja w ogóle jestem chrześcijaninem? Jeżeli odpowiedź będzie nieprzekonująca, to wszelka ewangelizacja nie ma sensu.
Prowokacyjnie: Pan Jezus, apostołowie i pierwsi misjonarze mieli łatwiej, niż my. Głosili Ewangelię ludziom kulturowo otwartym na religię. My głosimy Ewangelię w zupełnie odmiennym kontekście. Nasi bliźni to nie są homines religiosi – ludzie religijni. To ludzie epoki Götterdämmerung – zmierzchu bogów.
Żydowski ateizm jako głupota
Wesprzyj nas już teraz!
Czy nie tak? Pomyślmy o Żydach czasów Chrystusa. Czy żyli wówczas jacyś ateiści? Może, ale powszechną opinię stanowiła myśl Psalmisty: „Mówi głupi w sercu swoim: «nie ma Boga»”. Ateizm jako głupota – tak myśleli starożytni Żydzi. Społeczność, do której przyszedł Pan Jezus, była cywilizacyjnie wierząca – zbudowana na wierze. Nie było Izraelity bez Jahwe. Kwestia istnienia Stwórcy świata, który przemówił do Abrahama i jego potomków, nie podlegała zasadniczej wątpliwości. Rozpoznanie Mesjasza w Jezusie – to oczywiście inna sprawa, o tym w ogóle nie piszę, z tym Żydzi mieli trudność. Rozpoznawali w Nim w każdym razie kogoś, kto mówi o rzeczach poważnych. Tłumy za Nim chodziły. Tylko pomyślmy: tłumy! Mówi o Królestwie Bożym – i wzbudza powszechne zainteresowanie. Mówienie o Bogu to coś wiarygodnego, bo przecież Bóg istnieje, prawda?
Poganie jako wierzący
Apostołowie, którzy wyszli z Jerozolimy i poszli do pogan, trafili na podobnych ludzi. Poganie nie słyszeli wprawdzie zbyt wiele o Mesjaszu. Może niektórzy interesowali się judaizmem, bo Żydzi mieszkali też poza swoim krajem. Tak, byli wśród pogan „bojący się Boga” – nie Żydzi, ale uznający, że Żydzi mają zasadniczo rację. Większość pogan tak nie myślała – ale przecież w coś wierzyli. W Imperium Romanum ateiści funkcjonowali wśród elit intelektualnych, ale nigdy nie mieli „większości” nawet tam. Co dopiero mówić o plebsie. Ludzie wierzyli. Składali bóstwom ofiary. Uczestniczyli w kulcie. Interesowali się nowinkami religijnymi ze Wschodu, misteriami. Patrzyli na świat religijnymi oczami – byli przekonani, że ktoś ten świat stworzył, ktoś nim kieruje i że ich samych coś czeka po śmierci. Mogli traktować chrześcijan jak dziwaków albo głupców, z tych ich Bogiem, który stał się człowiekiem – przecież bogowie tak nie robią. Nikt nie uważał jednak chrześcijan za wariatów tylko dlatego, że w ogóle wierzą w Boga. Przecież bogowie istnieją, prawda?
Potężny Bóg potężnych ludzi
Kiedy pod koniec X wieku rozpoczęła się strukturalna chrystianizacja Polski, misjonarze mieli oczywiście całą masę problemów, rzecz wiadoma. Niemniej jednak ludzie, do których szli, byli wierzący. Drżeli przed potęgą bogów. Od tej potęgi zależało wszystko: bóg nieba spuści deszcz albo go nie spuści, będzie więc co jeść, albo nie będzie. Bóg zdrowia ochroni przed plagą albo też nie ochroni, będziemy żyć albo pomrzemy. Bóg wojny da zwycięstwo albo klęskę – zostaniemy u siebie albo nas wytną czy obrócą w niewolę. Tacy to byli ludzie: wierzyli w bogów, bo ich życie było kruche, a bogowie potężni. Potężni byli ci, którzy przynosili krzyż – książę, jego drużyna, biskupi, duchowni. Skoro tak, to i Bóg, którego głoszą, musi być potężny – dlaczego Go nie przyjąć? Ma zresztą tylu świętych: ochronią przed nieurodzajem, plagą i napadem może wcale nie gorzej, niż starzy bogowie. Bo przecież że bogowie istnieją – w to nikt nie wątpi, to wiadomo.
Zmierzch bogów
Z grubsza rzecz biorąc homines religiosi dominowali na ziemiach Zachodu do rewolucji francuskiej. Później zaczęli znikać, najpierw powoli – a po II wojnie światowej już lawinowo. Przyczyn tego stanu rzeczy jest całe multum, a jedna z ważniejszych to niewątpliwie ideologie. Ideologia, żeby być skuteczna, musi trafiać na podatny grunt. Znalazła taki. Bo kto po II wojnie światowej wierzy jeszcze w skuteczność nieba? Francuzi wspominają hekatombę, jakiej doznali jeszcze wcześniej, w pierwszej wojnie. Niebo nie ocaliło ponad miliona francuskich żołnierzy. Niemcy są przerażeni samymi sobą: niebo milczało, kiedy wyniszczali Żydów gazem jak wszy ani kiedy strzelali do Polaków jak do zwierząt. Potężni bogowie okazali się bezsilni. Inne narody? Dlaczego inne narody miałyby ich potrzebować? Nie trzeba się już śpiewać: „Boże Abrahamów, wiekuisty Panie, oddal tę suszę, widoczne karanie”. Jak jest susza, to się nawadnia, a straty opłaci państwo. Jedzenia nie zabraknie. Plaga? Medycyna to rozwiązała – lekarstwa już są, albo zaraz się stworzy, kiedy ktoś postraszy Covidem. Wojny? Też nie. Amerykanie mają broń atomową i F-35 – to nie u nas.
Jesteśmy jako bogowie
Do czego są jeszcze bogowie? Ich rola się zakończyła: ich potęga została ograniczona do minimum, wręcz wymazana. Teraz sam człowiek pełni tę rolę, którą pełnili bogowie w dawnych czasach. Tak, człowiek pełni tę rolę, którą pełnił Pan Bóg i święci. Sumus sicut dii – jesteśmy jako bogowie, to twarde fakty, o ile bogów rozumieć jako protektorów przed materialnym złem.
Chrystianizacja tradycyjnymi metodami jest niemożliwa. Umarła raz na zawsze i nigdy nie wróci. Działała w ostatnich dekadach już tylko w Afryce, bo tam ludzie nie są jeszcze jako bogowie – ciągle zależą od nieba. Wzbogacą się, przestaną zależeć, staną się dla siebie bogami. To kwestia rozwoju cywilizacyjnego. Gdyby przyszedł dziś powtórnie Chrystus, nie znalazłby wiary na ziemi. Nie dlatego, że ludzie stali się gorsi. Dlatego, że nie rozumieją, po co mieliby potrzebować jakiegoś boga czy Boga.
Bóg? A co to w ogóle jest? Do czego to służy? Przed czym miałoby mnie ochronić? Wszystko załatwiamy przecież sobie sami. Czasem lepiej lub gorzej, ale generalnie – radzimy sobie.
Dlaczego jestem chrześcijaninem?
Tradycyjne metody ewangelizacji trafiają w próżnię, bo wyczerpały się tradycyjne odpowiedzi na pytanie: dlaczego jestem chrześcijaninem?
Dlaczego chcę nim być? Musimy na to przecież odpowiedzieć.
„Jestem chrześcijaninem, bo tak zostałem wychowany, to moja tradycja”. Kiepski argument. Tradycje są różne, jedni mają taką, drudzy siaką – to argument relatywistyczny. Nic nie znaczy, nikogo nie przekona. Ateista jest wychowany po ateistycznemu – taką ma tradycję.
„Jestem chrześcijaninem, bo czuję, że Pan Jezus mnie kocha”. Niedobrze – czucie to trochę mało. Są ludzie, którzy czują, że kocha ich Wisznu i są z tego zadowoleni. Trudno tym kogoś przekonać. Można zadowolić się tym w perspektywie osobistej – ale trudno tę perspektywę skutecznie komunikować.
„Jestem chrześcijaninem, bo doświadczyłem mocy Boga”. Ktoś był chory i wyzdrowiał, albo miał problem i problem został rozwiązany. Sceptyczny umysł człowieka XXI wieku raczej tego nie kupi. Słyszałem takie historie, zanurzone w szczegółach czyjegoś życia. Nie! To zbyt jednostkowe, to nie przekonuje.
„Jestem chrześcijaninem, bo chrześcijaństwo udowodniło, że ma rację: stworzyło najwspanialszą cywilizację świata”. Samobójstwo: ta najwspanialsza cywilizacja świata doszła właśnie do wniosku, że Boga nie ma. Dyskusja zamknięta.
„Jestem chrześcijaninem, bo wypełniły się proroctwa Starego Testamentu”. To dobre dla Żydów, ale nie dla ludzi Zachodu – nas to nie przekonuje, bo i dlaczego miałoby nas przekonywać?
„Jestem chrześcijaninem, bo wierzę w świadectwo o Zmartwychwstaniu”. Niezłe, jest wreszcie konkret – jest świadectwo. Przebić się z tym przez meandry współczesnego odczytywania Biblii jako mitu nie jest jednak łatwo. Zresztą świadectwo grona ludzi sprzed 2000 lat z kompletnie innego kontekstu kulturowego ma swoje naturalne ograniczenia perswazyjne. Znawca tematyki starożytnej duchowości może dojść do wniosku, że to naprawdę mocne – ale przeciętny człowiek pozostanie przy swoich wątpliwościach.
Dlaczego więc być chrześcijaninem? Gdzie znajdę prawdziwą przyczynę mojej wiary: wolną od subiektywizmu, od niepewnych emocji, wolną od mitycznego lęku przed bogami? Gdzie znajdę prawdziwie wolną odpowiedź, którą mogę uczciwie zakomunikować światu i obronić przed rzeczową krytyką? Jak mogę uzasadnić swoją wiarę?
Transcendentna zasada Wszechświata
I Sobór Watykański mówi, że istnienie Boga można rozpoznać rozumem. Co to właściwie znaczy? Tylko tyle i aż tyle: otóż naturalnym rozumem, logicznie myśląc, filozofując – można dojść do wniosku, że wszechświat nie może być zakotwiczony sam w sobie, a co za tym idzie, musiał zostać stworzony – zapoczątkowany; i taki wniosek jest trafny. Tak uważali niektórzy mądrzy Grecy. Tak uważa Kościół. Tak jest – czy ktoś wymyślił coś lepszego? Wieczność materii, mówili sceptycy. Logicznie rzecz biorąc bez sensu – to paradoks. Jeżeli coś jest, to musiało zacząć być – nie da się inaczej. Jeżeli zaczęło być, to dlaczego zaczęło być? Bóg, sobór ma rację. Inni powiedzą, że istnieje wiele światów – wieloświat, multiwersum. Wielu fizyków głosi tę koncepcję. To tylko przenosi problem trochę dalej: skąd się wzięły te wieloświaty? Nomen omen – spadły z nieba? Właśnie tak, spadły – wszechświat spadł z nieba, to znaczy został stworzony ex nihilo, spoza świata. Nie istniał – ale zaistniał, bo coś niepojmowalnego, co nazywamy Bogiem, zechciało, żeby istniał. Sobór ma zatem rację: można rozumowo dojść do wniosku, że istnieje transcendentna (pozaświatowa) zasada świata. Ten wniosek nie jest może łatwy, ale jest poprawny. Powiedziałbym: jest nieodzowny w uczciwej ewangelizacji człowieka XXI wieku. Ktoś może go oczywiście nie przyjąć, ale bardzo proszę: niech zaproponuje coś lepszego.
Dobrze, ale to nie rozwiązuje jeszcze problemu. Istnieje pozaświatowa zasada świata, którą nazywamy Bogiem – ale od stwierdzenia jej istnienia jeszcze daleka droga do uznania, że ta zasada jest Osobą, chciała, żeby istniał człowiek i daje mu życie wieczne. Można uznać, że pozaświatowa zasada świata, którą nazywamy Bogiem, rzeczywiście istnieje – ale to jeszcze nie jest wiara chrześcijańska. Można powiedzieć: wracamy w tym punkcie do Żydów, albo nawet do greckich filozofów. Bóg jest, ale dlaczego miałby być Chrystusem?
Cudowna genialność Jezusa Chrystusa
Pierwotna zasada Wszechświata – ta, którą można rozpoznać rozumem – staje się w Chrystusie taka, jak my. Przyjmuje ludzkie ciało nie w jakiś pozorny sposób, ale faktycznie: Bóg jest człowiekiem. Chrystus po zmartwychwstaniu pozostaje człowiekiem – to się już nie zmienia. To, co podtrzymuje cały Kosmos, ofiarowuje się każdemu z nas – ecce homo, ecce Deus.
Różne religie obiecują życie wieczne. Chrystus go wcale nie obiecuje. Chrystus go udziela w samym sobie. Poprzez zlanie boskości z człowieczeństwem wprowadza pierwotną transcendentną zasadę Wszechświata do konkretnego jednostkowego życia każdego z nas. Udziela nam, że tak powiem, własnego Bożego bytu. To coś wyjątkowego – powiedziałbym, że to może być interesujące również w XXI wieku.
Ale to nie wszystko. Jest w Chrystusie coś jeszcze. Otóż chrześcijanin może wierzyć, że spotka tych, których kocha, a którzy pomarli.
Że kiedy sam umrze, to spotkają go ci, którzy jeszcze żyli, a którzy też pomrą.
Mówiąc krótko: śmiertelne zniszczenie jednostki w ujęciu chrześcijańskim jest przejściowe. Dochodzi do niego, owszem, bo materia obumiera – ale dzięki zakotwiczeniu jednostki w bytowaniu pierwotnej transcendentnej zasady Wszechświata, śmierć nie jest końcem, tylko przeformułowaniem.
Można ten argument lekceważyć i uznać za naiwne chciejstwo. Wydaje mi się, że to byłoby pochopne. Jest w nim coś mocnego. Argument z uwiecznienia miłowania odwołuje się do tego, co dla większości ludzi jest po prostu w życiu najważniejsze. Bogowie przeminęli – ale śmierć została. Nie ma bogów od zbiorów, chorób i wojen – ale wciąż potrzeba „Boga od śmierci”. Wszyscy musimy umrzeć – ale nikt nie chce umierać.
Żyjąc, miłujemy – większość z nas kocha kogoś bardzo konkretnego – matkę, ojca, żonę, męża, dzieci. Niektórzy nie mają kogo kochać – są i tacy, ale zwykle chcieliby kochać. Czy to tylko chemiczne dążenie wpisane w funkcjonalność mózgu? Być może. Kto doświadcza rozdarcia śmierci – kto doświadcza faktyczne albo wyobrażeniowo totalnego oddzielenia od tego, kogo kocha, cierpi, a jego cierpienie jest w paradygmacie ateistycznym nieprzezwyciężalne. Można je tylko uciszyć, schować – ale nie można go pokonać.
Chrystus je pokonuje – bo Chrystus nie jest bezosobową zasadą wszechświata, ale zasadą wszechświata, która stała się człowiekiem. Jest taki, jak my. Bóg jest taki, jak my. Bóg miłuje – miłość, teraz zakotwiczona w nieśmiertelnym Bogu, już nie umiera.
To mi się podoba. Po co miałbym żyć, jeżeli wszyscy, których kocham, znikną i ja zniknę wraz z nimi? Po co miałbym żyć wiecznie, jeżeli życie wieczne byłoby życiem bez nich? Nirwana? Ogród rozkoszy? Trywialne, puste.
Co innego Chrystus. W całej mizerii ludzkiego życia jedynym, co wyraziście prawdziwe, co nieusuwalnie bolesne – jest miłość, bo miłość konfrontuje z nieprzezwyciężalnym dramatem śmierci. W Chrystusie miłość nie jest abstrakcyjna, ale całkiem konkretna. Dzięki humanizacji Boga poprzez Wcielenie, miłość w Chrystusie z samej swojej natury przezwycięża śmierć osób – osób, które kochamy.
To mi się podoba! Czy to prawda? Skąd mam wiedzieć? Podjąłem jednak decyzję uznania tego za nadzieję – bo to jedyna nadzieja, która nadaje faktyczny sens mojemu istnieniu. Uważam, że to dobra decyzja i polecam każdemu podjęcie podobnej.
Sądzę, że jest to zarazem racjonalne: z jednej strony, zakotwiczone w jedynym głęboko sensotwórczym doświadczeniu ludzkiego życia, czyli miłowaniu drugiego. Z drugiej strony, oparte na rozumowym rozpoznaniu zależności wszechświata od bytu spoza tego wszechświata.
Oto, uważam, genialność i wyjątkowość chrześcijaństwa.
Dlatego jestem chrześcijaninem – wierzącym w Boga w świecie zmierzchu bogów.
Paweł Chmielewski