Rezygnacja kard. Reinharda Marxa z urzędu arcybiskupa Monachium i Fryzyngi jest gestem niezwykle wymownym. Marx, abstrahując od wielkich kontrowersji doktrynalnych i duszpasterskich wokół jego osoby, jest w niemieckim Kościele symbolem szczerych wysiłków walki z problemem nadużyć seksualnych duchowieństwa. Jego decyzję można rozumieć jako próbę przekonania społeczeństwa o szczerości Kościoła. Z drugiej strony, w grę może wchodzić także inne czynniki.
W Kościele katolickim w Niemczech dyskusja o problemie nadużyć seksualnych duchowieństwa toczy się na zupełnie innym poziomie, niż w Polsce. Głównie dlatego, że zaczęła się wcześniej. Już w latach 90. o skandalach zrobiło się głośno za sprawą ujawnienia czynów wiedeńskiego kardynała Hansa Hermanna Groëra. Następny przełomowy moment nastąpił w roku 2010 po publikacjach prasowych jezuity Klausa Mertesa, który jako kierownik berlińskiej szkoły katolickiej Canisius-Kolleg opisał nadużycia, do jakich dochodziło w przeszłości w tej placówce. W Niemczech, jak powszechnie wiadomo, katolicy zarejestrowani w Kościele muszą płacić podatek kościelny. Ci, którzy nie czują się z Kościołem związani, pod wpływem informacji z mediów, decydują się często na dokonanie formalnej apostazji, co pozwala im symbolicznie zerwać więzi z nielubianą instytucją – nie chcą płacić na Kościół, który oskarżany jest o tuszowanie pedofilii. Każdego roku apostazji dokonują prawdziwe masy; w ostatnich latach to około 200 tysięcy osób rocznie.
Reinhard Marx arcybiskupem Monachium i Fryzingi został w roku 2008. Kierował archidiecezją w burzliwych latach po publikacji ks. Mertesa. W roku 2014 został przewodniczącym Konferencji Episkopatu Niemiec. Od samego początku dość intensywnie zajmował się problematyką nadużyć seksualnych, współpracując ściśle ze świeckimi, zwłaszcza z Centralnego Komitetu Niemieckich Katolików. W roku 2018 kardynał doprowadził do publikacji bardzo głośnego MHG-Studie, obszernego raportu przygotowanego przez świeckich ekspertów uniwersyteckich, który omawiał problem nadużyć seksualnych w niemieckich diecezjach w latach 1946-2014. Raport ujawnił skalę dawnych patologii, pokazując zarazem, że obecnie sytuacja jest już pod kontrolą i nadużycia są sporadyczne.
Wesprzyj nas już teraz!
W roku 2019 kardynał Marx zainicjował Drogę Synodalną, czyli proces debaty biskupów i świeckich, który ma doprowadzić do głębokich zmian w Kościele za Odrą. W istocie jest to program rewolucyjny i w pełni modernistyczny; oficjalnym jednak powodem wejścia na Drogę Synodalną jest pragnienie przezwyciężenie kryzysu nadużyć seksualnych i próba odzyskania utraconego przez Kościół zaufania. Nie ma podstaw by wątpić w szczerość tych intencji; choć wiele propozycji Drogi Synodalnej jest niemalże wprost heretyckich, to część z nich jest autentyczną próbą odpowiedzi na patologie nadużyć. Inne, te dotyczące struktur administracyjnych czy przejrzystości zarządzania finansami, są przynajmniej interesujące. O kardynale Marxie można powiedzieć wiele złego, biorąc pod uwagę jego progresywny radykalizm; nie można mu jednak odmówić wysiłków na rzecz zażegnania skandali seksualnych.
Złożona na ręce papieża Franciszka rezygnacja z urzędu arcybiskupa Monachium i Fryzyngi nie jest zaskoczeniem. Można rozpatrywać ją na kilku płaszczyznach. Po pierwsze, może to być kolejny element walki o wizerunek Kościoła. Kardynał, który ustępuje, niejako przyznaje się do porażki i win, tym samym prosząc społeczeństwo, by to ono go oceniło. To gest w swojej wymowie pokorny, choć nie wiadomo, czy może przynieść pożądane skutki. Trzeba jednak przyznać, że wielu niemieckich katolików właśnie tego oczekuje: by pokolenie biskupów, którzy sprawowali władze w okresie, w którym ujawniano skandale seksualne, po prostu odeszło. O to od dawna apelują też organizacje osób pokrzywdzonych przez duchownych. W tym sensie gest kardynała Marxa jest po prostu wyjściem naprzeciwko oczekiwań społecznych.
Z drugiej strony można w tym dostrzec także pewne znużenie. Jeszcze pod koniec 2019 roku wszyscy spodziewali się, że kardynał Marx będzie kandydował na drugą kadencję jako przewodniczący Episkopatu; że będzie chciał osobiście kierować projektem Drogi Synodalnej. A jednak zrezygnował, postanowił oddać władzę w Episkopacie innym – i to w tak kluczowym, strategicznym momencie dla Kościoła w Niemczech i na świecie. Teraz postanowił zrezygnować także z kierowania archidiecezją. W liście do papieża Franciszka pisał też o „osobistych błędach administracyjnych” czy też własnych „zaniechaniach”. Nie wiadomo wprawdzie o tym, by ktoś zarzucał Marxowi łamanie prawa kościelnego albo świeckiego w trakcie pełnienia posługi arcybiskupa Monachium i Fryzyngi. Być może hierarcha nie ma siły mierzyć się dłużej z czarnym PR świeckich mediów. A może purpurat wie coś, czego nie wie jeszcze opinia publiczna i chcąc oszczędzić sobie bólu i wysiłku – rezygnuje zawczasu? W tle cały czas jest sprawa sprzed 2008 roku, kiedy Marx był biskupem Trewiru; nie zajął się on wówczas odpowiednio sprawą księdza oskarżanego o nadużycia. Jego sprawa w świetle prawa świeckiego była już przedawniona, ale przepisy kościelne wymagały czegoś innego. Ten problem znany jest jednak od wielu lat, nieprawdopodobne więc, by nagle miał decydować o losach Marxa.
Wreszcie jest jeszcze trzecie możliwe wytłumaczenie. Choć Marx nie przewodzi już Kościołowi w Niemczech ani nie chce kierować archidiecezją w Monachium, cały czas pozostaje członkiem elitarnej Rady Kardynałów. Jako taki może odegrać ważną rolę w globalnym procesie synodalnym, który rozpoczął teraz Franciszek. Zarządzanie archidiecezją – to kosztuje czas, potrzebny dzisiaj do tego, by wywierać wpływ na dzieje Kościoła powszechnego. Marx ma dopiero 67 lat. To w Kościele przecież jeszcze niedużo. Jeden z jego poprzedników w archidiecezji Monachium – Józef Ratzinger – został papieżem w dużo bardziej zaawansowanym wieku, bo mając prawie 78 lat.
Ale to wszystko spekulacje. Oficjalnie wiadomo jedynie tyle: kardynał Marx czuje się osobiście odpowiedzialny za kryzys w niemieckim Kościele katolickim; chce pokazać społeczeństwu, że oskarżany o wszystko co najgorsze Kościół zmienia się. W tym sensie niemiecki hierarcha mógłby być przykładem także dla biskupów w Polsce. Takich, którzy mimo najrozmaitszych kontrowersji kurczowo trzymają się władzy, nad Wisłą nie brakuje. Nie chodzi jednak o to, żeby ślepo naśladować kardynała Marxa. Ustąpienie ma sens jedynie wtedy, gdy wie się, że bez nas sprawy będą szły w lepszym kierunku. Nie sądzę, by tak było w przypadku najbardziej dotkniętych skandalem nadużyć polskich diecezji. Być może w przyszłości do gestu niemieckiego purpurata trzeba będzie wrócić. Poczekajmy jednak, co z niego wyniknie. Oby okazało się, że jest to krok motywowany autentyczną pokorą, a nie zimną kalkulacją – lub pragnieniem zyskania możliwości wpływu na innych, bardziej strategicznych kierunkach niż jedna tylko archidiecezja.
Paweł Chmielewski