Dzisiaj

Donald Trump powrócił do „strefy wpływów”. Co to oznacza?

(Fot. Nathan Howard / Reuters / Forum)

Dobrze, że prezydent Donald Trump „wskrzesza strefy wpływów” – uważa amerykański analityk polityki międzynarodowej dr Leon Hadar. Autor związany z American University i Instytutem Badań nad Polityką Zagraniczną (FPRI) w Filadelfii, sugeruje, że „ponowne położenie nacisku przez prezydenta Donalda Trumpa na podział systemu międzynarodowego na strefy wpływów stanowi spóźnione uznanie geopolitycznej rzeczywistości nad ideologiczną fantazję”.

Hadar wyraził swoją opinię w artykule pt. „Trump is Reviving Spheres of Influence. That’s a Good Thing”, który ukazał się 12 stycznia br. na łamach portalu „American Conservative”. Analityk podkreśla w nim, że od wielu dziesięcioleci w Waszyngtonie utrzymywana była fikcja odnośnie do możliwości zachowania dominacji amerykańskiej i przekształcenia świata na modłę amerykańską poprzez „promocję demokracji, interwencje humanitarne i stale rozszerzające się zobowiązania w zakresie bezpieczeństwa”.

Abstrahując od retoryki Trumpa, autor sugeruje, że oczywistym jest dla każdego badacza stosunków międzynarodowych, że wielkie mocarstwa mają swoje uzasadnione interesy bezpieczeństwa w bliskim otoczeniu i nie ma co temu zaprzeczać, gdyż to zaprzeczanie prowadzi jedynie do konfliktów.

Wesprzyj nas już teraz!

Utrzymywanie przez „bezpartyjny establishment polityki zagranicznej” przekonania, że Stany Zjednoczone muszą zachować prymat wszędzie na świecie, jedynie przyczyniło się do serii porażek USA od Iraku poprzez Libię, Afganistan, a na Ukrainie kończąc. Hadar jest przeciwny włączeniu Kijowa do NATO.

W jego przekonaniu, dużo lepszy w polityce międzynarodowej – zamiast liberalnego internacjonalizmu – jest podział świata na strefy wpływów. W praktyce chodzi o uznanie, że zarówno Rosja, jak i Chiny mają swoje uzasadnione interesy. Moskwa ma interesy w Europie Wschodniej, a Chiny – w Azji Wschodniej. Z kolei Stany Zjednoczone mają swoje interesy na półkuli zachodniej.

„To nie jest appeasement, lecz roztropność. To różnica między powstrzymywaniem Związku Radzieckiego przez George’a Kennana a projektem globalnej transformacji neokonserwatystów. Doktryna Monroe’a sama w sobie była przecież roszczeniem o strefę wpływów – takim, które służyło bezpieczeństwu Ameryki przez pokolenia”, pisze Hadar.

Spodziewając się krytyki takiego sposobu myślenia, zwłaszcza w kontekście wojny na Ukrainie i faworyzowania „autokracji” nad „demokrację”, autor komentuje, że „to błędne rozumienie zarówno samej koncepcji, jak i stawki”. Dlatego, że „strefy wpływów nie eliminują suwerenności, lecz stanowią potwierdzenie, iż geografia ma znaczenie i że mocarstwa będą działać, aby zapobiec wrogim sojuszom wojskowym na swoich granicach”. Zapytuje, „czy Ameryka tolerowałaby chińskie bazy wojskowe w Meksyku?” i dodaje, że „odpowiedź sama się nasuwa”.

Analityk podkreśla, że „tragedia Ukrainy wynika po części z odmowy uznania tej rzeczywistości przez Zachód”. Po prostu nigdy nie powinno było się obiecywać Kijowowi członkostwa w NATO „bez środków i woli obrony” tego kraju. Tym samym Zachód miał sprowokować Moskwę.

Przywrócenie stref wpływów mogłoby pozwolić wynegocjować neutralność Ukrainy, unikając rozlewu krwi i zachowując niepodległość tego kraju.

W Azji „strefy wpływów” pozwoliłyby na utrzymanie „stabilnej konkurencji z Chinami”. Co prawda, Pekin dominowałby na morzach przybrzeżnych, ale jednocześnie „dominacja na Morzu Południowochińskim nie musi oznaczać chińskiej hegemonii nad Japonią, Koreą Południową czy szerszym Pacyfikiem”.

Koncepcja sfer wpływów ma pozwalać na większą swobodę negocjowania porozumień między głównymi mocarstwami. Przyjęcie alternatywnego rozwiązania, jakoby „każde chińskie działanie było preludium do globalnego podboju” przyczynia się do prowokowania konfrontacji.

Analityk chwali intuicję Trumpa, chociaż nie podoba mu się jego retoryka. Prezydent ma podążać drogą „tradycyjnego realizmu, od pożegnalnego przemówienia George’a Washingtona, przez fundamenty koncertu mocarstw Europy w XIX wieku, po otwarcie Nixona na Chiny”. Ma to być przykład „zrównoważonej sztuki rządzenia”, który akceptuje porządek międzynarodowy „takim, jaki jest, a nie takim, jakim chcielibyśmy, żeby był”. W przeciwieństwie do „liberalnego projektu internacjonalistycznego”, który obiecuje „wieczny pokój i wymaga nieustannej interwencji, aby go osiągnąć”. Tego typu porządek nie przyniósł ani pokoju, ani demokracji. Przyczynił się jedynie do wyczerpania zasobów i podważenia wiarygodności Stanów Zjednoczonych.

Koncepcja stref wpływów ma pozwalać na kontrolowaną rywalizację między wielkimi mocarstwami, chociaż Hadar przyznaje, że tego typu rozwiązanie jest „kontrowersyjne”. Chodzi w szczególności o obawy mniejszych państw, których suwerenność mogłaby być naruszana. Dlatego Waszyngton powinien potwierdzić swoje wcześniejsze zobowiązania względem części z nich.

Hadar podkreśla, że „udawanie, iż geografia nie ma znaczenia, że ​​NATO może rozszerzać się w nieskończoność, że Ameryka może pilnować każdej granicy i gwarantować bezpieczeństwo każdego państwa – ewidentnie zawiodło”.

Teraz Ameryka musi skupić się na podstawowych interesach i nie rozpraszać w peryferyjnych konfliktach, uznając uzasadnione interesy innych mocarstw.

„Pytanie nie brzmi, czy strefy wpływów istnieją – zawsze istniały. Pytanie brzmi, czy powinniśmy je uznać i rozsądnie nimi zarządzać, czy też nadal zaprzeczać rzeczywistości, aż doprowadzi to do katastrofalnych skutków. Trump, pomimo wszystkich swoich wad, przynajmniej zadaje właściwe pytanie” – puentuje analityk.

Inny autor, prof. Daron Acemoglu, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii z 2024 r., który wykłada na MIT University i jest współautorem (wraz z Jamesem A. Robinsonem) książki pt. „Dlaczego narody przegrywają: Źródła władzy, dobrobytu i ubóstwa”, a także wielu innych publikacji dotyczących władzy i postępu przypomina w komentarzu pt. „What Now for the Rules-Based Order?”, zamieszczonym 9 stycznia br. na łamach project-syndicate.org, że Ameryka „porzuciła wszelkie pozory obrony demokracji i praw człowieka poprzez interwencję w Wenezueli”, „zrywając maskę” i „pokazując, że ​​globalny porządek pod przewodnictwem USA jest nie do utrzymania”. By jednak odbudować porządek oparty na zasadach, potrzebne będą nowe fundamenty filozoficzne.

Profesor zaznacza, że „siłowa ewakuacja Maduro stanowi coś nowego, po części dlatego, że amerykańskie instytucje stały się znacznie słabsze i mniej demokratyczne, ale także dlatego, że pozbawiono ją pozorów legitymizacji. Pozostał jedynie egoistyczny, ograniczony interes własny”.

Zważywszy między innymi na częste insynuacje ze strony Trumpa dotyczące wenezuelskiej ropy naftowej i pieniędzy, które to państwo miałoby zwrócić Ameryce, „daje wszystkim do zrozumienia, że ​​nie chodzi o pomoc zwykłym Wenezuelczykom ani o wspieranie demokracji”, lecz „o jawne wspieranie interesów USA i amerykańskich korporacji”. Tę interpretację dodatkowo ma potwierdzać to, że „administracja tymczasowo poparła wiceprezydent Maduro, Delcy Rodríguez, a nie polityków opozycji, którzy cieszyli się największym poparciem społecznym w poprzednich wyborach”.

Profesor zaznacza, że Stany Zjednoczone dziś nie są hegemonem, wyrosła im konkurencja między innymi w postaci Chin, dlatego konieczne stało się „nowe podejście” w polityce międzynarodowej.

Autor sugeruje, by zaczerpnąć z wizji filozofa Michaela Walzera, który ponad 45 lat temu przekonywał, że w stosunkach międzynarodowych należy przyjąć założenie, iż ​​rządzący w każdym państwie są „legitymizowani”. To, że dany naród toleruje swój rząd i niejako ów rząd wyrósł z historii i kultury danego kraju, powinno prowadzić zewnętrznych obserwatorów do wniosku, iż „istnieje pewne «dopasowanie» między społecznością a jej rządem”.

Co prawda, nie można tolerować ludobójstwa rządu na własnym narodzie, ale bardziej chodzi o ustanowienie wysoko poprzeczki dla podmiotów zewnętrznych co do ewentualnej interwencji, uznając legitymizację władzy „za pośrednictwem ściśle określonej ponadnarodowej struktury instytucjonalnej”. Kwestia tego, czy dany rząd jest „legalny” czy nie, nie powinna być jednostronnie rozstrzygana przez jeden kraj.

Analityk sugeruje, że być może potrzebna będzie nowa instytucja międzynarodowa. Dodaje, że nowy porządek globalny musi być oparty na „solidnych fundamentach filozoficznych i sprawiedliwszych instytucjach” niż istniejące obecnie.

Źródło: americanconservative.com, project-syndicate.org

AS

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij

Udostępnij przez

Cel na 2026 rok

Zatrzymaj ideologiczną rewolucję. Twoje wsparcie to głos za Polską chrześcijańską!

mamy: 4 800 zł cel: 500 000 zł
1%
wybierz kwotę:
Wspieram