Wymiana taboru autobusowego co do zasady ma być elementem „troski o środowisko”. Gdy jednak przychodzi mróz, eko-bajanie musi pogodzić się z trudną rzeczywistością. A w niej elektryczne autobusy… dymią na potęgę. Jak to możliwe?
Serwis Interia opisuje przykład Gniezna, gdzie w 2024 roku tabor został wzmocniony przez tzw. bezemisyjne autobusy. W ciepłe dni pojazdy zdały egzamin, ale gdy przyszła zima, zwiększone zapotrzebowanie na energię pojazdów znacznie skracało ich zasięgi.
I jak się okazało, szybko znaleziono rozwiązanie. Co prawda teraz autobusy elektryczne dymią może i nawet bardziej niż ich kuzyni w dieslu, ale za to jeżdżą. W czym rzecz?
Wesprzyj nas już teraz!
Gnieźnieńskie elektryczne Solarisy wyposażono w… spalinowe agregaty grzewcze. Uruchamiają się one, gdy temperatura spada i zapewniają pasażerom komfortową temperaturę. W zamian akumulatory pozwalają na pokonanie większych odległości bez ładowania.
Jest jeden problem. Ekologiczny. Ogrzewanie pracuje na olej napędowy. I to jeszcze nic takiego, wszak autobusy „na ropę” to normalny widok. Tyle, że emisje z ON spalanego w silnikach wysokoprężnych stosowanych w samochodach obarczone są normami Euro. Spalanie tego samego paliwa w nagrzewnicy, już nie. I tak oto „czysty” autobus pozostawia po sobie kłąb czarnego dymu. Z ogrzewania.
Pasażerowie odczuwają efekt cieplny, miasto deklaruje, że ma efekt ekonomiczny, bo jazda „na prąd” wychodzi taniej. I tylko ów efekt ekologiczny, ta „przyczyna wszystkiego”, jakby jakoś zaginął. Ot, elektromoblilność w praktyce.
Źródło: interia.pl
MA