Nie chcę być prorokiem zagłady, ale miejmy odwagę to powiedzieć: jeśli nie odwrócimy szkodliwych trendów cyfrowej rewolucji, konsekwencje mogą stać się nieodwracalne. Nie dlatego, że ludzkość wymrze – ale dlatego, że społeczeństwo, które z tego wyjdzie, nie będzie społeczeństwem, w którym chcielibyśmy żyć. Będzie to być może społeczeństwo sprawne technicznie, ale puste relacyjnie. Społeczeństwo, w którym ludzie żyją nie ze sobą, ale obok siebie. Będziemy umierać samotnie w mieszkaniach, znajdywani nierzadko po kilku tygodniach, jak dzieje się dzisiaj w Korei Południowej – mówi Kwartalnikowi PCh24.pl prof. Andrzej Zybertowicz.
Dlaczego wchodzenie w związki jest dla nas takie ważne?
Jesteśmy zwierzętami stadnymi. Ewolucja ukształtowała nas tak, że izolacja jest odczuwana przez nasz mózg jako śmiertelne zagrożenie. Samotność aktywuje te same obszary mózgu co ból fizyczny. Potrzebujemy drugiego człowieka jak tlenu, by regulować własne emocje, by czuć sens i cel. Bez tego „lustra”, jakim jest drugi człowiek, gubimy się we własnym ego.
Wesprzyj nas już teraz!
I tacy ludzie, pozbawieni „lustra”, stają się incelami, czyli osobami, które nie potrafią zbudować relacji i żyją w przymusowym celibacie?
Zjawisko inceli to tragiczny, wręcz patologiczny krzyk o pomoc systemu, który zawiódł. To mężczyźni, którzy wypadli z rynku matrymonialnego – rynku, który stał się brutalnie konkurencyjny przez cyfryzację. Na aplikacjach randkowych uwaga kobiet skupia się na wąskiej grupie najatrakcyjniejszych mężczyzn (co potwierdzają statystyki), a reszta staje się niewidzialna.
Do tego dochodzi kryzys wzorców męskości i brak kompetencji społecznych, których nikt tych chłopców nie nauczył, bo siedzieli przed ekranami, zamiast biegać po podwórku. W efekcie ich frustracja, zamiast przekuć się w pracę nad sobą, zostaje zassaną przez algorytmy, które w cyfrowych „bańkach nienawiści” radykalizują ich i dają im fałszywe poczucie wspólnoty opartej na pogardzie.
Ale, chcę to powiedzieć wyraźnie, incele nie są „potworami”. Są ofiarami – ofiarami środowiska, które odebrało im szansę na normalny rozwój społeczny, a potem podsunęło im w zamian toksyczną ideologię.
Gdyby ci sami młodzi mężczyźni dorastali w środowisku, w którym mieli okazję codziennie rozmawiać z rówieśnikami twarzą w twarz, przeżywać odrzucenie i uczyć się z niego, budować poczucie własnej wartości przez realne osiągnięcia – większość z nich nigdy by nie trafiła na żadne forum incelów. To nie jest problem „złych jednostek”. To problem systemowy. Do uświadomienia sobie tego zbyt długo dochodzimy.
Mówimy o poczuciu samotności i problemach z budowaniem relacji. Na ten problem zwraca dzisiaj uwagę wielu badaczy i publicystów, nazywając go wprost epidemią samotności. Czym ona jest i jak się rozprzestrzenia?
To nie jest tylko metafora, lecz diagnoza medyczna i społeczna. Kiedyś samotność była stanem przejściowym, czasem nawet potrzebnym – mylono ją z odosobnieniem, które sprzyja refleksji. Dziś mówimy o samotności jako o chronicznym bólu społecznym. To stan, w którym jednostka, nawet będąc w tłumie lub mając tysiąc znajomych na Facebooku, nie czuje z nikim głębokiej, wartościowej, wspierającej więzi.
Z punktu widzenia socjologa, epidemia samotności to efekt zerwania „tkanki łącznej” społeczeństwa. Przez tysiąclecia żyliśmy w gęstych sieciach zależności – sąsiedzkich, rodzinnych, parafialnych. Czasem dusznych, dławiących swobodę, ale dających fundamentalne poczucie bezpieczeństwa oraz znaczenia: „jestem częścią czegoś większego”.
Dziś, w imię źle pojętej wolności i wygody, pozwoliliśmy, by te więzi zostały rozerwane. Zostaliśmy zatomizowani. Epidemia ta objawia się nie tylko tym, że nie mamy do kogo otworzyć ust przy kolacji, ale tym, że w sytuacji kryzysowej nie mamy do kogo zadzwonić. To stan strukturalnego osamotnienia.
Jak bardzo tak choroba nas wyniszcza?
Lekarze dowodzą, że ten stan jest dla organizmu równie toksyczny, jak wypalanie paczki papierosów dziennie.
Ale chciałbym zwrócić uwagę na coś jeszcze. Ta epidemia nie spadła z nieba. Ona ma konkretne przyczyny strukturalne. Mamy do czynienia z sytuacją, w której najbogatsze firmy w historii ludzkości – platformy cyfrowe – zbudowały swoje imperia na modelu biznesowym, który dosłownie żywi się naszą izolacją. Im więcej czasu spędzamy sami przed ekranem, tym więcej danych generujemy, tym więcej reklam nam wyświetlają. Samotność jest dla nich nie problemem, lecz surowcem. To trzeba powiedzieć wprost, bo inaczej będziemy leczyć objawy, ignorując przyczynę.
Do platform cyfrowych jeszcze wrócimy. Na razie zostańmy przy problemie epidemii samotności. Dlaczego w gruncie rzeczy cierpimy na recesję związków? Dlaczego nie potrafimy lub nie chcemy w nie wchodzić?
Bo związki, te prawdziwe, są trudne. Wymagają wysiłku, kompromisu, znoszenia cudzych wad, a czasem po prostu przetrwania nudy. Tymczasem my, jako społeczeństwo, zostaliśmy wytresowani przez kulturę cyfrową do unikania jakiegokolwiek dyskomfortu. Głębokie związki bywają piekielnie trudne. Pewnie zawsze były. Ale przez tysiąclecia ludzie w nie wchodzili, bo alternatywa – bycie samemu – była jeszcze trudniejsza. Nie było namiastek bliskości.
Dzisiaj te namiastki są. I są nadzwyczaj kuszące. Smartfon oferuje natychmiastową, niezobowiązującą gratyfikację – strumień bodźców, który nie wymaga od nas negocjowania, ustępowania, znoszenia cudzych humorów, przepraszania. To, co psychologowie nazywają natychmiastową nagrodą, jest dostępne dwadzieścia cztery godziny na dobę, przy zerowym wysiłku emocjonalnym. Tymczasem związek to inwestycja w nagrodę odroczoną. Trzeba cierpliwie budować zaufanie, przetrwać kryzysy, zanim się doczeka tego głębokiego poczucia, że ktoś naprawdę nas zna, zna nasze wady i mimo to nie odchodzi.
Problemem jest to, że ludzki układ nagrody – mechanizm w mózgu, który decyduje o tym, co nas motywuje – został przez technologie cyfrowe systemowo rozregulowany. Przyzwyczailiśmy się do ciągłych, szybkich strzałów dopaminy. Związek takich strzałów nie daje. Daje coś znacznie cenniejszego, ale wolniej i trudniej. I coraz więcej ludzi, zwłaszcza młodych, już po prostu nie potrafi czekać. Nie dlatego, że są gorsi od swoich dziadków. Dlatego, że ich mózgi zostały, mówiąc brutalnie, „przemeblowane” przez środowisko cyfrowe – zanim zdążyli w pełni dorosnąć.
Nazwałbym to „kulturową atrofią mięśnia relacyjnego”. Jeśli przez lata przyzwyczajasz swój układ nagrody do natychmiastowej gratyfikacji – klikasz i masz, scrollujesz i dostajesz dopaminę – to zderzenie z drugim człowiekiem staje się nie do zniesienia. Człowiek analogowy jest nieprzewidywalny, bywa irytujący, nie ma przycisku „pomiń”.
Atrofia związków bierze się także z lęku przed ryzykiem. Związek to inwestycja o niepewnej stopie zwrotu, a my żyjemy w czasach, w których wmówiono nam, że wszystko musi się „opłacać” tu i teraz. Wolimy więc bezpieczne, płytkie tzw. relacje paraspołeczne (czuję się związany z celebrytą, który o mnie nie słyszał) lub pornografię, bo one nie wymagają od nas odsłonięcia miękkiego podbrzusza, swoich słabych punktów. Wybieramy wygodną samotność zamiast wymagającej bliskości.
Czyli związki po prostu przestały się opłacać? Oczekujemy szybkiej nagrody, a będąc w związku, czujemy się „karani”: trzeba pielęgnować relację, podejmować ryzyko, poświęcać czas, łagodzić konflikty, przechodzić przez kryzys a jeśli są dzieci, dochodzi szereg uciążliwych nierzadko obowiązków. Wiecznie brakuje czasu, a opłacalności nie widać. Z drugiej strony rozmawiamy z samotnym i bezdzietnym przyjacielem, który opowiada nam o fajnych doraźnych relacjach, podróżach, pasjach, na które ma mnóstwo czasu. To jego styl życia wydaje się wówczas bardziej atrakcyjny, prawda?
To jest pytanie, które brzmi racjonalnie – i właśnie dlatego jest niebezpieczne. Bo sugeruje, że ludzie podejmują decyzję o związku tak, jak podejmują decyzję o inwestycji finansowej: kalkulują koszty i zyski, porównują opcje, optymalizują. I w pewnym sensie tak robią – ale ten sposób myślenia już sam w sobie jest częścią problemu.
Proszę zwrócić uwagę: gdy mówi pan o „karach” – codziennych trudach, kryzysach, ryzyku – to opisuje pan rzeczy, które były obecne w związkach od zawsze. Nasze babcie też się kłóciły z dziadkami. Też miały momenty, gdy chciały uciec. Różnica polega na tym, że nie miały dokąd uciec. Nie miały własnych źródeł dochodu. Nie było Tindera, nie było Netflixa, nie było pokoju pełnego nieskończonych cyfrowych rozrywek, które oferują przyjemność bez wysiłku. Koszty związku nie wzrosły. Wzrosła atrakcyjność alternatyw – a raczej iluzja ich atrakcyjności.
I tu wracamy do tego, co uważam za kluczowe: do rozregulowania układu nagrody. Związek to jest inwestycja w nagrodę odroczoną. Trzeba przejść przez lata budowania, żeby pewnego dnia obudzić się obok kogoś i pomyśleć: „Ten człowiek naprawdę mnie zna. Przetrwaliśmy razem rzeczy, których nikt inny nie rozumie”. To uczucie jest pewnie jednym z najgłębszych, jakie człowiek może przeżyć. Ale wymaga lat. A mózg przyzwyczajony do natychmiastowych strzałów dopaminy – ze scrollowania, z lajków, z serwisów streamingowych – nie potrafi czekać. Nie dlatego, że jest głupi. Dlatego, że został przyzwyczajony do innego rytmu.
Ale chcę być uczciwy: związek to nie jest rozwiązanie na wszystko. Są związki destrukcyjne, są ludzie, dla których samotność jest zdrowsza niż toksyczna relacja. Nie idealizuję małżeństwa. Mówię tylko, że kalkulacja „koszty versus zyski” dokonywana przez umysł z rozregulowanym układem nagrody jest kalkulacją fałszywą. Ten umysł systematycznie przecenia krótkoterminowe koszty i systematycznie nie docenia długoterminowych korzyści. I dopóki tego nie naprawimy, ludzie będą „racjonalnie” wybierać samotność – i „racjonalnie” z jej powodu cierpieć. […]
Całość wywiadu z prof. Andrzejem Zybertowiczem w 4. numerze KWARTALNIKA PCH24.PL
