7 stycznia 2026

Kiedy byłem w nowicjacie przeczytałem w najstarszej biografii Ignacego z Loyoli napisanej przez Pedro de Ribadeneira SJ, jednego z pierwszych towarzyszy Ignacego, że kiedy Ignacy rozpoczął swoje studia różni ludzie, w tym jego spowiednik, radzili mu czytać Enchiridion militis Christiani czyli „Podręcznik żołnierza Chrystusowego” Erazma z Rotterdamu: „Kiedy Ignacy z całą otwartością zaczął czytać zauważył, że czym więcej czytał tę książkę, tym bardziej Boży duch w nim się ochładzał i zapał jego zaangażowania słabł. Kiedy zdał sobie  z tego sprawę całkowicie porzucił tą lekturę i tak był nią zniechęcony, że już nigdy nie czytał książek tego autora. Później zabronił korzystania z nich w naszym Towarzystwie. W tym samym czasie bardzo często korzystał z małej książeczki Tomasza a Kempis, „O naśladowaniu Chrystusa”, i zawsze zdecydowanie ją polecał do czytania.” Ignacy zabronił czytać książki Erazma jeszcze przed tym, jak zostały one potępione przez Stolicę Świętą. Zdziwiło mnie, że Ignacy tak diametralnie różnie odniósł się do dwóch najsłynniejszych książek, które stały się na przełomie średniowiecza i renesansu podstawą devotio moderna, czyli nowej pobożności. Co je różniło, że założyciel Jezuitów miał diametralnie odmienne zdanie na ich temat? Odpowiedź na to pytanie jest odpowiedzią na tytułowe pytanie artykułu.

Wielki Europejczyk z Rotterdamu

Życie Erazma z Rotterdamu przypadło dokładnie na epokę kiedy kończyło się przepojone chrześcijaństwem średniowiecze i rozpoczynała rodząca się z renesansowego humanizmu nowożytność. Erazm był jednym z najwybitniejszych, jeśli nie najwybitniejszym, promotorem tego ostatniego. Jeden z najbardziej znanych intelektualistów i „autorytetów moralnych” (jak by go dzisiaj nazwano) swojego wieku. Był nieprawym synem księdza i jak wiele podobnych osób wybrał karierę duchowną jako jedyną możliwość zabezpieczenia sobie utrzymania i wykształcenia. Wstąpił do augustianów, przyjął święcenia, ale wkrótce zakon opuścił i nigdy nie sprawował funkcji kapłańskich. Zdawał sobie sprawę ze swojej niepewnej sytuacji prawnej (mógł być zmuszony do powrotu do klasztoru, co zrujnowałoby jego karierę), ale dopiero 24 lata po tym fakcie wniósł prośbę o papieską dyspensę. Był jednym z wielu, którzy czerpali korzyści z przywilejów kleru, ale zarazem byli niechętni tej grupie społecznej.

Wesprzyj nas już teraz!

Wydał poprawioną wersję greckiej Biblii i wielu autorów patrystycznych. Nakład jego książek przewyższył zapewne 1 mln. egzemplarzy – liczba na te czasy niesłychana! Doradca cesarzy i papieży. Był więc erudytą, autorem bestsellerów i celebrytą swoich czasów.  Był w grupie tych, którzy walczyli o nowoczesność, choć w tamtych czasach oznaczało to powrót do starożytności i równocześnie odrzucanie dorobku średniowiecza. Można powiedzieć, że był jednym z autorów mitu „nowoczesności” i antymitu „ciemnogrodu”. To on wymyślił, że katedry średniowieczne są tak ohydne, że tylko barbarzyńscy Goci mogli je wybudować. Przemierzył wielokrotnie Europę od Londynu do Rzymu – był w nieustannym ruchu i związany był z najważniejszymi wówczas centrami naukowymi takimi jak Sorbona, Cambridge, Oxford, Lowanium, Rzym czy Bazylea. Erazm nie lubił swojej ojczyzny i często wyrażał się negatywnie o Holandii, jako miejscu gdzie żyją ludzie ograniczeni, prostacy i niewykształceni (co nam to przypomina? 🙂

Erazm brzydzi się wszystkim co wydaje mu się być przeciwne rozumowi. W swojej „Pochwale głupoty” bezlitośnie szydził z ignorancji i zepsucie duchowieństwa, a przede wszystkim krytykuje średniowieczne chrześcijaństwo „mechaniczne” opierające się na wierze w możliwość zbawienia poprzez wykupywanie odpustów, kult relikwii, pielgrzymki, ofiary na kościół, procesje i inne podobne formy pobożności. Gani też średniowieczną teologię scholastyczną, która sprowadziła chrześcijaństwo do jałowych sofizmatów oraz porzuciła źródła wiary (Biblia i ojcowie Kościoła). Scholastyka oderwała się od Ewangelii i bada ilość diabłów na końcu szpilki, zakonnicy stali się pasożytniczą klasą, a pobożność przerodziła się w czyste zabobony.  Był tutaj prekursorem protestantyzmu, ale jak ognia obwiał się wypadnięcia poza granice Kościoła, przy czym nie dlatego, że był przywiązany do ortodoksji, ale raczej z koniunkturalizmu.

Erazm był nie tyle wrogiem teologii scholastycznej, tonącej w niekończących się definicjach, lecz w ogóle teologii jako takiej, skłaniając się do idei, że najodpowiedniejszą byłaby „teologia negatywna”, czyli milczenie o Bogu jako tym, który przerasta nasz rozum. Chrześcijaństwo według niego to przede wszystkim religia serca, intuicji i zaufania Bogu, którą można zawrzeć w kilku podstawowych prawdach wiary. Dlatego też Erazm zwracał wiele większą uwagę na etykę i moralność, jako kwestie praktyczne i niezbędne w życiu jednostki oraz społeczeństwa. W tym sensie był on więc europejskim Konfucjuszem, a zarazem  prekursorem tego chrześcijańskiego humanizmu, który nie jest zainteresowany samą treścią wiary: Chrystusem żyjącym i działającym w swoim Kościele, lecz widzi chrześcijaństwo jako źródło pozytywnych idei takich jak szacunek dla każdego życia, tolerancja, umiarkowanie, umiłowanie mądrości i wiedzy, dialog, pacyfizm, egalitaryzm et cetera. Podobną pozycję zajmują dziś tacy ludzie jak Andre Comte-Sponville – autor „Duchowości ateistycznej”. Zarazem można by powiedzieć, że Erazm był jednym z ojców sceptycyzmu poznawczego, unikając jednoznacznego stanięcia po stronie swoich własnych poglądów i uznającego, że inni też mają „swoja prawdę”. 

Słynny Rotterdamczyk nie był idealnym człowiekiem. Dzisiaj byśmy powiedzieli, że to typowy współczesny inteligent: przewrażliwiony na swoim punkcie (w tym na punkcie zdrowia), drażliwy, skupiony na sobie, intelektualnymi dyskursami usprawiedliwiający własne słabości, na własny użytek buduje idealny obraz swojej osobowości, emocjonalny i nie zdający sobie sprawy z własnych emocji. Egocentryk, który nigdy nie jest szczęśliwy. Perfekcjonista, który łatwo ulegał zmiennym uczuciom. Unikający jasnego określenia się asekurant, a zarazem ostro oceniający innych. Jak wielu ludzi tego typu ludzi był bardzo czuły na swoją sytuację materialną. Pieniądze to jeden z głównych tematów jego troski, korespondencji i wysiłków. Kilka dukatów odebranych przez angielskich celników rozpamiętywał latami. Jednym słowem nie była to prosta osobowość, lecz człowiek pełen sprzeczności. 

Nieuchronnie zbliżał się rok 1517. Erazm przeczuwał, że stanie się coś ważnego, lecz okazało się, że zupełnie nie był przygotowany na tak szybki i gwałtowny rozwój wypadków. Był u szczyty swojej sławy: autorytet moralny na którego zwrócone były oczy całej Europy. Obie strony konfliktu oczekiwały, że opowie się jasno po ich stronie. Rotterdamczyk przebywał wówczas w Lowanium – bastionie ortodoksji, co czyniło szczególnie niewygodną jego pozycję. Erazm nie lubił sporów oraz konfliktów i starał się unikać jednoznacznego opowiedzenia się. Niepokoiła go gwałtowność wystąpień Lutra i obawiał się, że przyniosą one Kościołowi niebezpieczny rozłam. Uważał się za człowieka umiarkowania i roztropności. W sporze rozgorzawszym wokół protestantyzmu jak długo tylko mógł siedział okrakiem na barykadzie między zwalczającymi się stronami. Chwalił Lutra, ale bał się, aby go nie kojarzono jako jego zwolennika i zapewniał o swojej prawowiernej pozycji. Ta dwuznaczność była charakterystyczną cechą Erazma, który obawiał się, że gwałtowność reformatorów zaowocuje, iż „papiści” zaatakują również jego własną reformę Kościoła.

Chciał unikać konfliktów, ale zarazem swoim kąśliwym językiem i długo chowanymi urazami wobec oponentów wplątywał się w niekończące się spory i kłótnie. Miał opinię na każdy temat, ale robił wrażenie, że nie jest za swoje poglądy gotów zapłacić żadnej ceny. Wypierał się często swoich zwolenników, w krytycznym momencie ratował się ucieczką, bo jak sam mówił: „Nie wszyscy mają dość sił na męczeństwo”. Przyjaźnił się z Thomasem Morusem, podobnym do siebie świeckim erudytą i humanistą, autorem „Utopii”, który oddał swoje życie protestują przeciw uzurpacji władzy nad Kościołem przez Henryka VIII – taka postawa była obca Erazmowi. W ten sposób zraził do siebie tak protestantów, jak i zwolenników ortodoksji. Sam Luter zaciekle walczący o prawdę nazwał Erazma „widzem naszej tragedii”. Wydaje się, że zwykłe tchórzostwo i wygodnictwo chciał przykryć pacyfizmem oraz ideałem umiarkowania i rozsądku.

Przynaglony przez innych musiał jednak w końcu wyrazić swoją opinię o poglądach wielkiego reformatora. Była to „Rozprawa na temat wolnej woli” z 1524 r., gdzie bardzo przekonywująco ukazał sprzeczności tego, co Luter twierdził o ludzkiej wolności. Ale myliłby się ten, kto by myślał, że Erazm był zwolennikiem ortodoksji. Erazm miał wątpliwości co do wielu centralnych dogmatów Kościoła, a nie tylko na temat sensu życia zakonnego. Był typowym sceptykiem, który jednak nie afiszował się zbytnio ze swoimi wątpliwościami. Wątpił w sakramenty i sakramentalną naturę Kościoła, kult świętych, post i inne pobożne praktyki. Protestantów nie lubił nie tyle za ich poglądy, co za gwałtowność. Sam był piewcą kompromisu i szukania złotego środka.

Jaka reforma?

A jak Erazm rozumiał reformę?  Brzydził się on wszelką nieczystością (w tym brudem, smrodem, chorobami) i uważał, że reforma polega na oczyszczeniu Kościoła z różnego rodzaju naleciałości i „nieczystości”. Kościół powinien być przede wszystkim racjonalny. Zaś wzorem racjonalności była starożytność, a szczególnie antyczna literatura. Hasłem jego reformy było „bonae literae”, trudno przetłumaczalne pojęcie, które między innymi oznaczało troskę o słowo pisane. To dlatego Erazm poświęcił tyle wysiłków poprawianiu tekstu Wulgaty. Teologiczna rewolucja lub zmiana struktur Kościoła – takie rozumienie reformy nie było dla niego najważniejsze. Erazm nie interesował się dogmatyką, raczej pasjonowała go „estetyka religijna”.

Co Erazm przeciwstawiał chrześcijańskiemu średniowieczu? Fantastyczny, wyidealizowany świat starożytności, uczoność opartą na literackości i wyimaginowany chrześcijański humanizm stworzony na podstawie ulubionego przezeń Hieronima czy Augustyna, lecz odartych zasadniczo z ich gorącej wiary. Jego propozycja jest więc na tyle fantastyczna, co chłodna, sztuczna i odległa od życia. Krytykując duchowy dorobek średniowiecza nie dawał nic w zamian. Chciał wyczyścić Kościół z wszelkich naleciałości, ale nie rozumiał, że pozostawiał po sobie pusty budynek, bez żadnej treści, za to nie denerwujący nikogo jakimiś wymaganiami i roszczeniami. Stworzył sobie wizję „pięknego” chrześcijaństwa jako najwyższego wyrazu racjonalizmu i humanizmu. Chrześcijaństwo dla niego to przede wszystkim umiar i harmonia, uczone dyskusje inteligentów w cieniu lipy przy dobrym winie.

Jak słusznie zauważa znakomity badacz średniowiecza Johan Huizinga w swojej biografii Erazma, że obca mu była wszelka mistyka. Chrześcijaństwo dla Erazma było projektem intelektualnym, najwyższą formą humanizmu i racjonalności. O takie chrześcijaństwo Erazm walczył i taki Kościół chciał stworzyć. Była to idea daleka od realności, lecz przede wszystkim odległa od Ewangelii, która nie jest traktatem intelektualnym, lecz prowadzi czytelnika do osobistej więzi z pewnym Człowiekiem. Ta osobista relacja z Chrystusem wydaje się być obca Erazmowi. „Na Chrystusa-Boga patrzył jak na najprawdziwszego filozofa moralnego ludzkości, a na Ewangelie jak na najczcigodniejsze zabytki klasycznej filozofii chrześcijańskiej. Nie wyrzekał się – broń Boże – otwarcie katolicyzmu, ale igrał z dogmatami lub sprawami kultu, przedstawiając je nieraz jako placki wysmażone w średniowiecznej kuchni” (Stanisław Łempicki).

Błąd więc w tym, żeby Erazma uważać za autorytet w kwestiach duchowych, kiedy on był bardziej pedagogiem i świeckim myślicielem. W pewnym sensie tworzył on pewną namiastkę intelektualną chrześcijaństwa bez wiary, dogmatów, nauczania, a w końcu bez żywego Jezusa. Erazm i erazmianie, w tym współcześni, na pytanie Jezusa, „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?”, mogliby odpowiedzieć: za humanistę, wielkiego myśliciela, pacyfistę, autorytet moralny, nauczyciela mądrości, tolerancji i dialogu, guru dającego  przykład doskonałego życia. Jest to piękna idea, ale nie wiele mająca wspólnego z tekstem Ewangelii i dziełami Ojców Kościoła, których czytanie tak zalecał sam Erazm.

Co nam to wszystko przypomina? Ależ tak! Dzisiaj Erazm byłby jednym z „autorytetów moralnych” „kościoła otwartego” przełomu XX i XXI wieku.

Wielcy reformatorzy

Ignacy, Luter, Erazm, Morus – zawieszeni byli między średniowieczem i czasami nowożytnymi. Każdy z nich inaczej rozumiał reformę Kościoła: dla Erazma miała to być swego rodzaju „rewolucja kulturalna”, powrót do źródeł cywilizacji, dla Lutra zmiana kościelnych struktur i rewolucja teologiczna, dla Ignacego nawrócenie ludzkiego serca, reforma życia i przylgnięcie do Chrystusa. Ignacy był człowiekiem gorliwej miłości Chrystusa i jego Kościoła, Erazm kimś wręcz przeciwnym. Dla Ignacego najważniejsza była osobista relacja z Jezusem, a źródłem jego siły modlitwa i życie duchowe, którym miał służyć rozum i inteligencja. Dla Erazma życie duchowego nie miało większego znaczenia, a bożkiem był rozum i wiedza. Wydaje się, że Erazm nie przeżył nigdy żadnej głębokiej walki duchowej. Ani nie spierał się z Bogiem, ani nie walczył z pokusami szatana. Ślizga się na powierzchni duchowości, poświęcając swoje siły intelektualnym dyskursom, które bez ducha są martwe i nie przynoszące korzyści. To pułapka chrześcijaństwa bez wiary. Chrześcijaństwa, które jest jakimś najwyższej klasy humanizmem, intelektualnym ideałem, nawet mądrością, ale pozbawioną wiary, która może otworzyć drzwi duszy na działanie Bożej łaski.

Morus był przyjacielem Erazma i bliskim mu ideowo humanistą. Miał jednak inną hierarchię wartości. Jezus nie był dla niego ideą, lecz Zbawicielem, zaś Kościół nie jakąś instytucją, którą trzeba cierpieć, lecz Jego ciałem. Swoją śmiercią Morus udowodnił, że prawda istnieje i trzeba oddać za nią życie. Erazmowi trudno było zrozumieć, że teoria może mieć jakiś związek z praktyką i że wiara nie jest jedynie intelektualnym procesem, lecz musi mieć konkretne konsekwencje w życiu. Jak bardzo Erazm przypomina współczesnych nam lewicowych intelektualistów: tu mądre artykuły i dyskusje, a tutaj własne życie prywatne! Choć Morus był tak bliskim mu po duchu humanistą, to jednak okazało się w praktyce jak bardzo się różnią, kiedy to Erazm w ten sposób skomentował śmierć pierwszego: „Obyż Morus nigdy nie wdawał się był w niebezpieczne sprawy i pozostawił kwestie teologiczne teologom” – tak jakby Morus zginął za jakieś dysputy, a nie w obronie swojego sumienia! Humanista wszechczasów był, jak pisze Huizinga, „bezwzględnym idealistą, a zarazem człowiekiem na wskroś umiarkowanym”.

Teraz jeśli weźmiemy do ręki Enchiridion militis christianis i O naśladowaniu Chrystusa zobaczymy z całą wyrazistością kolosalna różnicę w rozumieniu czym jest chrześcijaństwo. Naśladowanie to wyraz gorącej miłości do Chrystusa i wcielania jej w konkretne czyny. Naśladowanie, jak już samym tytuł mówi, stawia w centrum Chrystusa i osobistą, intymną więź ze Zbawicielem. Tego brak w Enchiridionie, i dlatego Naśladowanie, w którym zaczytywał się święty założyciel jezuitów, ciągle można znaleźć na biurku wielu chrześcijan, a Enchiridion pokrywa się kurzem na bibliotecznych półkach z rzadka przeglądany przez znawców renesansu. Dzieło Erazma to raczej wykład stoicyzmu, świeckiej moralności i mądrości, gdzie Chrystus jest jednym z wielu przemądrych guru wspaniałej starożytności.

 

2)

 

Erazm z Podhala

Skąd się wziął „kościół otwarty”?

Tischner był moim wykładowcą na filozofii, ale dla naszego pokolenia nie był już zbyt atrakcyjny. Myśmy bardziej żyli Ewangelią i duchowością niż filozofią. Do mnie miał słabość, bo oprócz tego, że uczęszczałem na obowiązkowe wykłady z antropologii i filozofii dialogu, to jeszcze chodziłem na jego zajęcia z filozofii dramatu na wydziale reżyserii na PWST (obecnie AST). Widocznie podobał mu się młody zakonnik, który wychodził tak jak on w swoich poszukiwaniach intelektualnych poza kościelne podwórko. Tischner był oczywiście gwiazdorem i lubił grać rolę gazdy-filozofa. Przyciągał ludzi z pogranicza Kościoła, a również katolickich wykształciuchów, których uwierał tradycyjny Kościół, a zarazem samo chrześcijaństwo znali dosyć powierzchownie.

Co proponował inteligencji, w tym katolickiej? Niczym współczesny Erazm tworzył dla nich chrześcijaństwo intelektualnie strawne, chrześcijańską filozofię, humanizm, który można było przyjąć jako namiastkę religii i zastąpić nią nieatrakcyjny, bogoojczyźniany Kościół. Była to intelektualna alternatywa wobec ludowego Kościoła Wyszyńskiego („średniowieczny ciemnogród” Erazma) i prymitywnego materializmu oraz ateizmu komunistów („protestanckie chamstwo i brutalność”). Oczywiście to chrześcijaństwo, tak jak u Erazma, składało się z kilku prostych praw (trochę na własny wybór) i nie pchało się ze swoją moralnością w prywatne życie miłośnika nauczania Tischnera. Krakowski filozof w sutannie był więc prorokiem i patriarchą „kościoła otwartego”, którego medialnym ramieniem są TP, Znak, Więź.  

Umieszczony w latach 90tych w GW wywiad: „Kleryk Tischner” – otworzył mi oczy na wewnętrzny świat mojego byłego profesora. Otóż ciekawe było nie to, co w tym wywiadzie było, tylko czego nie było. A nie było tam nic o duchowości, osobistej relacji z Bogiem czy o powołaniu. Ten wywiad pokazywał młodego człowieka, który szukając możliwości realizacji swoich intelektualnych pasji doszedł do przekonania, że najlepszym dla tego miejscem w stalinowskiej Polsce będzie … krakowskie seminarium. 

Minęło wiele lat i na ks. Józefa Bóg dopuścił raka krtani. Gazda-filozof zaniemówił, ale to pewnie skłoniło go do innego spojrzenia na swoje życie. Na sam jego koniec sprawił „kościołowi otwartemu” niespodziewany „podarek”. „Drogi i bezdroża miłosierdzia” – pisana w ostatnich latach życia książka, w której rozważa on istotę Bożego miłosierdzia, zwłaszcza w kontekście ludzkiego cierpienia rozmyślając nad przesłaniem zawartym w „Dzienniczku” św. Faustyny – według „autorytetów moralnych” jednym z największych przykładów polskiej dewocji i ciemnogrodu. Tę książkę, która była tak odmienna od wszystkiego co Tischner mówił do tej pory, jak można było tak „katolickie elity” zignorowały.

Od Erazma do Tischnera

Jaka była spuścizna Erazma? W XVI wieku czasami wręcz wszystkich humanistów nazywano „erazmianami”. Później ludzie podzielający jego poglądy tworzyli „trzecią siłę” między katolikami i protestantami, starającą się „zamazać” różnice teologiczne rozdzielające Europę XVI i XVII wieku, aby w ten sposób doprowadzić do trwałego pokoju. Z tej grupy powoli wyłaniała się masoneria, która miała początkowo niemałe wpływy wśród wyższego duchowieństwa. Oświecenie jak i późniejszy racjonalizm widziało Erazma jako swojego prekursora. Jego idee można znaleźć także u takich  ludzi jak francuski  ksiądz Lamennais, żyjący w XIX wieku – najpierw konserwatysta-papista, a potem katolicki radykał i głosiciel „uniwersalnego rozumu” potępiony przez Kościół. Nie jedno ziarno erazmianizmu odnajdziemy w ruchu modernistycznym na przełomie XIX i XX wieku, który tak gwałtownie zwalczali papieże tej epoki. W końcu „postępowe” nurty w Kościele, które nabrały wiatr w żagle po Vaticanum Secundum, są jawną kontynuacją idei Erazma. 

I tak dochodzimy do „kościoła otwartego” w Polsce. Zwróćmy uwagę, że Erazm także dzisiaj jest jedną z ulubionych postaci k.o. i szerzej tych, którzy nawet nie uczestnicząc faktycznie w życiu Kościoła są jego liberalnym skrzydłem. Jeszcze przed wojną Jerzy Turowicz opublikował manifest „kościoła otwartego”: „O Maritainie, czyli o najlepszym katolicyzmie”. Ten artykuł wynosi pod niebiosa pewien idealny obraz Kościoła wynoszony w sercach katolickich intelektualistów. Obraz oczywiście stworzony we Francji, choć należy zauważyć, że sam Maritain był człowiekiem rozsądnym i obserwując wprowadzanie zmian po Vaticanum Secundum stał się ich krytykiem. Uważał, że wielu chrześcijan odczytuje dokumenty soborowe z gruntu fałszywie.

Przed wojną niezbyt duża grupa katolickich intelektualistów tworzyła Stowarzyszenie „Odrodzenie” – należał do niej Stanisław Stomma, Stefan Swieżawski, oczywiście sam Turowicz i … Stefan Wyszyński – wtenczas młody, dobrze wykształcony kapłan, żywo zainteresowany sprawami społecznymi, za co ściągał na siebie czasami gromy ze strony duchowieństwa. Nie tylko zbieg przypadków spowodował, że właśnie ludzie wywodzący się z tej grupy postępowej, katolickiej inteligencji stali się intelektualną awangardą Kościoła polskiego w czasach komunizmu. Jeśli już komuniści byli zmuszeni dać jakąkolwiek prasę lub wydawnictwa Kościołowi to zdecydowanie optowali, żeby kierowali nimi ci, którzy mają poglądy bardziej postępowo-lewicowe, niż ci o inklinacji konserwatywnej lub narodowej. I tak poprzez TP, Znak czy Więź (a także W drodze) Kościół w Polsce (w tym np. KIKi) był pod wielkim wpływem współczesnych „erazmian”, a większość wykształconych katolików tak czy inaczej, nieświadomie była nawodniana ideami wielkiego holenderskiego myśliciela. SB miało dobrą orientację w ideowych nurtach polskiego katolicyzmu i zawsze wykorzystywała wewnętrzne spory Kościoła do swojej gry na jego osłabienie. Jak mogli wbijali klin między Wyszyńskiego a katolicką inteligencję. Komuniści głupi nie byli, jeśli już musieli dopuścić do istnienia jakieś wolne czasopismo katolickie, to woleli takie, które choć w części odpowiadało by ich interesom, niż takie, które by bezwzględnie stało za Wyszyńskim.

Po Soborze Watykańskim II komuna próbowała bardziej subtelnie rozbijać Kościół. Wykorzystywano do tego środowisko TP, które toczyło wojnę podjazdową z  Wyszyńskim (choć ten ostatni miał do TP dużą słabość ze względu na przedwojenne przyjaźnie). Prymas obawiał się wprowadzenia gwałtownych zmian po Soborze, między innymi ponieważ bacznie obserwował zamieszanie, które powstało w tym czasie w Kościele na Zachodzie i uważał, że dla przetrwania Kościoła w Polsce najważniejszy jest opór wobec władzy komunistycznej, a nie gorączkowe reformy.  „Kościół otwarty” był zaś ślepo zapatrzony w „reformy w duchu soborowym”, które były jednym z czynników kryzysu Kościoła w Europie, czy w USA. Choć nieoficjalnie, to jednak środowisko Tygodnika Powszechnego wyśmiewało np. maryjność Wyszyńskiego. „Kościół otwarty” zawsze starał się wyselekcjonować jakiś swoich „otwartych” biskupów i księży. Za ich zgodą lub bez ich zgody. W ten sposób np. promowano „naszego, postępowego Wojtyłę” przeciw zacofanemu Wyszyńskiemu. Zresztą zupełnie przeciw intencji Wojtyły, czemu on sam dawał wyraz nie jeden raz, jak choćby słowami z pierwszej audiencji dla Polaków 23 października 1978, które już są częścią naszej historii: „Czcigodny i umiłowany Księże Prymasie! Nie byłoby na stolicy Piotrowej tego papieża Polaka, gdyby nie było Twojej wiary, niecofającej się przed więzieniem i cierpieniem, Twojej heroicznej nadziei”. Ta linia przeciwstawiania Wyszyńskiego Wojtyle była zupełnie po „linii partii”, bo to samo starali się robić komuniści. Teraz, kiedy wiemy jak bardzo TP był spenetrowany przez esbecję zbytnio to nie może dziwić. Wyszyński też pewnie to rozumiał i na ten kompromis się godził, według zasady lepszy rydz niż nic.

Tę wojnę podjazdową najlepiej opisywał mistrz felietonu i najbardziej znany dziennikarz TP, czyli Kisiel, który rozstał się z tym czasopismem po upadku komunizmu. Stefan Kisielewski,  który nazwał Turowicza „lisio chytrym”, wspominał z nieukrywanym oburzeniem w swych „Dziennikach” pod datą 12 stycznia 1969 r.: „Bardzo mnie zmierził 'Tygodnik’, a raczej jego wodzowie: Jerzy [Turowicz], ksiądz Andrzej [Bardecki ] i Żychiewicz, czyli ojciec Malachiasz. Mają w głowie tylko… walkę z prymasem o reformę Kościoła, przy czym są tak rozżarci, że mówią o prymasie dosłownie ostatnimi słowami (…). Ci idioci uważają się niemal za książąt Kościoła (…)”. Pod datą 19 stycznia 1971 roku Kisiel zapisał o Turowiczu m.in.: „Kościół katolicki walczący z komunistycznym państwem o wolność duchową – to rozumie prymas, tego nie znosi krakowski oportunista Turowicz, który chciałby tylko jeździć na zjazdy 'postępowych katolików’ za granicą i pleść truizmy o 'opinii w Kościele’ (…) Jerzy będzie z przekonaniem ględził szlachetne slogany, po czym będzie głosował za każdą bzdurą i świństwem” (Turowicz był „mianowanym katolickim” członkiem komunistycznego Sjemu).

Po upadku komuny jej metodologię rozbijania Kościoła kontynuowała GW i inne związane z nią media. Nieustanne selekcjonowanie i promowanie „postępowych” księży przeciw „ciemnogrodzkiej” większości duchowieństwa i episkopatu. Przy wykorzystywaniu w mniejszym lub większym stopniu ich naiwności lub „parcia na szkło”. Przy pomocy mamienia ich ‘legitymacją członka salonu’ lub możliwością wydrukowania swojego nazwiska w GW. Jeśli  wziąć pod uwagę liczbę duchowieństwa w Polsce, to lista „postępowych kapłanów” jest jednak zadziwiająco krótka: kilkanaście nazwisk za 35 lat, to niezbyt duży sukces. Z biegiem lat widać, że intelektualne loty tych wybrańców ‘salonu’ są coraz niższe.

Czym jest „kościół otwarty”?

„Katolicki inteligent” patrzy z góry na to wszystko co się dzieje w zwyczajnej polskiej parafii: różaniec, nabożeństwa, Serce Jezusa, Maryja – to nie dla niego, lecz dla parafialnego plebsu. I dzięki Bogu! Właśnie dlatego Kościół otwarty pozostanie zabawą elit, w negatywnym znaczeniu tego słowa. Członkowie „kościoła otwartego” mają głębokie przekonanie o swojej wyjątkowej inteligencji i szczególnym wykształceniu. Nic tak ich nie cieszy jak rozpamiętywanie, że są mądrzejsi i lepiej zorientowani od ogółu ciemnego ludu katolickiego. Przy bliższym przyjrzeniu się można jednak stwierdzić, że ich szerokie horyzonty zawężone są często do czytania TP i GW, poza które boją się nosa wychylić. Tak więc wydzielają się oni z katolickiego tłumu, zarazem mają wielkie pragnienie ten pogardzany tłum przerobić według swojego projektu. Ale czy to możliwe? Jak przerobić na zwolenników „kościoła otwartego” pielgrzymów z Lichenia lub słuchaczy Radia Maryja? Nie da się i dlatego nasi „katoliccy intelektualiści” są w stanie nieustannej depresji i wyobcowania. Czują się w Kościele niewygodnie i odczuwają za niego pewien wstyd, a zarazem nie mają odwagi, żeby z tym Kościołem zerwać.

„Kościół otwarty” uwielbia dialog i tolerancję. Oczywiście dialog z samym sobą, a tolerancję i otwartość na sobie podobnych. Za tymi pięknymi słowami kryje się dogmatyzm, niechęć do wszystkiego co niezgodne z moimi poglądami i niekompetencja. Przypomnijmy sobie na przykład spór wokół klasztoru karmelitek w Oświęcimiu. W rozmowach z żydami Kościół Katolicki z tajemniczych powodów reprezentowali: mój współbrat O. Stanisław Musiał i oczywiście … red. Turowicz. Reprezentowali bardzo zażarcie interesy strony … żydowskiej. Swoją niekompetencją, zapalczywością oraz lizusostwem doprowadzili do wielkiego skandalu i awantury. Zaś ks. prof. Waldemar Chrostowski, z którym niejeden raz miałem okazję współpracować, realny specjalista w sprawach judaizmu, ośmielając się wypowiadać w tej kwestii oczywiste prawdy został oblany przez GW i TP pomyjami „antysemityzmu”.  

Ponieważ Pan Bóg dla „kościoła otwartego” nie odgrywa takiej ważnej roli, więc na Jego miejsce potrzebny jest jakiś bożek. Kościół otwarty ma małe zainteresowanie moralnością, duchowością, życiem religijnym, więc musi się w czymś wyżywać i wyżywa się polityce. Walka z ciemnogrodem, zacofaniem, nietolerancją, ksenofobią, rasizmem, antysemityzmem, walka o postęp, o przemiany, równość, inkluzywność itp. Kościół otwarty ma potężne ukąszenie heglowskie, więc dialektyka tezy i antytezy jest w nim bardzo silna i bez walki żyć nie może. Zawsze musi być wróg. Na Zachodzie kościół otwarty przeszedł często na pozycje marksistowskie i do dzisiaj im się ten marksizm czkawką odbija. We Francji k.o. tak zaorał Kościół, że niewiele tam z niego zostało, a teraz kiedy odradza się z popiołów wymierający weterani k.o. sinieją ze złości, kiedy widzą, że młode pokolenie francuskich katolików chodzi do spowiedzi i przyjmuje komunię na kolanach. To po żeśmy k… o postęp walczyli?! Czyste Tango Mrożka.

„Kościół otwarty” jest nudny i jeśli ktoś tam coś napisze, to ja z góry wiem co będzie od początku do końca artykułu: zawsze w głównym nurcie postępowego mainstreamowego ględzenia. Mamy teraz walkę z rasizmem i ksenofobią (uchodźcy), a mieliśmy z antysemityzmem. W rezultacie walki z antysemityzmem w Polsce przez dwie kadencję pierwszą damą była Żydówka, a żoną ministra spraw zagranicznych jest żydówka. Pytanie jest takie: czy takie tolerancyjne nastawienie Polaków jest wynikiem walki k.o. z antysemityzmem, czy na odwrót mimo wmawiania Polakom, że są antysemitami, oni sami nie dali się zwariować i sprowokować na zachowania antysemickie? Następną walką, którą według mnie podejmie k.o. w Polsce będzie obrona, czy też trafniej powiedzieć, promocja LGBT. Taka jest logika dziejów Hegla i od niej k.o. nie ucieknie.  

Trzeba pamiętać, że wyznawcy katolewicy to bardzo szerokie spektrum ludzi. Zaczynając od zupełnie normalnych katolików z przyzwyczajenia i od młodości czytających TP, aż po takich, który ostatni raz byli w kościele z racji pogrzebu jakieś 15 lat temu lub po prostu nie są nawet ochrzczeni. Kościół otwarty to cała paleta ludzi od zupełnie pobożnych, ale niezbyt zorientowanych lub ulegających modom i przesądom, poprzez katolików sprotestantyzowanych, aż po deistów, agnostyków i nawet ateistów. Wielu z nich to dobrzy, ideowi ludzie, może zagubieni, ale szczerze wierzący w swoje idee, tak więc nie chodzi o to, żeby ich piętnować, tylko o to, żeby na Kościół mieli możliwie niewielki wpływ, najlepiej proporcjonalny do ich ilości, bo inaczej to nam z tego „otwartego kościoła” wszyscy wyjdą.

Poznacie ich po owocach – to genialny sposób rozpoznawania, czy dany nurt w Kościele jest od Boga, czy też na odwrót? Jeśli weźmiemy pod lupę „kościół otwarty” to zobaczymy, że czym go więcej, tym Kościoła mniej. Klinicznym przykładem są kraje niemieckojęzyczne lub Holandia. To tam „kościół otwarty” zajął uprzywilejowaną pozycję, tak że niedługo Kościoła tam w ogóle nie będzie, pomijając niewielkie grupy tradycjonalistów zwalczanych przez kler, episkopat i zawodowych aktywistów kościelnych. Mój znajomy, który jeździ często służbowo na międzynarodowe spotkania różnych katolickich organizacji międzynarodowych, mówi mi, że gorszych wrogów Kościoła jak pracownicy niemieckich organizacji kościelnych nie znajdziesz. Bez końca atakują kler, Watykan, nauczanie Kościoła w dziedzinie moralności i wszystko inne – a biskupi Niemieccy im za to płacą słone pensje. O projekcie „kościoła otwartego” bardzo celnie wyraził się onegdaj Kiko Argüello, założyciel neokatechumenatu: „Szeroko otworzono drzwi Kościoła, problem w tym, że niewielu weszło, a wielu wyszło.

Nowa „trzecia siła”  

Jak się ma obecnie k.o.? Otóż średnio. Wymarło pokolenie autorytetów moralnych na których trzymał się ten ruch, a nowych nie widać. K.o. był napędzany przez komunę, tak samo jak kościół bogoojczyźniany, więc teraz kiedy jej zabrakło słabuje. Oczywiście komunę zastąpiono Radiem Maryja, antysemityzmem, ciemnogrodem, PiSem itd., ale to już nie to samo. Młode pokolenie katolickich intelektualistów skłania się bardziej ku prawicy, tradycji czy konserwatyzmowi (np. środowisko Frondy) niż ku lewicy lub „kościelnej reformie”. Inni idą do nowej „trzeciej siły” (o tym poniżej) niż do suchych duchowo sofizmatów Erazma Tischnera. Sam „kościół otwarty” zaangażował się jednoznacznie politycznie po stronie liberalnej lewicy: UD, UW, PO  – co od razu ogranicza jego zakres oddziaływania na ludzi młodych. Pozycja k.o. w Kościele mocno się zachwiała w związku z problemami z ortodoksją i nie-jasnym nie-opowiedzeniem się za linią nauczania Kościoła (zupełnie w stylu Erazma). Takim było np. opowiedzenie się Hennelowej za aborcją, przemilczaniem ataków na JPII przez salon lewicy laickiej (GW i spółka), co zaowocowało listem JPII do Turowicza z 1995 r. – zacytujmy najważniejszy fragment:

„Rok 1989 przyniósł w Polsce głębokie zmiany związane z upadkiem systemu komunistycznego. Odzyskanie wolności zbiegło się paradoksalnie ze wzmożonym atakiem sił lewicy laickiej i ugrupowań liberalnych na Kościół, na Episkopat, a także na Papieża. Wyczułem to zwłaszcza w kontekście moich ostatnich odwiedzin w Polsce w roku 1991. Chodziło o to, ażeby zatrzeć w pamięci społeczeństwa to, czym Kościół był w życiu Narodu na przestrzeni minionych lat. Mnożyły się oskarżenia czy pomówienia o klerykalizm, o rzekomą chęć rządzenia Polską ze strony Kościoła, czy też o hamowanie emancypacji politycznej polskiego społeczeństwa. Pan daruje jeżeli powiem, iż oddziaływanie tych wpływów odczuwało się jakoś także w „Tygodniku Powszechnym”. W tym trudnym momencie Kościół w „Tygodniku” nie znalazł, niestety, takiego wsparcia i obrony, jakiego miał poniekąd prawo oczekiwać; „nie czuł się dość miłowany” – jak kiedyś powiedziałem. Dzisiaj piszę o tym z bólem, gdyż los „Tygodnika Powszechnego” i jego przyszłość bardzo leżą mi na sercu.”

Zauważmy, że ten list jest szczególnie znaczący, ponieważ został napisany na 50lecie TP. Niestety mimo przestrogi Wojtyły drogi TP (oraz k.o.) i Kościoła zaczęły się coraz bardziej rozchodzić. Dzisiaj TP to już czasopismo prawie całkowicie świeckie, stojące w dystansie do KK, szczególnie tego realnie żyjącego w Polsce.

Od kilku lat w k.o. następuje jednak pewna przemiana, której uosobieniem jest kard. Ryś. I znowu trzeba sięgnąć do historii. Od końca lat 60tych w Kościele w Polsce pojawia się nowa „trzecia siła”. Najpierw Oaza, Neokatechumenat, charyzmatycy, a później dziesiątki, setki różnych ruchów i wspólnot świeckich. Ich wspólna cecha to dążenie do obudzenia w chrześcijanach osobistych relacji z Jezusem budowanych na kerygmacie, czyli tajemnicy Jego męki i zmartwychwstania. Nieliczne z początku grupy, które konserwatywny i znający kryzys Kościoła na zachodzie Wyszyński błogosławił z wielką ostrożnością. A co zrobił red. Turowicz i jego ekipa? Otóż nic. Przez całe dziesięciolecia cały ten ruch odnowy Kościoła i ewangelizacji był konsekwentnie przemilczany przez k.o.. Te wspólnoty stały się realną siłą Kościoła, ale zupełnie to nie cieszyło proroków „kościoła otwartego”? Dlaczego? Przecież to była ta odnowa soborowa, o którą tak zażarcie walczyli z Wyszyńskim! Tak, była to odnowa, ale nie taka, którą sobie wymarzył Turowicz pisząc artykuł „O Maritainie, czyli o najlepszym katolicyzmie”. Nie była to wysublimowana odnowa Kościoła w stylu Erazma, tylko odnowa w Duchu, który jak wiadomo wieje tam gdzie chce, a nie tam gdzie chce redaktor naczelny, nawet naczelny TP. Myślę, że całe środowisko k.o. tej nowej siły w Kościele i samej ewangelizacji po prostu nie rozumiało, a w najlepszym wypadku przyjmowało jako nowy przejaw katolickiej pobożności opartej na uczuciowości. Zresztą w Kościele na Zachodzie, te nowe ruchy powstawały w kontrze do lewicy, także kościelnej – tak np. było z neokatechumenatem. Jeśli nie rozumiesz, to najlepiej ignoruj. I to k.o. i jego organy prasowe robił konsekwentnie przez całe dziesięciolecia z rzadka podśmiewając się z antyintelektualizmu i prostactwa „trzeciej siły”. „Trzecia siła” rozumiała chrześcijaństwo jako przemianę całego człowieka, a nie tylko jako jakiś projekt intelektualny, a to dla k.o. było zupełnie obce. Jeszcze w 2017, kiedy odbyło się spotkanie „Jezus na Stadionie”, które zgromadziło 60 tyś. ludzi (ciekawe ilu czytelników miał wtedy TP?), to ks. Boniecki, jeden z tych starzejących się narcystycznych celebrytów w sutannach, pozwolił sobie prymitywnie wykpić całą imprezę, wyśmiewając się z tych ludzi, że …  szukali oni u Jezusa uzdrowienia, a ks. ks. Johna Bashoborę przedstawił jako czarnego szamana. I rzeczywiście to straszne: ci ludzie chcieli, aby Jezus ich uzdrowił! – pewnie się biedacy naczytali Ewangelii, gdzie Jezus wszystkich dotyka, marze śliną i uzdrawia. Byłoby o wiele lepiej, aby poszli na spotkanie z ks. Bonieckim ględzącym o dialogu z judaizmem i tolerancji.

Gdzieś od lat 10 obserwuję większe zainteresowanie dinozaurów k.o. „trzecią siłą”. K.o. zaczął doceniać jej znaczenie i wpływy w Kościele. Dłużej już nie można było udawać ślepego, więc zaczęło się przymilanie, próba przyjaźni i transferowania idei k.o. (oczywiście wiecznie żywe: tolerancja, dialog, walka z siłami ciemnogrodu itp.) do członków różnych ruchów i wspólnot kościelnych. Uosobieniem tego procesu jest kardynał Ryś, czołowy duszpasterz „kościoła otwartego” i propagator „franciszkanizmu”, a zarazem człowiek bardzo zaangażowany w ruchy katolików świeckich i ewangelizację. Co będzie dalej? Czy k.o. przejdzie do historii i spocznie w mogile, czy też będzie zatruwał „trzecią siłę” jadem erazmianizmum, przed którym przestrzegał święty założyciel mojego zakonu, i tym samym osłabiał Kościół w jego ewangelizacyjnej misji?

Brat Damian Wojciechowski TJ

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(22)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie