W obliczu kryzysu w Kościele jedni porzucają wiarę, oddając się progresywnemu duchowi czasu. Inni zaczynają budować własne struktury, niezależne od Rzymu. W obliczu kryzysu cywilizacji Zachodu jedni chcą sojuszu z Rosją, ślepi na jej zepsucie i antykatolicką tożsamość. Inni chcą odrzucić suwerenność i związać się z Brukselą. Wszystkie te rozwiązania są błędne. To fałszywe alternatywy, to zignorowanie rzymskiego ducha naszej cywilizacji.
Kryzys Kościoła
Wesprzyj nas już teraz!
Kryzys Kościoła jest rzeczą ewidentną – zarówno dla konserwatystów jak i dla progresistów, choć obie grupy różnią się w ocenie przyczyn tego kryzysu. W obu pojawiają się niekiedy próby fałszywego rozwiązania problemu, które polega na odcięciu się od Rzymu.
Reformiści często po prostu zrywają z Kościołem. Świeccy dokonują apostazji, księża zrzucają sutannę. Wybierają życie kontestatorów „rzymskiego nieporządku”. Po II Soborze Watykańskim falę apostazji przeżył Kościół w Holandii. Progresiści oczekiwali głębokich reform: zniesienia celibatu i kapłaństwa kobiet. Papieże nie dali zgody, a tamci, obrażeni, poszli drogą „chrześcijaństwa ducha” – sama wiara, bez religii (czyli bez praktyk, bez więzów prawnych). Także w Polsce dochodzi do takich ekscesów: ten czy ów kaznodzieja ogłasza, że jego oczekiwania względem Kościoła nie zostały spełnione, że w obliczu różnych grzechów czy problemów on już „nie może wytrzymać” – i odchodzi.
Bywa, że progresiści działają inaczej. Nie odchodzą z Kościoła, ale zaczynają żyć de facto inną wiarą, pozostając związani ze Stolicą Apostolską tylko deklaratywnie. To na przykład organizacja „Wir sind Kirche”, „My jesteśmy Kościołem”, która skrajnie progresywne postulaty wiąże z silnym przekonaniem o własnej katolickości i działaniu w dobrej sprawie. Innym charakterystycznym przykładem są wydarzenia z 2002 roku, do których doszło na statku na Dunaju. Dwóch biskupów (o dość wątpliwej sukcesji apostolskiej, ale to inna historia) przeprowadziło ceremonię „wyświęcenia” kobiet na kapłanki. Wszyscy uczestnicy tego dzieła zostali ekskomunikowani – ale nie przyjęli tego do wiadomości, przeświadczeni, że działali z konieczności i dla dobra Kościoła.
Bunt wobec Rzymu występuje też po drugiej stronie – wśród konserwatystów. Najbardziej konsekwentni są chyba sedewakantyści, członkowie ruchu mającego swoje korzenie za pontyfikatu Jana XXIII. Sedewakantyści uznali, że Stolica Apostolska przyjęła herezję modernizmu i w konsekwencji – papieży nie ma, bo ci, którzy zasiadają na tronie św. Piotra, to tylko uzurpatorzy. Wariantem sedewakantyzmu jest ruch zapoczątkowany przez abp Carlo Maria Viganò, który w 2023 roku ogłosił, że nie uznaje papieża Franciszka za papieża. Rok później Stolica Apostolska ogłosiła, że jest ekskomunikowany – czego naturalnie nie uznał za wiążące, przekonując, że jest zmuszony w sumieniu do działań, które podejmuje.
Odrębnym i bardziej złożony jest przypadek Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X. W 1988 roku abp Marcel Lefebvre udzielił święceń biskupich czterem kapłanom. Wcześniej suspendowany a divinis, pozostawał w długim dialogu ze Stolicą Apostolską. Watykan komunikował mu jasno, że nie ma prawa wyświęcać tych biskupów, a jeżeli to zrobi, zarówno on jak i konsekrowani biskupi zaciągną karę ekskomuniki. Arcybiskup pozostał przy swoim, a Rzym ogłosił, że ekskomunika jest faktyczna. Bractwo św. Piusa uznało to za niewiążące: abp Lefebvre miał działać „w stanie wyższej konieczności” i stąd miał mieć uprawnienie do wyświęcenia biskupów wbrew woli Rzymu, wynikające jakoby z prawa Bożego.
Czy to prawda? Kodeks Prawa Kanonicznego w punkcie 1382 mówi: „Biskup, który bez papieskiego mandatu konsekruje kogoś na biskupa, a także ten, kto od niego konsekrację przyjmuje, podlegają ekskomunice wiążącej mocą samego prawa, zastrzeżonej Stolicy Apostolskiej”.
KPK przewiduje pewne odstępstwa. Kodeks (1323.4) mówi, że nie podlega karze ten, kto „działał pod wpływem chociażby względnie tylko ciężkiej bojaźni albo z konieczności lub wskutek wielkiej niedogodności, jeśli czynność nie jest wewnętrznie zła ani nie powoduje szkody dusz”.
„Konieczność” nie odnosi się jednak do subiektywnej oceny stanu doktryny, moralności czy liturgii w Kościele. Chodzi o przymus zewnętrzny. Przepisy kodeksu odnoszą się w pierwszej mierze do sytuacji życia Kościoła w reżimach totalitarnych, gdzie biskupi bywają przymuszani przez władzę do tego, by wyświęcić innych biskupów.
Bractwo argumentuje też z historii, przekonując, że w dawnych wiekach samowolne wyświęcenie biskupa nie wiązało się z karą ekskomuniki. To nie ma żadnego znaczenia. Abp Marcel Lefebvre nie wyświęcił biskupów po prostu samowolnie, to znaczy nie pytając Watykanu o zdanie. Zapytał, otrzymał zakaz, mimo wszystko wyświęcił.
Dlatego z perspektywy samego Kodeksu Prawa Kanonicznego ekskomunika nałożona na abp. Lefebvre’a i wyświęconych przez niego biskupów była jak najbardziej skuteczna. Żeby próbować uzasadnić słuszność jego działania trzeba odwoływać się do decyzji jego sumienia, ale to siłą rzeczy oznacza subiektywizm.
„Ale gdybyśmy nawet my lub anioł z nieba głosił wam Ewangelię różną od tej, którą wam głosiliśmy – niech będzie przeklęty!” – pisze św. Paweł (Ga 1, 8).
Bractwo mówi, że na II Soborze Watykańskim przyjęto dokumenty zawierające błędy. Można o tym dyskutować. Krytyka dokumentów soborowych jest jednak czymś zupełnie innym, niż wyświęcanie biskupów wbrew zakazowi z Rzymu. Katolik ma prawo odmówić posłuszeństwa papieżowi, jeżeli ten chce zmusić go do jakiejś niegodziwości. Nie ma prawa odmówić posłuszeństwa, jeżeli papież chce wykonywać swoje legalne uprawnienia – a mianowanie biskupów do nich należy.
Staje się to jeszcze bardziej wyraźne w 2026 roku, kiedy Bractwo chce wyświęcić bez zgody Rzymu kolejnych biskupów. W 1988 roku mówienie o stanie wyższej konieczności było o tyle wiarygodne, że poza Bractwem praktycznie nigdzie nie sprawowano tradycyjnej Mszy świętej. Dziś jest inaczej, bo istnieją różne instytuty w jedności z Rzymem, które odprawiają wyłącznie Vetus Ordo Missae – jak choćby Bractwo Kapłańskie św. Piotra, które ma kilkuset księży w różnych krajach świata. Jeżeli Bractwo św. Piusa X twierdzi, że bez jego posługi sprawa tradycyjnej liturgii byłaby przegrana – jest to obiektywnie niezgodne z rzeczywistością.
I Sobór Watykański ogłosił nie tylko nieomylność papieską, ale również papieski prymat jurysdykcji. Konstytucja dogmatyczna „Pastor aeternus” ogłasza tę prawdę nieomylnie i wyklina tych, którzy by jej zaprzeczali. Bractwo św. Piusa X nie zaprzecza tej prawdzie w teorii, bo uznaje prymat jurysdykcji papieskiej. W praktyce nie chce go jednak uznać, bo jest gotowe samodzielnie wyświęcać biskupów, choćby papież się nie zgadzał. To poważna sprzeczność, której nie da się załagodzić.
Trzeba to raz jeszcze podkreślić: katolik jest zobowiązany zgadzać się z papieżem tam, gdzie papież wykonuje swoją właściwą władzę i gdzie nie narzuca niczego, co jest sprzeczne z wiarą i moralnością. Gdyby papież nakazał w imię ideologii rasistowskiej zabijać ludzi jednej z ras, należy to odrzucić – posłuszeństwo byłoby grzechem. Jeżeli papież chce wykonywać swoją władzę mianowania biskupów, ma do tego prawo – odrzucenie jego roszczenia jest niemożliwe, czyli konstytuuje grzech. Stolica Apostolska ogłosiła w 1988 roku, że abp Marcel Lefebvre dopuścił się aktu schizmatyckiego, czyli zerwał jedność z Kościołem katolickim. Nie widzę powodu, dla którego można byłoby zakwestionować to orzeczenie.
Obrona wiary katolickiej, która pociąga za sobą odrzucenie legalnego uprawnienia biskupa Rzymu, jest fałszywą obroną. Katolik nie może osiągać dobra stosując złe środki. Tylko Pan Bóg może ze zła wyprowadzić dobro. Człowiek nie może jednak zakładać takiego obrotu spraw – nie może czynić zła w nadziei na to, że wyda dobre owoce. Cel nie uświęca środków! Dlatego upieranie się przy konieczności wyświęcenia biskupów wbrew Stolicy Apostolskiej jest niegodziwe – to fałszywa alternatywa wobec herezji modernistycznych, które zyskały popularność wśród wielu duchownych Kościoła.
Właściwą odpowiedzią jest obrona ortodoksji i tradycji liturgicznej przy jednoczesnym zachowaniu posłuszeństwa wobec Rzymu tam, gdzie to konieczne. Tak postępują duchowni związani z Bractwem Kapłańskim św. Piotra, Instytutem Chrystusa Króla czy Instytutem Dobrego Pasterza. Sprawują dawną liturgię, głoszą katolicką naukę – i szanują prawo papieża do tego, by mianował biskupów.
Kryzys Zachodu
Na zupełnie innym obszarze popularność zyskuje inna fałszywa alternatywa – sojusz z Rosją jako rzekoma przeciwwaga dla zepsucia świata zachodniego.
O tym, że Zachód odszedł do prawa naturalnego, nie trzeba nikogo przekonywać. Dzieciobójstwo prenatalne, zabijanie chorych i starych w ramach eutanazji, ideologiczne poniżenie małżeństwa, tworzenie karykaturalnych rodzin dla dzieci kupionych od sztucznie zapłodnionych kobiet – mamy do czynienia z krajobrazem kompletnego wynaturzenia; z moralną dewastacją. Czy to oznacza, że można odrzucić więź z Zachodem i zwrócić się przeciwko niemu, sprzęgając się z Rosjanami?
Rosja nie jest częścią Zachodu. Jest wrogiem Zachodu. Istotą tożsamości cywilizacyjnej rosyjskiej państwowości jest krytyka Rzymu jako fałszywej stolicy chrześcijaństwa. Moskwa rości sobie prawo do bycia prawdziwym Rzymem, stąd jest w nieusuwalny sposób nastawiona przeciwko Kościołowi katolickiemu. Tego nie wolno bagatelizować. Katolicki kraj, który zdecydowałby się na ścisły i trwały sojusz polityczny z Rosją, który na stałe włączałby go w przestrzeń rosyjskiej cywilizacji, znalazłby się w sytuacji głębokiej sprzeczności: musiałby odrzucić własną tożsamość po to, by przyjąć tożsamość cywilizacyjnego antagonisty. Moskwa jest tak niechętna wobec Kościoła, że konsekwentnie odmawia przyjęcia u siebie papieża. Żaden następca św. Piotra nie był w Rosji – nie ze względu na brak własnych chęci, a wyłącznie z powodu uporu Kremla. Tej głębokiej niechęci nie można bagatelizować.
Ponadto kompletnym złudzeniem jest przekonanie o jakiejś wyższości moralnej Rosji nad światem Zachodu. Rosjanie mordują dzieci nienarodzone tak samo często, jak zachodni ateiści. Poniewierają rodzinę, pozwalając na łatwe rozwody. Rodziny się obezpładniają, co skutkuje zapaścią demograficzną: w samej Moskwie wskaźnik urodzeń wynosi 1,3, czyli mniej więcej tyle samo, ile w zepsutych genderyzmem Niemczech. Fakt, że na ulicach Moskwy nie ma tęczowych flag, należy ocenić pozytywnie – ale to jeszcze za mało.
W dodatku w Rosji występują patologie moralne, które nie są znane współczesnemu Zachodowi. Patriarcha Moskwy Cyryl wielokrotnie motywował prowadzenie wojny na Ukrainie względami religijnymi, co stanowi herezję: wojna napastnicza i przelewanie krwi cywilów nie może być uzasadniane takimi względami. Moskiewski system polityczny i społeczny jest też głęboko przeżarty korupcją, prawdopodobnie w znacząco wyższym stopniu, niż system zachodni.
Dodatkowo najbliższym sojusznikiem Federacji Rosyjskiej w jej walce z obecnym Zachodem są Chiny. To państwo komunistyczne – wprawdzie komunistyczny mit braku własności został tam de facto porzucony, ale totalitarna wszechwładza państwa oraz wrogość wobec religii są już faktycznymi zasadami. Chińczycy podobnie jak Rosjanie odrzucają ideologię gender, ale nie mają żadnego poszanowania dla świętości ludzkiego życia – przez długie dekady prowadzili ludobójczą (sic) politykę zabijania dzieci nienarodzonych. Matki zmuszano do mordowania własnych dzieci.
Nie widzę żadnych korzyści moralnych ani kulturowych ze związania się z Rosją zamiast z Zachodem. Widzę jedynie poważny problem: trwałe zerwanie z cywilizacją Zachodu, której Polska jest częścią, inaczej niż Moskwa. Zachód choruje, ale choroba Zachodu jest naszą chorobą. Nie powinniśmy podejmować transplantacji Polski do innego systemu cywilizacyjnego. Powinniśmy skupić się raczej na leczeniu przyczyn choroby własnego systemu i zwalczania objawów tej choroby. Ktoś powie, że to skrajnie trudne albo wręcz niemożliwe. Być może, ale sojusz z Rosją jest fałszywą alternatywą.
Są też tacy, którzy chcieliby oddać suwerenność Brukseli. Widzą słabość Polski, dostrzegają patologie, boją się Federacji Rosyjskiej – więc gotowi są zrezygnować z własnej podmiotowości. Wmawiają sobie, że jeżeli nie poddamy się rządom Brukseli, czekają nas rządy Moskwy. Taka postawa może mieć pozór racjonalności: w końcu Bruksela to Unia Europejska, czyli Zachód; koordynując polską politykę z oczekiwaniami tego ośrodka możemy mieć wrażenie trwania przy zachodniej cywilizacji. Błąd polega na tym, że polityka brukselska nie jest zachodnia w ścisłym sensie: jest przeżarta ideologią rewolucyjną, która próbuje odciąć europejskie narody od religii i tradycji. Dlatego współpraca ze strukturami brukselskimi musi być prowadzona ostrożnie, z wyraźną intencją przesiewania tego, co służy Polsce, a tego, co stanowi zerwanie z prawidłowym porządkiem cywilizacyjnym. Nieporozumieniem jest też przekonanie, jakoby obecność w Unii Europejskiej była warunkiem sine qua non partycypacji w świecie Zachodu – tak nie jest, bo Unia Europejska to tylko tymczasowa formuła polityczna, podczas gdy Zachód sensu stricto jest czymś dalece starszym, trwalszym i bardziej pojemnym. Dlatego chęć oddania suwerenności w ręce Brukseli jest kolejną z fałszywych alternatyw, kategorycznie sprzeczną z właściwą postawą polskiego katolika i patrioty.
Via media? Nie: via rationis
Odrzucenie opisanych wyżej fałszywych alternatyw nie oznacza wcale, że trzeba chodzić jakąś dyplomatyczną i rozmiękłą via media, drogą środka, która oznacza nieustanne kompromisy i babranie się w zgniliźnie. Bynajmniej. Niezgoda na wybór błędu jest obowiązkiem rozumu – jest nie via media, ale via rationis. Katolik musi pozostać w jedności z biskupem Rzymu, a taka jedność oznacza również więzy prawne – zerwanie czy choćby rozluźnienie tych więzów jest podcinaniem gałęzi, na której siedzimy, negacją istotnego i nieusuwalnego komponentu katolickości. Odrzucenie błędów w doktrynie i moralności przy posłuszeństwie wobec papieża tam, gdzie to posłuszeństwo mu się należy – to właściwa droga. Tak samo jest w świecie polityki. Odwrócenie się od Zachodu i związanie z wrogim jej blokiem rosyjsko-chińskim to forma cywilizacyjnej zdrady, której nie uzasadniają żadne wyższe względy. Polski patriota jest z powodów religijnych i historycznych ukierunkowany na Zachód – to nasz jedyny porządek odniesień.
Jesteśmy wezwani do pracy nad uzdrowieniem Kościoła i polityki, a nie do buntu czy wykonywania cywilizacyjnych wolt. To prawdopodobnie mniej spektakularne i pociągające, ale po prostu właściwe.
Paweł Chmielewski
Zapraszamy do Zamościa na wyjątkową konferencję naukową
Kliknij TUTAJ, sprawdź szczegóły i zarejestruj się
Zobacz także:
