19 kwietnia 2026

„A Bóg, dawca nadziei, niech wam udzieli pełni radości i pokoju w wierze, abyście przez moc Ducha Świętego byli bogaci w nadzieję” (Rzym 15,13) – jak wobec takiego zapewnienia możemy mówić, że w świecie bez wiary i autorytetu nie da się wychować dzieci? A jednak – często tak mówimy…

W tekście Polacy przestali wychowywać dzieci? Jest ratunek! pisałem o wychowaniu w oparciu o lekturę książki wybitnego przedwojennego pedagoga o. Mariana Pirożyńskiego. Tekst wywołał dość żywą dyskusję w komentarzach, dlatego postanowiłem kontynuować temat – skupiając już nie na kształtowaniu charakteru i cnót naturalnych, ale na nadprzyrodzonym, religijnym aspekcie wychowania. Tym razem chcę zaproponować refleksję opartą również na własnych doświadczeniach, dzięki którym zrozumiałem, jak konkretną pomocą może być wiara w jej aspekcie intelektualnym, sakramentalnym i społecznym.

Na wstępie zaznaczę coś, co jest niby oczywiste, ale z czego istoty i skutków nie zawsze zdajemy sobie sprawę. O ile przed wojną, w dobie porozbiorowej, istniały jeszcze różne szkoły myślenia o wychowaniu (w tym katolicka – co omawiał o. Jacek Woroniecki w licznych artykułach, wydanych niedawno w zbiorczym tomie W szkole wychowania), o tyle dziś mamy niezliczoną ilość „metod” i „koncepcji” wychowawczych, natomiast praktycznie żadnej spójnej myśli, którą można by określić jako polską i katolicką – przy czym mam wrażenie, że nawet istnienie kilku względnie katolickich szkół niewiele w tej kwestii wnosi.

Wesprzyj nas już teraz!

Sama kwestia katolickiego wychowania przestała być oczywistą. Zwrócił na to uwagę o. Jan Strumiłowski, pisząc, że „zatraciliśmy pojęcie na temat tego, jaki charakter powinna mieć pedagogika katolicka, redukując ją właśnie jedynie do implementacji wiedzy religijnej w system edukacji” (w tekście Czy w wychowaniu jest miejsce dla Pana Boga? w portalu e-civitas). Katolicka koncepcja wychowawcza jest czymś, co dopiero mamy okazję kształtować po okresie rewolucji w Kościele, która u nas nieszczęśliwie zbiegła się z czasem komuny. Gdy odkrywamy tradycyjną wiarę i katolickie tradycje intelektualne (poprzez tradycyjne duszpasterstwo i dobre, przedsoborowe katechizmy, podręczniki do teologii moralnej czy książki stricte pedagogiczne), uświadamiamy sobie, jak bardzo brakuje nam integralnej koncepcji wychowawczej i płynącej z niej praktyki.

Dlatego – nie porywając się tu choćby na zarys takiej koncepcji! – przedstawię w kilku punktach wnioski płynące, jak by to ujął hrabia Stanisław Tarnowski, z doświadczeń i rozmyślań

1. Natura a łaska

„Wychowujesz przecież filozofa, atletę i obywatela nieba” – zwraca się do ojców św. Jan Chryzostom w swoim dziełku De inani gloria et de educandis liberis. Mamy tu w jednym zdaniu praktycznie cały program wychowawczy, porządkujący nasze podejście do władz duchowych i cielesnych. Dlaczego filozofia jest na pierwszym miejscu? Bo to ona (rozumiana jako zadawanie pytań o istotę rzeczy) uczy myśleć, czyli używać władzy duchowej, jaką jest rozum. Bez filozofii jesteśmy skazani na niezliczone błędy na polu wiary, dlatego w klasycznym wykształceniu, świeckim czy kapłańskim, to właśnie ona była zawsze na pierwszym miejscu. Po drugie, idąc dalej za Janem Złotoustym – sprawność fizyczna. W zdrowym ciele zdrowy duch – to jasne. I wreszcie – dopiero na tym gruncie natury pojawia się sprawność duchowa w jej wymiarze moralnym czy też czysto nadprzyrodzonym.

Dlaczego o tym piszę? Bo w komentarzach pod poprzednim tekstem pojawiały się argumenty sugerujące w skrócie, że religia wszystko załatwi. Otóż, jest to błąd, w który łatwo popadają dusze gorliwe (nieważne czy z „novusa” czy z nurtu „tradycjonalistycznego”), którym brakuje uporządkowania i umiarkowania, jakie dają wiedza i doświadczenie. Otóż, sama pobożność bez ukształtowania zdrowych pojęć musi prowadzić nie tylko do spłycenia wiary, ale i do błędów. Jestem przekonany, że ogromna część zamętu, jaki panuje dziś w Kościele, płynie z błędnego pojmowania cnoty posłuszeństwa na poziomie czysto naturalnym i filozoficznym. Na tradycyjnej katechezie pierwszokomunijnej dzieci dowiadują się, że mają słuchać rodziców, ale tylko w tym, co moralnie słuszne, ponieważ mają być bardziej posłuszne Bogu niż ludziom i prawu Bożemu (pozytywnemu i naturalnemu) niż ludzkim prawom. To z kolei oznacza, że już od momentu dojścia do używania rozumu dziecko uczy się oceniać polecenia w kontekście zasad przekazywanych w katechezie, a nie przyswaja sobie ślepe, bezwarunkowe posłuszeństwo.

Pius XI wskazywał w encyklice Divini illius magistri, że „fałszywym jest wszelki naturalizm pedagogiczny, który w kształceniu młodzieży w jakikolwiek sposób wyklucza, albo ogranicza nadprzyrodzone chrześcijańskie wyrobienie”, ale jednocześnie pomijanie praktycznych skutków tego, że łaska buduje na naturze, a nie z pominięciem natury, również prowadzi do błędów, przede wszystkim do fideizmu, czyli przekonania, że wszystko należy tłumaczyć wiarą, często popadając w literalne rozumienie zasad płynących z Pisma Świętego (kierując się takim rozumieniem nadgorliwcy pokroju Orygenesa byli gotowi okaleczyć swoją męskość, by usunąć źródło zgorszenia, a dziś popadamy w szereg fałszywych przekonań opartych o niewłaściwe rozumienie cytatów o nadstawianiu drugiego policzka czy odpłacaniu dobrem za zło). Lektura dobrych podręczników religijnych, opartych na metodzie tomistycznej, będzie doskonałą odtrutką dla rodziców szukających rozumnego i zdroworozsądkowego modelu wychowania.

2. Świadomość grzechu pierworodnego

Biorąc pod uwagę, że 90 procent chrześcijańskiej moralności opiera się na prawie naturalnym, można by dojść do wniosku, że lektura Etyki Arystotelesa to wystarczająca podstawa do wyrobienia światopoglądu wychowawczego. Jednak bodaj największym wkładem chrześcijaństwa w koncepcję etyczną jest dokładne skodyfikowanie świadomości skutków grzechu pierworodnego. Jest ona nieocenionym źródłem realizmu wychowawczego, a przede wszystkim Kościół dostarcza nam środków do przezwyciężenia tych skutków poprzez sakramenty i nauczanie. Świadomość ta chroni nas przed naiwnością prowadzącą do szalonych koncepcji w stylu „wychowania naturalnego” i do zwykłego bezhołowia.

To świadomość grzechu pierworodnego daje nam pełne zrozumienie rady, jaką daje natchniony autor Księgi Przysłów: „Głupstwo przywiązane jest do serca dziecięcego, ale rózga karania wypędzi je”. Nie mamy łudzić się, że dzieci same zrozumieją podstawową zasadę etyki (dobro czyń, zła unikaj), jeżeli nie postawimy im twardych granic, mając w pamięci, że zraniona natura usposabia je raczej do głupoty niż do mądrości, do lenistwa, a nie do pracowitości, do złośliwości, a nie do empatii itd. Bez „złamania” tych wrodzonych skłonności i pobudzenia dzieci do samodzielnego wysiłku praktykowania cnót nie może być mowy o ukształtowaniu prostego i niezłomnego kręgosłupa moralnego.

3. Wczesna Komunia Święta i spowiedź

Moje pokolenie wychowało się w świecie, w którym, żeby zadzwonić, trzeba było mieć telefon podłączony do kabla albo użyć żetonu bądź karty magnetycznej. Telewizor nigdy nie stał w pokoju dziecięcym, a komputer czy telefon z kolorowym ekranem pojawiły się stosunkowo późno. W takich czasach przystąpienie do Komunii Świętej w drugiej czy nawet trzeciej klasie podstawówki wydawało się czymś zrozumiałym. Inaczej jest dziś: demoralizujące wpływy docierają znacznie wcześniej, dlatego – nie tylko z samej pobożności, ale i w akcie duchowej samoobrony – dobrym środkiem jest przygotowanie dziecka do Komunii Świętej już w wieku sześciu czy siedmiu lat, gdy tylko zaczyna dochodzić do używania rozumu.

Pełne uczestnictwo we Mszy Świętej i pierwsze zawiązki osobistej relacji z Bogiem będą silnym środkiem pomnożenia łaski uświęcającej i łask uczynkowych. Natomiast spowiedź – oprócz codziennego rachunku sumienia towarzyszącego wieczornym pacierzom – nauczy dziecko badać sumienie i rozumieć, że za wszystkie swoje uczynki ostatecznie samo odpowiada przed Bogiem i nie ma (tak dobrze znanej rodzicom) wymówki: A bo on… Pamięć o tym, że rodzice mogą nie widzieć, ale Pan Bóg widzi jest szczepionką przeciwko etyce sytuacyjnej i realną sankcją, która przełamuje właściwą dzieciom moralną lekkomyślność. Zupełnie inne będzie podejście do zasad, kiedy dziecko wie, że co miesiąc musi zdać w konfesjonale rachunek ze swoich win. Dziecko uczy się, że pewne czyny są wewnętrznie złe, nawet jeżeli akurat w danej sytuacji nikomu nie szkodą albo rodzic nie widzi.

Ale ważne jest, aby cały ten proces rozpoczął się ZANIM stanie ono przed perspektywą zetknięcia się z pornografią i innymi zagrożeniami, które występują coraz wcześniej, niestety, przez głupotę niektórych rodziców dających dzieciom smartfony. Łaska Boża, pomnażana przez życie sakramentalne, będzie nieocenionym wsparciem w kształtowaniu cnót, również nadprzyrodzonych, jak i w wypracowaniu wewnętrznego przekonania, że roztropność, dobra wola czy też czystość (rozumiana także dosłownie – jako unikanie przedwczesnej inicjacji seksualnej) są czymś wartościowym, a nie obciachem. Kontynuując zaś tę drogę, możemy już około 10 roku życia przygotować nasze pociechy do bierzmowania, które będzie dodatkową pomocą, pogłębieniem wiedzy religijnej i motywacją do poważnego traktowania obowiązków.

W ten sposób – w świecie jak nigdy pełnym łatwo dostępnych pokus – przynajmniej zrobimy wszystko, by wyposażyć dzieci do walki ze złem. A jeżeli zniechęca nas świadomość naszych własnych grzechów i słabości, to z pocieszeniem przychodzi nam cytowany już Jan Chryzostom: „Mając wiele grzechów na sumieniu, przez jedno możesz je zmazać: wychowaj żołnierza dla Chrystusa!”. Właśnie w tym wychowaniu pomaga nam Kościół, a szczególnie tradycyjna wspólnota, nawet jeżeli los poskąpił nam wzorców i zasobów, ponieważ sami nie zostaliśmy dobrze wychowani w katolickiej rodzinie.

4. Wpływ otoczenia

Już cytowany wcześniej Pius XI zauważał, jak łatwo młodzieży pobłądzić przez wpływ złych książek i filmów oraz łatwy do nich dostęp. Co dopiero mamy powiedzieć dzisiaj, w dobie smartfonów i upadku dyscypliny, kiedy dorośli – gdyby podążali za obowiązującym w Polsce systemem prawno-edukacyjnym – musieliby skonstatować, iż utracili wszelkie środki wychowawcze z wyjątkiem… proszenia dzieci, żeby były grzeczne. Ale na jakiej podstawie – w takim systemie – miałyby być grzeczne? Na to pytanie już trudno byłoby odpowiedzieć…

Często słyszymy od znajomych rodziców pełne rezygnacji słowa: Co zrobić, takie czasy. Ale powinniśmy bardzo poważnie rozważyć, że – nawet przy bardzo ograniczonym polu działania – jednak od NASZEJ DECYZJI zależy to, w jakim środowisku dziecko się obraca, jakim wpływom podlega i czy idziemy owczym pędem, usprawiedliwiając się, że daliśmy mu smartfona, bo wszyscy koledzy mają.

Czy tak musi być? Św. Paweł zobowiązywał wiernych w Koryncie, aby „byli jednego ducha i jednej myśli”. Z kolei do Galatów pisał: „Jeden drugiego brzemiona noście i tak wypełniajcie prawo Chrystusowe”. Nawet posyłając dzieci do systemowej szkoły, jeżeli mamy w klasie jedną czy dwie rodziny o tych samych zasadach wynikających z katolickiej formacji, to już zaczynamy tworzyć „grupę wsparcia” – nie jesteśmy osamotnieni, tylko współdziałamy w egzekwowaniu zasad, choćby całej reszcie brakowało mądrości albo konsekwencji. A co dopiero w sytuacji, gdy spotykamy się w obrębie wspólnoty religijnej, a nasze dzieci biorą udział w rozmaitych jej aktywnościach. Wówczas kontrola nad tym, co robią nasze dzieci jest nieporównywalnie większa, a przede wszystkim występuje pierwiastek sumienia i kształtującego się wewnętrznego przekonania naszych pociech, że obowiązujące zasady pochodzą od Boga i przed Nim zdają one rachunek z ich przestrzegania.

Ta specyficzna jednomyślność, która jest cechą katolików (przynajmniej tych, którzy nie odeszli od tradycyjnej duchowości), sprawia, że z rozumu oświeconego transcendentną Prawdą wychodzą wnioski dotyczące nie tylko samej istoty wiary i moralności, ale również szczegółowych zasad czy metod wychowawczych. Wtedy, choćby posyłając dziecko na obóz, mamy pewność, że nikt nie będzie miał smartfona, że dobre zachowanie będzie egzekwowane, a dzieci wrócą chwaląc się, że po raz pierwszy służyły do Mszy Świętej i to cichej!

5. Boskie źródło autorytetu

Narzekamy, że żyjemy w czasach upadku autorytetu i nie łudźmy się – ogólna atmosfera będzie miała wpływ na nasze dzieci, dla których rygor, czy też to, co zwano kiedyś kindersztubą, nie są chlebem powszednim. Ale gdy od najmłodszych lat uświadamiamy je, że istnieje obiektywny porządek ustanowiony przez Boga, to możemy być pewni, że wewnętrzna logika tego porządku znajdzie odzwierciedlenie w ich duszach. Umysł dziecka po prostu odnajduje się w ramach, jakie narzucają zasady płynące z prawa i porządku naturalnego. Tak został zaprojektowany i tak będzie działał, jeżeli nie wypaczą go różne nierozumne ideologie i błędne podejścia pedagogiczne.

„Bez uznania autorytetu Bożego nad sobą nie ma charakteru” – podkreśla o. Pirożyński. Hierarchia i autorytet, a co za tym idzie karność i dyscyplina, to nie ludzkie koncepcje, ale istotowe cechy porządku społecznego wpisane w Boski plan stworzenia. Rodzice wiedzą, że ich władza (równie przecież realna jak władza polityczna) nad dziećmi pochodzi od Boga i w Jego zastępstwie sprawują ją dla dobra doczesnego i wiecznego swoich podopiecznych. Świadomość, że dzieci nie są naszą własnością, lecz mamy nad nimi pieczę z woli Bożej, pozwala uniknąć dwóch skrajności – nadużywania władzy rodzicielskiej i ubóstwiania dzieci, jak robią to często roszczeniowi rodzice, pieszczący się ze swoimi dziećmi i dający im odczuć, że wolno im więcej niż innym. Poza tym rodzic pamięta, że nie jest ostateczną instancją – on również odpowiada przed Bogiem i w przypadku nadużycia władzy (nawet w dobrej wierze) będzie musiał odpowiedzieć przed trybunałem Bożym, w konfesjonale. 

Z kolei dzieci są od początku uświadamiane, że posłuszeństwo wobec rodziców obowiązuje ze względu na Boga. Jeżeli tylko ich duchowe władze przylgną do cnoty nadprzyrodzonej, jaką jest wiara, to same zaczną upraszać łask potrzebnych do praktykowania innych cnót. Oczywiście, o ile zaszczepimy im wiarę rozumną – a nie opartą na słodkich uczuciach i „przeżyciach”.

6. Początek i cel ludzkiego życia

Już starożytni filozofowie w dużej mierze przejrzeli w Boży plan, dochodząc do wniosku, że cały ten logicznie uporządkowany świat musi mieć swojego „pierwszego Poruszyciela” i że celem ludzkiego istnienia jest szczęście. Chrześcijańskie objawienie dopełniło tę mądrość o świadomość celu ostatecznego. Bóg jest Stwórcą natury i już na poziomie przyrodzonego rozumu, bez wiary, możemy teoretycznie osiągnąć cel ludzkiego życia na poziomie natury, ciesząc się szczęśliwością na drodze cnoty. Z wiarą zaś zyskujemy najgłębszy bodziec do dobrego, jakim jest perspektywa wizji uszczęśliwiającej w przyszłym życiu.

W tym punkcie należy dodać jeszcze jeden, specyficzny argument, że tak powiem, „mistyczny”. Mianowicie, w sytuacji gdy rodzicom po ludzku brakuje miłości albo wzorców jej praktykowania wyniesionych z domu, to i tak pozostaje pocieszająca świadomość, że przy akcie stworzenia obecna była Boża Miłość. Cielesną przyczyną poczęcia było połączenie komórek rodziców, ale wlanie duszy nastąpiło w akcie stwórczej miłości, która nadaje sens naszemu istnieniu, nawet jeżeli spotkają nas najgorsze nieszczęścia, takie jak rozbicie rodziny przez rozwód rodziców. 

PODSUMOWANIE

Jak nielogiczne jest pomijanie miłości do Pana Boga, trafnie wyraził Adam Mickiewicz:

Mówisz: „Niech sobie ludzie nie kochają Boga,
Byle im była cnota i Ojczyzna droga”.
Głupiec mówi: „Niech sobie źródło wyschnie w górach,
Byleby mi płynęła woda w rurach”.

Wychowanie w wierze jest czymś naturalnie pożądanym, ponieważ Pan Bóg pierwotnie stworzył człowieka w idealnej harmonii pierwiastków przyrodzonego i nadprzyrodzonego. Zasługi Męki Pana Jezusa przywróciły ten porządek poprzez posługę sakramentalną. Dlatego w toku historii przyjęło się, że chrzcimy dzieci jako kilku czy kilkunastodniowe noworodki, a rodzice chrzestni w ich imieniu odpowiadają na pytanie: Czego żądasz od Kościoła Bożego? W niczym nie umniejsza to wartości sakramentu, ponieważ droga, którą prowadzimy nasze dzieci, jest drogą Bożą, a nie kwestią takiego czy innego stylu życia.

Oczywiście, że gdy dziecko dochodzi do wieku rozumu, to najważniejsza jest cnota, a czynienie dobra ze strachu przed karą to – jak pouczał Arystoteles, a za nim święci Augustyn i Tomasz – objaw moralności niewolniczej. Niemniej człowiek musi funkcjonować w granicach, w których z jednej strony miłosierdzie Boże chroni przed zniechęceniem i rozpaczą, a z drugiej Jego sprawiedliwość powstrzymuje przed niemoralnością i występkiem. Wdrożenie dzieci w te granice to największe i najbardziej doniosłe zadanie rodziców.

To zadanie jest praktycznie niemożliwe do spełnienia bez Kościoła. „Nie może mieć Boga za ojca, kto nie ma Kościoła za matkę” – poucza św. Cyprian z Kartaginy. Kapłan uformowany w duchu tomistycznym, sprawujący tradycyjne sakramenty i posiadający szeroką wiedzę teologiczną i etyczną, jest pomocą nie tylko ze względu na swoje kompetencje, ale również na wolę Bożą. To Bóg w osobie swego Syna dał duchownym władzę sprawowania i szafowania sakramentów, a także władze nauczania i prowadzenia dusz. Pamiętajmy, że domowa nauka katechizmu jest pierwszym źródłem wiary, ale nie jedynym i nie samowystarczalnym.

Filip Obara

Zobacz inne teksty autora o tej tematyce:

Filip Obara: Polacy przestali wychowywać dzieci? Jest ratunek!

Filip Obara: Dzieci „własnością” państwa. O czym nie chce wiedzieć Tusk?

Szkoła w służbie etatyzmu. Czy państwo „opiekuńcze” może wpaść w totalitaryzm? [OPINIA]

Najważniejszy przedmiot w klasach 1-3? FILOZOFIA!

Minister Nowacka raczy się mylić. To DOM – a nie szkoła – odpowiada za edukację!

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(39)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie