Coraz częściej widzimy, jak rodzice odpuszczają w momencie, gdy powinni być konsekwentni (kiedy na przykład dziecko ma przeprosić za zrobienie komuś na złość). Na każdym kroku słyszymy, że nic nie da się zrobić, bo takie mamy czasy, upadek autorytetu, a do tego jeszcze strach głos podnieść, bo zaraz ktoś zrobi donos. W efekcie Polacy nie tyle źle wychowują, co często NIE WYCHOWUJĄ swoich dzieci. Czy jest lekarstwo na ten stan rzeczy?
Mamy do czynienia z dziwnym paradoksem. Z jednej strony nigdy nie wiedzieliśmy tyle, co dziś, o psychologii rozwojowej i biologicznych uwarunkowaniach wychowawczych. Z drugiej jednak już nawet dla osób o poglądach liberalnych dociera często, że jest… jest problem. Dzieci są złośliwe, nie słuchają rodziców, nie szanują innych. Odpowiedź na to pytanie jest prosta (choć wymaga rozwinięcia): odkrycia biologiczne czy psychologiczne są tylko i wyłącznie pomocą w wychowaniu, ale nie stanowią o jego istocie – natomiast istotą wychowania są zdrowe zasady płynące z realistycznej wiedzy na temat natury człowieka i naszego istnienia. A te dwa fundamentalne elementy nie ulegają zmianom w zależności od czasów.
W tym tekście opieram się na znakomitym podręczniku do wychowania, zatytułowanym Kształcenie charakteru, a napisanym przez wybitnego pedagoga, o. Mariana Pirożyńskiego, wydanym w 1946 roku, który jakiś czas temu doczekał się kolejnego wznowienia. Autor to przedwojenny duszpasterz i wychowawca, uczestnik wojny z bolszewikami, a potem tajnych kompletów i konspiracji AK w czasie II wojny światowej, represjonowany i więziony przez komunistów w PRL-u. Kształcenie charakteru to dziełko krótkie (173 strony), ale niezwykle syntetyczne, łączące solidne ugruntowanie filozoficzne ze współczesną wiedzą i zmysłem praktycznym.
Wesprzyj nas już teraz!
Nie jestem w stanie streścić tu całej książki, chcę jednak zwrócić uwagę na kilka aspektów, które szczególnie pomocne okażą się właśnie w zderzeniu z dzisiejszymi problemami, spowodowanymi zachwianiem tradycyjnych relacji społecznych i wzorców wychowawczych.
„Dobrostan” czy walka o dobro?
Charakter ma doniosłe znaczenie tak w życiu indywidualnym, jak i społecznym. Jednostce zapewnia maksimum szczęścia osiągalnego na ziemi. Już choćby dlatego, że zabezpiecza przed wyrzutami sumienia – czytamy, dowiadując się, że charakter przede wszystkim na tym polega, że umiemy podporządkować się obowiązkom i pokazać wytrwałość w ich wypełnianiu.
Niby oczywiste, ale zestawmy to przekonanie z dzisiejszym podejściem. Coraz więcej mówi się o dobrostanie dzieci, podczas gdy dobrostan to słowo z terminologii… gospodarskiej. Odnosi się ono do hodowli zwierząt, a nie do wychowania dzieci! Szczęście człowiek – jako istota rozumna – osiąga poprzez etyczne dążenie do celu. Jesteśmy szczęśliwi nie dlatego, że mamy zaspokojone wszystkie potrzeby i jest nam przyjemnie, ale dlatego, że mamy twardy charakter, dzięki któremu umiemy sięgać po szczęście, nawet jeżeli wymaga to trudu i ofiary.
Na przykładzie życia rodzinnego: gdy mamy pierwsze dzieci, wszyscy zazwyczaj życzą nam odpoczynku i wytchnienia. Z czasem jednak zaczynamy rozumieć, że to nie życie jest ciężkie (przecież to normalne, że człowiek żyje, pracuje i wychowuje dzieci!), ale to my mamy miękki charakter, wyhodowany przez współczesny świat. Z czasem nie będzie nam łatwiej, ale jeżeli przyjmiemy odpowiednią postawę, to wzmacniający charakter sprawi, że nawet nie będziemy zauważali trudów i będziemy umieli cieszyć się drobnymi przyjemnościami, nie oczekując od losu, że będzie nas rozpieszczał i zapewniał nam nadmiar czasu i przestrzeni „dla siebie”.
Sama wspomniana na początku kwestia dostępu do wiedzy i powszechnego wykształcenia nie może być oderwana od charakteru. „Kształcenie moralne tym jest ważniejsze, im bardziej rozwinięty umysł człowiek posiada, bo wówczas może łatwiej popaść w nieumiarkowanie i zwyrodnienie” – zauważał już, cytowany przez o. Pirożyńskiego, Arystoteles.
Kolejny modny dziś pogląd mówi o tym, że mamy szukać siebie nie przez posłuszeństwo i podejmowanie wyzwań, ale poprzez podążanie za własną wrażliwością i akceptowanie siebie takich, jakimi (rzekomo?) jesteśmy. Tymczasem wrażliwość i indywidualizm bez twardych karbów charakteru mogą stać się dla człowieka prawdziwym przekleństwem. Widzimy coraz większe zastępy młodych ludzi pozbawionych celu i wciąganych w rozmaite ideologie, wedle których mielibyśmy „odkrywać siebie” poprzez zaakceptowanie panującego w nas chaosu i stać się szczęśliwi przez dokonanie takiego czy innego coming outu, a nie przez pracę nad sobą (i często – co konieczne – wbrew sobie, a przynajmniej wbrew swoim złym skłonnościom)!
Takie błędne podejście nie wzięło się znikąd. Autor Kształcenia charakteru przytacza słowa XIX-wiecznego pseudofilozofa Artura Schopenhauera, który przyjmował deterministyczne stanowisko odnośnie pracy nad sobą, pisząc, że „próżnym trudem byłaby praca nad ulepszaniem własnego charakteru lub przeciwstawianie się przemocy złych skłonności (…). Charakter indywidualny jest wrodzony (…). Objawia się już w dziecku, pokazuje tam na miarę małą, czym w przyszłości będzie na wielką. Jest tym samym charakterem, który dzieci będą posiadać jako starcy”.
Dzisiaj ostateczne konsekwencje z tej niedorzeczności wyciąga popularny żydowski determinista Yuval Noah Harari, który uważa, że nie posiadamy wolnej woli, a w związku z tym znika wszelka pobudka moralna, natomiast szczęście polega wyłącznie do odpowiednim dobrze podniet, przyjemności i… leków. W szerszym zaś ujęciu, koncepcja hodowania samopas dzieci powraca w skrajnie absurdalnych nurtach, jak tzw. „wychowanie naturalne”, będące wprost implikacją oświeceniowej idei charakteru jako czystej niezapisanej karty i bajań Jana Jakuba Rousseau (który sam oddał do sierocińca czwórkę swoich dzieci) o człowieku w „stanie natury”.
Rozpaczliwe skutki liberalizmu
Największą jednak pokusą wychowawczą jest dziś błędne przekonanie, które zasiała ideologia liberalna, że człowiek posiada jakiegoś rodzaju „autonomię” i jest w stanie odnaleźć szczęście poza kontekstem odpowiedzialności społecznej. Przy okazji o. Pirożyński przypomina zdrową, tradycyjną definicję wolności, tak różną od dzisiejszej: Wolność nie na tym polega, że wola może wybierać między dobrem i złem. Przeciwnie, wola z istoty swej musi zawsze do dobra dążyć. Co innego, że może przez jakiś czas uważać dobro pozorne za dobro prawdziwe – za tę pomyłkę rozum odpowiada – lecz do jakiegoś dobra wola dążyć musi, gdyż p r a g n i e n i e d o b r a n a l e ż y d o i s t o t y w o l i. Tak więc wolność to nie swoboda wyboru zła, fałszu i błędu, tylko stan duszy, który osiąga się przez odpowiednie wybory moralne. Prawidłowo działająca wolna wola wybiera pomiędzy jednym a drugim dobrem oraz pomiędzy różnymi środkami, które do dobra prowadzą. Nie możemy zatem w żaden sposób usprawiedliwiać dzisiejszych twierdzeń, jakoby człowiek miał „prawo” wybierać zło. Jeżeli korzystamy z woli do wyboru zła, to nasza wola, jak podkreśla Autor, „sama ogranicza swą wolność”.
Błąd liberalizmu bierze się z niewłaściwego rozumienia ludzkiej natury. Jeżeli usuniemy świadomość skutków grzechu pierworodnego, to popadamy w naiwność, bardzo szkodliwą dla wychowania. Opisując cztery etapy wychowania (przypadające odpowiednio na lata od 0 do 4-4, od 4-5 do 12, od 12 do 18 i potem, już głównie w ramach samowychowania) o. Pirożyński wskazuje na związek pomiędzy najwcześniejszym, w którym dziecko uczy się karności, a dorosłym, w którym ma już samo siebie wychowywać, ponieważ „umie i chce rozkazywać sobie samemu”. Niech nam nie umknie to słowo: rozkazywać. Mamy tu bowiem do czynienia z kolejną rzeczą, która jest pomijana w dzisiejszych modelach (nie)wychowania, a więc rolę przymusu – nawet w dorosłym życiu i nawet wobec samego siebie.
Jeżeli wszystko robimy w ramach zabawy i dobrowolności, to wyrządzamy krzywdę swojemu dziecku, ponieważ czynimy je słabym wobec późniejszej (koniecznej!) konfrontacji z wymogami dorosłego życia. Jak taki człowiek zaakceptuje fakt, że często to, co dobre, musimy czynić wbrew sobie? Nie dziwmy się potem, że z lewa i prawa słyszymy alarm na nieprzystosowanie pokolenia Z do realiów życia, skoro jest to pierwsze pokolenie, które zostało wychowane „bezstresowo”.
Zresztą, o wiecznych dzieciach pisze już o. Pirożyński. Niestety, trafiają się ludzie, którzy dziesiątki lat już żyją, a jeszcze nigdy poważnie o samowychowaniu nie pomyśleli. Z okresu dziecięctwa umysłowego jeszcze nie wyszli. Tacy nigdy w okres czwarty nie wstępują i dla nich górna granica okresu trzeciego, a może i drugiego, musi być przesunięta aż do chwili śmierci – czytamy. Dodam, że tacy ludzie mogą pracować, być nawet nieźle zorganizowani, ale we wszystkim będą miękcy i będą cierpieli na niedostatek odpowiedzialności. Jak mieliby oni stworzyć silne, prosperujące społeczeństwo? Jak mają zmobilizować się, a nawet użyć przemocy, gdy przyjdzie kryzys? I jak wreszcie, mają zaradzić temu, że wymieramy jako naród? Do tego bowiem doprowadziło liberalne wyobcowanie i wmówienie człowiekowi, że może korzystać z przyjemności bez odpowiedzialności, że już teraz więcej nas umiera niż się rodzi, a za „prawo człowieka” uznawana jest możliwość legalnego zabicia własnego dziecka.
Słowa takie jak karność, dyscyplina, przymus, obowiązek, posłuszeństwo, kara czy nawet konsekwencje, przestają mieć realne znaczenie. Gdy więc szukamy odpowiedzi na pytanie „Jak wychować?”, to nasuwa się przede wszystkim znajomość zdrowej, realistycznej antropologii, a po drugie – odwaga we wdrażaniu wymienionych wyżej środków.
Smartfon czy… myślenie?
Co ciekawe, o. Pirożyński zwraca uwagę na problemy, które dziś osiągają swoje apogeum. Jednym z nich jest uciekanie od prawdziwego życia i prawdziwej aktywności umysłu, które dziś odbywa się za pośrednictwem smartfonów. Nasz autor zaś pisze: Niestety, człowiek współczesny pod tym względem może być do dziecka porównany. Bo i on: 1) nie lubi myśleć – myślenie go męczy – zamiast myśleć, woli czytać, ale i czytanie nuży go prędko, gdyż i ono wymaga jakiegoś wysiłku myślowego, więc woli patrzeć albo słuchać: patrzy na ruchome obrazki w kinie, a na nieruchome w gazecie, słucha radia, obmów i innych głupstw, byle tylko nie mieć czasu na myślenie, uciec od niego za siódmą górę, za dziesiątą rzekę… I dodaje: Jak długo ktoś jest pogrążony w podobnym infantylizmie myślowym, tak długo nie jest zdolny do kształcenia swego charakteru. Niech więc nie dziwią się rodzice, którzy zgłaszają problemy wychowawcze, a jednocześnie nie widzą nic złego w tym, by dziecko posiadało telefon z kolorowym ekranem i internetem! Natomiast w zabraniu dziecku smartfona nie chodzi o ograniczanie mu czegokolwiek, ale o to, czego już nawet nauka dziś dowodzi – że tego typu bodźce są nie tylko niepotrzebne, ale i szkodliwe dla rozwoju (nie wspominając już o wszystkich problemach, takich jak złe wzorce z social mediów czy zjawisko „gnojenia” się na grupach w komunikatorach).
Jak mówimy o naturalnych uwarunkowaniach człowieka, to wróćmy do wspomnianej już antropologii i nie chodzi tu o naukę na temat dzikich plemion, jak dzisiaj często kojarzy się to pojęcie, lecz o właściwe rozumienie władz ciała i duszy oraz panujących między nimi relacji. O. Pirożyński rozwija tę naukę w rozdziale „Tworzywo charakteru”, wskazując, że to, na czym budujemy, jest uniwersalne i wspólne dla wszystkich ludzi, podobnie jak prawa, które tym procesem rządzą. Znajomość antropologii – skodyfikowanej już przez Arystotelesa, a następnie rozwiniętej w naszym, chrześcijańskim kręgu cywilizacyjnym – jest niezbędna w procesie wychowawczym.
Jesteśmy jednością psychofizyczną, dlatego ciało i dusza są zaangażowane do wszelkich aktów naszego życia, ale w różnej proporcji. Jest oczywiste, że nie namyślamy się nad funkcjami wegetatywnymi (np. trawieniem), ale problem powstaje wtedy, gdy niższe władze naszej istoty zaczynają górować nad wyższymi. Katolicka etyka wskazuje na konieczność wypośrodkowania (tym złotym środkiem jest cnota) pomiędzy imperatywem rozumnego działania a docenieniem znaczenia niższych władz, choćby uczuć.
Miał rację Epikur, że uczuć nie wolno tłumić, bo byłoby to okaleczeniem natury ludzkiej, ale też nie można pozwolić, by one rządziły człowiekiem i stały się bożyszczem. Jakkolwiek bowiem uczucie odgrywa w życiu ludzkim rolę bardzo ważną, to jednak tylko drugorzędną. Nie wolno nam zostawić uczuć, a tym bardziej namiętności samym sobie, ale powinniśmy opanować je i czerpać z nich bodźce do do czynu, albowiem „nic wielkiego nie dokonuje się bez namiętności” – wskazuje o. Pirożyński, cytując na końcu Blaise’a Pascala. Następnie podaje on klasyfikację władz i aktów uczuciowych, po czym przechodzi do omówienia temperamentów.
Co istotne w kontekście panującego dziś powszechnie swoistego „scjentyzmu” (czyli przekonania, że współczesna w swoim ograniczonym do materii aparacie jest w stanie obalać odwieczne prawdy dotyczące ludzkiej natury), typologia temperamentów pochodzi od samego Hipokratesa. I choć ten starożytny grecki lekarz pomylił się co do ich biologicznego pochodzenia (od wydzielin, a nie od hormonów), to jednak jego wnioski z rozumnej obserwacji ludzkich zachowań pozostają do dziś aktualne i na nich bazują wszystkie opracowania psychologiczne.
Wracając do kwestii smartfonów i ich szkodliwości w procesie wychowawczym, o. Pirożyński zauważył, jak ważna jest dyscyplina umysłu i jak niszczą ją media. Siły natury ludzkiej są ograniczone, więc w miarę jak mnożą się nasze zainteresowania, maleje energii, którą możemy każdemu z nich przeznaczyć. Umiejmy wyrzec się rzeczy, choćby nawet i bardzo dobrych, ale odwodzących nas od celu, do którego zmierzamy. Inaczej staniemy się ludźmi do wszystkiego i do niczego. Coś jak kaczka, która potrafi latać, i biegać, i pływać, ale ani jej latanie, ani bieganie, ani pływanie na nic się nie zdało – pisze autor, radząc, by unikać oglądania witryn sklepowych i reklam, a ze środków przekazu korzystać tylko do tego, co jest nam potrzebne i nie rozpraszać się nawet na czytanie dodatkowych haseł w encyklopedii, jeżeli szukamy jakiegoś konkretnego zagadnienia. To co dopiero powiedziałby dzisiaj, widząc, jak ludzie (w tym dzieci!) potrafią spędzać godziny na scrollowaniu głupich filmików albo oglądaniu seriali na telewizorze albo komputerze przy jednoczesnym scrollowaniu treści na komórce! Tu również współczesna nauka dowodzi, że po czymś takim z naszego mózgu zostaje rozregulowana sieczka.
Praktyczne meritum tej nauki leży w tym, byśmy uczyli nasze dzieci stawiać sobie cele i w sposób zaplanowany dążyć do ich realizacji, począwszy od tego, by skupiać się na wykonywanej czynności (jak często widzimy, że dzieci zapominają, co miały zrobić, zanim nawet dobrze się za to wezmą). Weźmy pod uwagę to, że my (czyli jeszcze roczniki końca lat 80. i początku 90.) wychowaliśmy się bez żadnego kontaktu ze smartfonem, natomiast pokolenia, które hipnotyzują się ekranem od dziecka, dopiero rosną i wciąż nie widzimy całego spektrum zgubnych skutków. Dlatego sądzenie własną miarą byłoby błędem.
Cenną umiejętnością jest wyrzekanie się nadmiaru treści. Jest to szczególnie istotne również w kontekście obowiązującego dziś w Polsce pruskiego systemu szkolnictwa, którego celem jest zglajszachtowanie wszystkich w tym samym, płytkim myśleniu poprzez ślizganie się po ogromnych powierzchniach wiedzy ogólnej bez nauczenia zdolności wyciągania rozsądnych wniosków. Lepiej czytać i odczytywać małą liczbę książek, ale dobrych, niż wertować stosy małowartościowych. Nic nie zaszkodzi, że idei będzie mniej, za to będą solidniejsze i logiczniej z sobą powiązane. Bo najważniejszą rzeczą jest uporządkowanie idei, synteza, której przesadna erudycja stoi na przeszkodzie. więc nie przeładowywać głowy! – radzi o. Pirożyński. I znów mamy tu uniwersalny program wychowawczy: rozpoznać i ukierunkować zdolności naszego dziecka, a nie podporządkowywać procesu edukacyjnego wyłącznie zaliczaniu kolejnych etapów w systemowej szkole.
Wychowanie? To możliwe!
Zaledwie dotknąłem tu treści, które omawia w swojej książce o. Marian Pirożyński. Wsród nich pojawiają się rozdziały o polskich zaletach i wadach narodowych. Doprawdy, nie wiem czy gdzieś czytałem tak syntetyczny, głęboki i prawdziwy głos na ten temat, a przy tym pozbawiony doktrynerskich uproszczeń (autor umie docenić nawet elementy kojarzone przez niektórych z „romantyzmem politycznym” i „mesjanizmem”, które to zjawiska biorę w cudzysłów, bo więcej w naszym rozumieniu późniejszych przeinaczeń niż ich źródłowego znaczenia), a gdy trzeba – przenikliwy w napiętnowaniu złych skłonności. Jest też mowa o tym, jak ideał lub jego brak wpływają na rozwój młodego człowieka, a przy tym znajdziemy szereg praktycznych porad, których tu nie przytaczałem, ponieważ zależało mi przede wszystkim na przywołaniu podstawowych zasad i skonfrontowaniu ich z dzisiejszym stanem rzeczy. Książka pisana była w czasie, gdy z jednej strony liberalny styl życia siał coraz większe spustoszenie w społeczeństwach, a z drugiej nowa wiedza psychologiczna spotykała się z tradycyjną refleksją etyczną. Dlatego uwagi, jakie o. Pirożyński czyni na temat problemu nieuporządkowanej seksualności zaskakują swą aktualnością i stanowią świetną odpowiedź na bolączki dzisiejszego, zseksualizowanego, świata.
Wniosek z lektury mam następujący: Jeżeli chcemy wychować dzieci na dobrych i uporządkowanych ludzi, to za wszelką cenę nie możemy płynąc z prądem. To jest nigdy nie przyjmować założeń bazowych, które są niezależne od nas. Nie mówić: takie czasy, nic nie poradzę na ogólny upadek autorytetu. Mieć odwagę kierować się zasadami i nie dawać dziecku tego, co dają „wszyscy” (przede wszytkom smartfona!). I wreszcie, pamiętać, że natura nie znosi próżni i to do nas należy inicjatywa. Inaczej świat zrobi to za nas a w takim wypadku skutki mogą być nieobliczalne. Jeżeli więc nie chcemy poddać się destrukcyjnym skutkom współczesnej cywilizacji, która poszła w służbę niskich instynktów, musimy płynąć przeciw prądowi – podkreśla o. Pirożyński.
Puenta jest dla mnie mimo wszystko optymistyczna. Dzieci da się wychować, trzeba tylko mieć świadomość dwóch rzeczy: skutków fałszywych filozofii, które plenią się co najmniej od tzw. oświecenia oraz tego, że dysponujemy skarbcem prawdziwej wiedzy, dzięki której możemy przełamać ten błędny paradygmat. Jak to robić? To samo, jak we własnym życiu duchowym: poznać indywidualne wady dziecka, pomóc behawioralnie nad nimi zapanować, pomagać w kierować je do praktykowania cnót przeciwnych tym wadom. Nade wszystko zaś: wpajać rozumienie zasad, by dzieci chciały robić dobrze nie ze strachu przed karą, ale dla moralnej satysfakcji, która jest największą radością człowieka o prawym charakterze.
Gdy porzucimy błędy współczesnych koncepcji pedagogicznych i ministerialnych wytycznych dla szkół, zorientujemy się, że nasze dzieci tak naprawdę pragną tradycyjnych zasad i dobrze się w nich odnajdują, ponieważ mają je – w formie swoistej matrycy – zapisane we własnej naturze. Tej naturze, której istota i cel nie zmieniają się, ponieważ zostały wyznaczone przez najwyższą formę Inteligencji, która porządkuje cały stworzony świat. Od niej wszystko pochodzi i do niej rozumna, nieśmiertelna ludzka dusza z natury rzeczy zawsze będzie dążyć.
Filip Obara
Minister Nowacka raczy się mylić. To DOM – a nie szkoła – odpowiada za edukację!
Szkoła w służbie etatyzmu. Czy państwo „opiekuńcze” może wpaść w totalitaryzm? [OPINIA]