10 maja 2021

Francuscy wojskowi nie odpuszczają. Ich najnowszy apel do władz w ciągu kilku godzin poparło ponad 100 tys. osób

(fot. Pixabay)

W tygodniku „Valeurs Actuelles” 9 maja wieczorem pojawił się już drugi apel francuskich wojskowych, tym razem w służbie czynnej, skierowany do prezydenta Emmanuela Macrona. Mogą go wspierać podpisami wszyscy Francuzi. 10 maja rano figurowało pod petycją już blisko 100 tys. podpisów osób, które podzielają opinie krążące w armii. Blisko półtora miliona Francuzów list przeczytało.

Autorzy wyraźnie zaznaczają, że „celem tego forum nie jest osłabianie naszych instytucji, ale ostrzeżenie o powadze sytuacji”. Rodzaj swojego „listu otwartego” adresują do prezydenta, ministrów, deputowanych i dowódców wojskowych. Apel zaczyna się od przypomnienia siódmej zwrotki hymnu Francji, czyli „Marsylianki”, zwanej „wersetem dziecięcym”. Widzą w nim ważną i aktualną lekcję dla kraju:

Żołnierskie wybierzemy losy,

Gdy nasi bliscy padną już,

To my ich odnajdziemy prochy,

To tam znajdziemy ślad ich cnót!

To tam znajdziemy ślad ich cnót!

Ich przeżyć nie jesteśmy radzi,

Wolimy z nimi dzielić grób.

Nam dany będzie zaszczyt ów

Ich pomścić albo pójść w ich ślady.

To wyraz solidarności z apelem emerytowanych dowódców. Dalej autorzy też nawiązują do pierwszego apelu żołnierzy spoza służby czynnej, opublikowanego 21 kwietnia. Stwierdzają, że weterani „zasługują na szacunek”, a tymczasem ich „honor został w ostatnich tygodniach podeptany”. Autorzy pierwszego listu otwartego emerytowanych wojskowych, w tym ponad 20 generałów, zostali zdezawuowani przez obecne dowództwo i ministerstwo sił zbrojnych. Grożono im sankcjami i sugerowano polityczne motywy akcji. W nowym apelu pisze się o poprzednikach jako o „sługach Francji” – „sygnatariuszach listu zdrowego rozsądku, żołnierzach, którzy poświęcili swoje najlepsze lata, aby bronić naszej wolności, słuchać Twoich (prezydenta – przyp. aut.) rozkazów (…)”. 

Nowy apel broni sygnatariuszy – żołnierzy, których „jedyną winą jest troska o kraj i konstatacja jego widocznego upadku”. Anonimowi obecnie autorzy identyfikują się jako „żołnierze czynni, wszystkich rodzajów broni i wszystkich rang”, którzy po prostu „kochają kraj” i dodają, że to ich jedyne „roszczenie do sławy”. Dodają, że ze względów prawnych nie mogą wystąpić z odsłoniętą przyłbicą, ale też „nie mogą milczeć”.

„W Afganistanie, Mali, Republice Środkowoafrykańskiej i wszędzie indziej, wielu z nas walczyło z wrogiem. Niektórzy stracili tam swoich towarzyszy. Ryzykowali życiem, aby zdławić islamizm, któremu ustępujesz na naszej ziemi” – piszą żołnierze. Dalej piszą, że „widząc przemoc na ulicach naszych miast i wsi”, czy „komunitaryzm (gettoizację etniczną – przyp. aut.) w przestrzeni publicznej i w publicznej debacie, widzimy, że nienawiść do Francji i jej historii staje się normą”.

Bronią się też z góry przed zarzutami upolitycznienia armii. Autorzy apelu piszą dalej: „przeciwnie, ponieważ jesteśmy apolityczni w naszej ocenie sytuacji, formułujemy profesjonalne wnioski (…) obserwowaliśmy to w wielu krajach pogrążających się w kryzysie. Upadek poprzedza chaos i przemoc (…).Ten chaos i ta przemoc nie będą pochodzić z ‘wojskowej rewolty’, ale rewolty społecznej”.

Krytykują recepcję apelu i troski swoich starszych kolegów przez rządących. Zamiast podzielenia ich troski, starano się ich uciszyć i grożono karami– dodają obecnie czynni żołnierze. „Sankcjonowanie ich za każdym razem, kiedy opiszą cokolwiek innego niż historie swoich dawnych bitew, to perwersja. Taka perwersja, oszustwo to nie jest wizja naszej wojskowej hierarchii” – dodają. „Przeciwnie, armia jest miejscem par excellence szczerej rozmowy, choćby ze względu na to, że rozmawiają, ci którzy dla kraju ryzykują życiem”.

Apel odpiera zarzuty o szykowanie przez armię puczu. „Jeśli wybuchnie wojna domowa, to wojsko utrzyma porządek na własnej ziemi, bo zostanie do tego wezwane” – wyjaśniają. Podzielają tu opinię weteranów, że taka groźba we Francji istnieje. Retorycznie pytają: czy nasi weterani, którzy budowali ten kraj, bronili jego kultury, wydawali i przyjmowali rozkazy we francuskim języku,  „walczyli o to, abyście pozwolili Francji stać się państwem upadłym?”

Apel kończy wezwanie: „Panie i panowie, podejmijcie działania. Tym razem nie chodzi o niestandardowe emocje, gotowe formuły czy relacje w mediach. (…) Chodzi o przetrwanie naszego kraju, twojego kraju”.

Żołnierska trybuna odbiła się we Francji bardzo dużym echem. Informacja o nowym apelu wojskowych, miała nawet spowodować panikę wśród polityków. Sprawę starano się najpierw bagatelizować, wskazując, że to inicjatywa „skrajnie prawicowych” emerytów, którzy włączyli się do kampanii wyborczej Marine Le Pen. Sondaże pokazały jednak, że opinie wojskowych o kryzysie społecznym i zagrożeniu rozpadem podziela większość Francuzów. Apel wspiera nie tylko Zjednoczenie Narodowe, ale np. polityk Republikanów (LR) Julien Aubert, który uważa, że ​​„nowy list czynnych żołnierzy jest poważnym sygnałem alarmowym. (…) Rząd zamiast nakładać sankcje, powinien jasno mówić o stanie kraju” – napisał na Twitterze ten polityk centroprawicy.

Apel jest z pewnością wyrazem pewnego przesilenia. Terroryzm, islamizm, zamieszki uliczne, podważanie tradycji, rewizja historii, odrzucanie patriotyzmu, spowodowały poważny rozdźwięk pomiędzy armią, która wartości przechowuje, a klasą polityczną, która dryfuje pomiędzy samobiczowaniem się za historię, polit-poprawnością wobec islamizmu i bezradnością wobec społecznej przemocy,  czy związanego z tym tzw. „ubogacania kulturowego” Francji.  

Pierwszy list emerytowanych wojskowych początkowo usiłowano przemilczeć, później straszono karami. Zdaje się, że jednak wyłożenie prawdy na stół w prostych, żołnierskich słowach, musi wywołać reakcję. W obliczu zbliżających się wyborów prezydenckich, może to być jeden z ważnych tematów kampanii, co dla Macrona nie brzmi zbyt dobrze. Na przykład francuskie media z okazji rocznicy kapitulacji Niemiec 8 maja, oceniały ju z nawet gesty składania hołdu pod pomnikiem de Gaulle’a i pod Łukiem Triumfalnym przez Emmanuela Macrona w aspekcie jego… „odpowiedzi” dla wojska.    

Po publikacji pod koniec kwietnia pierwszego apelu, premier Jean Castex potępił inicjatywę emerytowanych oficerów jako „sprzeczną ze wszystkimi republikańskimi zasadami” i oskarżał o nią Zjednoczenie Narodowe Le Pen. Minister Sił Zbrojnych Parly żądała z kolei nałożenia sankcji na sygnatariuszy, zarówno czynnych, jak i emerytowanych. Z kolei deputowani lewicowej „Zbuntowanej Francji” złożyli donos do prokuratury. Prokurator paryski Rémy Heitz odrzucił ich wniosek o wszczęcie postępowania przeciwko autorom listu i tygodnikowi „VA”, który apel upublicznił, nie znajdując znamion żadnego przestępstwa. Teraz MSW Gerald Darmanin lekceważy list, bo jest „anonimowy”.

Za obecnym listem ma stać jednak około 2 tys. wojskowych. Pozostając w służbie czynnej, nie mają prawa prezentować publicznie swoich poglądów. Czynią to jednak ich byli dowódcy, nawet generałowie. Atak szefa sztabu gen. Francois Lacointre’a na kolegów został bardzo źle odebrany. Emerytowani wojskowi odpowiedzieli mu zresztą zarzutami karierowiczostwa i chęci przypodobania się politykom. Głos zabrał publicznie także np. były kapelan francuskich spadochroniarzy w latach 1985-2015, ks. Richard Kalka, który upomniał  szefa sztabu armii – „pewnego dnia będziesz musiał odpowiedzieć przed Bogiem”. Dodał, że generał powinien stać u boku kolegów, którzy mieli odwagę „pójść w ogień”, a „nie czekać na telefon” z poleceniami polityków.

 

Bogdan Dobosz

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(5)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie