Współczesny futbol nie tylko jest religią, ale też sam pociąga za sobą rozmaite przesądy a wreszcie: promuje rozmaite ideologie. Dokąd zmierza piłka? I czym będzie się różniło Euro 2024 od tegorocznych zmagań?
Odroczone z powodu pandemii Euro 2020 startuje raczej bez przytupu. Trudno nie zauważyć, że temperatura wokół wydarzenia nieco spadła. Nie przypomina tej przed ostatnim Mundialem w Rosji czy turniejem mistrzostw Europy we Francji. Eksperyment z rozgrywkami w kilku krajach Europy okazał się – wszystko na to wskazuje – dętką. Brakuje medialnej gorączki napędzanej przez skupionych wokół kilku stadionów dziennikarzy czy tłumów kibiców wędrujących za narodową drużyną od miasta do miasta. Mnie zaś osobiście aż mierzi brak tekstów opisujących społeczno-sportowe konteksty narodowe kraju-gospodarza. Jak bowiem opowiedzieć dobrą historię o kilku krajach, z których każdy ma inną historię, inne społeczeństwo, inne piłkarskie tradycje.
Ale mimo to futbol na najwyższym poziomie znowu powraca. Powraca też życie na stadionach, które – mam nadzieję – mimo straszenia kolejnymi falami pandemii wróci już na dobre. Obecność kibiców na trybunach wpływa pozytywnie nie tylko na relacje międzyludzkie, a właśnie o odbudowanie tychże musimy teraz szczególnie zadbać, ale też zdecydowanie nadaje tempa zawodom sportowym.
Wesprzyj nas już teraz!
Poza wszystkim jednak wielkie mecze na nowo sprawią, że powróci „religia futbolu” – kult, jakim fani otaczają piłkę i swoich idoli, ale też kult jakim ten sport otaczają sami piłkarze i ich szkoleniowcy. Bo futbol to coś więcej niż tylko sport. A jeśli wielu ludziom zastępuje on religię, to z łatwością może sprowadzić ich manowce. Bo machina rozrywki musi się kręcić i to zgodnie z wszelkim trendami.
Religijność czy przesądy?
Paulo Sousa szybko podbił serca wielu Polaków najpierw cytując w trakcie konferencji prasowej św. Jana Pawła II, a później zapraszając na zgrupowanie kadry księdza, który odprawił w hotelu Mszę Świętą. Portugalski trener nie ukrywa swojego przywiązania do wiary. Ma ono zresztą korzenie w przeszłości i wiąże się z cudownym uzdrowieniem jego ojca, wymodlonym za pośrednictwem Matki Bożej z Fatimy. I choć w modlitwie za powodzenie w czasie turnieju piłkarskiego nie ma niczego złego, to jednak praktyka popularna we współczesnym futbolu uczy nas, iż często religia jest „wykorzystywana” jako swoisty rytuał mający przynieść szczęście.
Nie twierdzę, oczywiście, że tak jest w przypadku Sousy, ani nie oceniam też religijności piłkarzy czy sztabu szkoleniowego. Warto jednak pamiętać, że szatnia piłkarska rządzi się pewnymi specyficznymi prawami. A rytuały i przesądy są jednym z jej żelaznych wręcz praw. Religia czasami, niestety, pełni tutaj funkcję służebną: stanowi element jednoczący grupę lub mobilizujący do wygranej. Okazuje się przydatna, jako zestaw pewnych czynności i gestów, które należy wykonać, by nabrać pewności, że mecz jest do wygrania. A czasem też po to, by wzmocnić identyfikację z barwami klubowymi lub zagrać na nosie kibicom drużyny przeciwnej. Z polskich piłkarzy przodował tutaj Artur Boruc, który jako bramkarz Celitcu Glasgow ubrał koszulkę z wizerunkiem Jana Pawła II, przede wszystkim po to, by prowokować protestanckich kibiców Glasgow Rangers.
Każdy niemal piłkarz i trener ma też swoisty rytuał przedmeczowy a niektórzy zbudowali sobie nawet cały system religijny, który ma ich uczynić bardziej skutecznymi. Były obrońca Chelsea Londyn i reprezentacji Anglii, John Terry musiał trzykrotnie owinąć kostkę specjalną taśmą. Inny, całkowicie dziwaczny przesąd wyznawał piłkarz Wybrzeża Kości Słoniowej Kolo Toure. Czarnoskóry futbolista nie opuszczał murawy, dopóki wszyscy piłkarze nie zeszli z boiska. Nikt nie zwracał na to uwagi, dopóki podczas przerwy w trakcie jednego z meczów piłkarze pośpiesznie opuścili murawę, a został na niej opatrywany gracz AS Roma William Gallas. Kolo Toure, widząc, że nie został sam na boisku, postanowił pozostać na nim, dopóki kontuzjowany gracz nie zszedł do szatni. Był autentycznie przekonany, że jeśli postąpi inaczej, przyniesie mu to nieszczęście.
Granic dziwactwa sięgnął Maurizio Pochettino, szkoleniowiec francuskiego Paris Saint Germain, który skonstruował sobie jakiś dziwaczny system religijny. W swoich wspomnieniach z czasów prowadzenia angielskiego zespołu Tottenham Londyn, opisuje swoje dość bogate życie duchowe. Polegało ono na wyczuwaniu… przepływu energii. To wyczuwanie pomagało argentyńskiemu szkoleniowcowi definiować mentalne nastawienie piłkarzy do gry, a nawet określać poziom ich umiejętności. Szkoleniowiec na kilku stronach książki rozpisywał się o jakiś aurach otaczających każdego człowieka. Zbudował sobie hybrydowe życie religijne i z dumą nazywa siebie wierzącym człowiekiem. Aż prosi się, by zapytać: wierzącym, ale w co?
Ale przesądy to niejedyny „problem” futbolu. Dość szybko bowiem obok samych indywidualnych rytuałów na boisku pojawiły się te inne, związane z rozmaitymi ideologiami.
Klękną czy nie klękną?
Od kilku lat na wielu stadionach piłkarskich trwa jakiś szalony wyścig na deklarowanie przywiązania do lewicowych zazwyczaj ideologii. To dość nietypowe, bo sport przez lata traktowany był jako dyscyplina oderwana od sporów politycznych czy cywilizacyjnych. Nachalna wręcz promocja tęczowej ideologii kłuje po oczach, najczęściej zresztą na stadionach Premier League. To tam w rogach boiska powiewają tęczowe chorągiewki, piłkarze zawiązują buty tęczowymi sznurówkami a na przedramieniu kapitanów drużyn widnieje tęczowa opaska.
Jednolitofrontowy sposób myślenia ma też to do siebie, że łatwo go ośmieszyć. A wówczas jego promotorzy bywają zupełnie bezradni. Tak stało się, gdy napastnik Jamie Vardy strzeliwszy w 90. minucie zwycięskiego gola Sheffield United wjechał wślizgiem w tęczową chorągiewkę, całkowicie ją dewastując. A Vardy to nie byle kto – symbol angielskiego Leicester, piłkarz w Anglii wręcz pomnikowy. Za spowodowanie szkody został ukarany żółtą kartką, ale o żadnej innej karze nie mogło być mowy, wszak nikt z angielskiej federacji piłkarskiej nie miał odwagi ganić Vardy’ego a cóż dopiero oskarżać o homofobię. A przecież jest to chłopak z „angielskiego osiedla”, mający za sobą nawet epizod w więzieniu. Nie należy zatem do ludzi pokornie podporządkowujących się zbiorowej obsesji.
Najgłośniejszym szaleństwem ostatnich miesięcy w Europie – i głównie znowu w wykonaniu Anglików – jest przyklękanie na jedno kolano, by oddać szacunek czarnoskórym. Ma to być coś w rodzaju „zadośćuczynienia” ze strony spadkobierców białych kolonizatorów za krzywdę jaką doznali antenaci czarnoskórych. Jest to oczywiście pozbawione logiki, wszak w naszej cywilizacji nie istnieje coś takiego jak odpowiedzialność zbiorowa i trudno byśmy wszyscy odpowiadali dzisiaj za rasizm niektórych białych w czasach minionych. Zrozumienie tego szaleństwa wymyka się nawet tym, którzy biorą w nim udział. Jeden z piłkarzy przyznał bowiem, że nie wie o co chodzi z tym klękaniem, a czarnoskóry skrzydłowy Cristal Palace Wilfried Zaha w ogóle postanowił nie klękać uznawszy, że gest ów pozbawiony jest jakiegokolwiek znaczenia.
Wiele wskazuje na to, że piłkarze reprezentacji Anglii będą klękali także podczas Euro 2020. Czy w ich ślady pójdą inne reprezentacje? Gdy Polacy wiosną tego roku grali z Anglikami, odmówili klękania zdobywając się na gest wskazania na przyklejoną do koszulki plakietkę „Respect”, stanowiącą formę antyrasistowskiej deklaracji.
Bitwa o młodych
Futbol, co tu ukrywać, jest jedną z ważniejszych gałęzi przemysłu rozrywkowego. Dawkowanie emocji i wrażeń nadaje tej branży dynamikę. Stąd zapewne kolejne, coraz bardziej dziwaczne pomysły ingerowania w utarte schematy organizowania międzynarodowych turniejów piłkarskich. Zmiana dla zmiany stała się zatem obsesją włodarzy futbolowych związków. Po Euro 2020 zorganizowanym w kilku krajach Europy, w kolejce czekają następne pomysły: zmiana przepisów o spalonym, która umożliwi zdobywanie większej ilości bramek przez napastników, a nawet skrócenie meczów, by zatrzymać młodych ludzi przed ekranami telewizorów, laptopów czy smartfonów.
Czy te pomysły wejdą w życie? Jeśli obsesja walki o młodego, labilnego konsumenta stanie się obsesją futbolowych decydentów czekają nas zapewne kolejne ideologiczne akcje wizerunkowe oraz rewolucje w przepisach. Cieszmy się zatem mimo tegorocznym Euro, bo kolejne może być gorzej strawne i jeszcze bardziej przegrzane ideologią niż to, które właśnie się rozpoczyna.
Tomasz Figura