Dzisiaj

Iran – koniec wojny czy pauza?

(Fot: Adam Gray / Reuters / Forum)

Są takie dni w życiu analityka, gdy cudownie jest obudzić się, i stwierdzić, że to, co zaledwie wczoraj opowiadałem, okazało się zupełnie błędne. Idąc spać, nie byłem pewien czy Trump rzeczywiście zrealizuje swoje groźby względem Iranu, czy może wymyśli jakąś kolejną wymówkę, żeby je odroczyć, ale jednego byłem pewien: nie dojdzie do rozejmu w ostatniej chwili. Doprawdy, cudownie było się mylić. Ale co właściwie się wydarzyło… i co dalej?

Analizując wydarzenia międzynarodowe – czy właściwie, dowolne – zawsze trzeba się przyznawać do błędów. Nie ma nic chyba gorszego od analityka czy publicysty który, widząc jak sytuacja idzie w innym kierunku niż się spodziewał, zaczyna cudacznie wykręcać własne słowa żeby dowieść wbrew oczywistym faktom, że właśnie taki przebieg spraw przewidywał. Staram się usilnie tak nie robić, przyznając się do błędów gdy rozmijam się z rzeczywistością. Ale to z kolei rodzi pytanie: po co właściwie czytać i słuchać kogoś, kto właśnie się tak diametralnie pomylił? Cóż, niewielu jest ludzi tak genialnych, natchnionych, czy tak świetnie poinformowanych, że potrafią stuprocentowo dokładnie przewidywać przebieg wydarzeń – analiza polityki to jednak najczęściej jest szukanie jakie alternatywne ścieżki rozwoju może mieć dana sytuacja, wskazywanie prawdopodobieństw w kontekście niezliczonych i nieznanych zmiennych. Przede wszystkim zaś, jest to próba zrozumienia tego co się wydarzyło, i co z tego może dalej wyniknąć. Jest to więc tym ważniejsze, gdy wydarzenia nas zaskakują. Spróbujmy więc zastanowić się nad przypadkiem Iranu, gdzie znacznie więcej obecnie nie wiemy, niż wiemy.

Rozejm… na czyje życzenie, i na czyich warunkach?

Jeśli jednej rzeczy możemy być pewni w tym obecnym konflikcie, to fakt, iż nie przebiega on zgodnie z planem Donalda Trumpa. Ten bowiem – zdarzyło mu się to powiedzieć na głos przed kamerą, choć nagranie szybko zniknęło z kanałów Białego Domu – faktycznie oczekiwał iż w przeciągu paru dni Iran skapituluje. To samo wydaje się potwierdzać fascynujący reportaż w New York Times o kulisach decyzji o wojnie – choć trzeba pamiętać że takie reportaże nigdy nie są w pełni wiarygodne. W każdym razie, na podstawie różnych przesłanek możemy uznać że wojna oczekiwana przez Trumpa miała być krótka i stosunkowo bezpieczna – Iran miał zostać zneutralizowany bez zagrażania arabskim sojusznikom Ameryki, bez zagrażania światowemu handlowi, i bez nadmiernego zużywania zasobów z magazynów wojska. Wszystko tymczasem poszło zupełnie inaczej. Mimo zademonstrowania po raz kolejny totalnej przewagi militarnej Stanów nad praktycznie każdą inną armią świata, wojna okazała się katastrofą dokładnie taką, przed jaką tylko nieliczni w jego otoczeniu próbowali go przestrzegać, ale taką, jaką wydawali się przewidywać praktycznie wszyscy postronni obserwatorzy, analitycy, publicyści, pracujący na podstawie znacznie bardziej ograniczonego zestawu danych. Blamaż Trumpa jest tutaj totalny, bo nie może go nawet zwalić na Izrael, którego premier i wywiad tak usilnie namawiali go do akcji – jego własne wojsko i wywiad przestrzegały przed fałszywym obrazem który prezentował Izrael.

Wesprzyj nas już teraz!

Nie ma przy tym najmniejszego znaczenia co sprawiło takie zaślepienie Trumpa. Czy stoją za tym jakieś osobiste ambicje, czy może jest jakieś ziarno prawdy w hipotezach o aktach Epsteina w rękach premiera Izraela – to są kwestie które może wyjaśnią się w przyszłości, ale ważne obecnie są nie przyczyny, lecz skutek. A skutek był taki, że prezydent Stanów Zjednoczonych wywołał (tak, on wywołał – owszem, Izrael zadał pierwszy cios, ale to prezydent Trump spuścił tego ogara ze smyczy) wojnę, której skutki, jak widać gołym okiem, są zgoła katastrofalne. Narastającą frustrację Trumpa widzieliśmy „na żywo” dzięki jego odruchowym wręcz dzieleniu się ze światem swoimi nieocenzurowanymi myślami w mediach społecznościowych. Koniec końców, ostatnie groźby i żądania Trumpa wobec Iranu nie dotyczyły w ogóle żadnego z uprzednio deklarowanych żądań Ameryki, ale przede wszystkim powrotu do status quo ante w cieśninie Ormuz. Do zaciekle broniącego się – agresywnie, ale broniącego się – kraju, Trump mówił: jeśli nie przestaniecie się bronić, będę dalej atakował. W ten sposób Stany Zjednoczone wyraźnie odkryły granice swoich możliwości, gdzie mogą zniszczyć irańskie zdolności do konwencjonalnej obrony, ale nie mogą zniszczyć zdolności do kontrataku, a konsekwencją tego jest kryzys paliwowy dotykający coraz większe części globu. Kryzys, warto dodać, który nie zakończył się wraz z dwutygodniowym rozejmem, o ile ten w ogóle się utrzyma. Nawet bowiem przyjmując scenariusz nieograniczonej żeglugi – a ten się póki co nie ziścił – zastanówmy się jak (nie)wiele tankowców zdecyduje się w nadchodzących tygodniach wpłynąć do zatoki perskiej, gdy nie wiadomo co będzie dalej, i zastanówmy się nad nieznaną w pełni skalą zniszczeń infrastruktury wydobywczo-eksportowej. Trzeba zaś też dodać, że co, co dotychczas widzieliśmy to nie był jeszcze pełen wymiar kryzysu, który rozwijałby się dalej w swej skali i głębi, gdyby konflikt trwał. Wszystko zaś wskazywało na to, iż jakkolwiek Ameryka jest w stanie spełnić swoje groźby i – nawet bez broni atomowej – zniszczyć znaczną część irańskiej struktury energetycznej, to jednak nie są w stanie uniemożliwić kolejnych kontruderzeń Iranu, które spowodowałyby ogromne zniszczenia po drugiej stronie zatoki, o Izraelu nie wspominając.

Sytuacja była więc niezaprzeczalnie tragiczna dla Trumpa, co zachęca – ale błędnie – do przyjęcia optyki prezentowanej dziś przez Iran: że oto Trump skapitulował, że opór był skuteczny, i tak dalej. Iran zresztą wydaje komunikaty które sugerują jakoby Trump wręcz zgodził się na ich warunki, w tym zdjęcie wszelkich sankcji oraz rekompensatę finansową za zniszczenia – a równolegle Amerykanie mówią, że Iran zgodził się na natychmiastowe udostępnienie cieśniny Ormuz, rezygnację z broni atomowej, i w ogóle na wszelkie żądania Trumpa. Uważam za dosyć pewne, że to Trump był bardziej zdesperowaną stroną, i są nawet przesłanki wskazujące że jego ostateczna groźba „zniszczenia cywilizacji” miała służyć jako zasłona dymna do wycofania się poprzez „łaskawe” przystanie na prośbę państwa trzeciego, jakim jest pośredniczący między stronami Pakistan. Ale wydaje się jednak że nawet jeśli Iran był bardziej gotowy na dalszą walkę, to jednak również znalazł się pod mocną presją zarówno zewnętrzną jak i wewnętrzną aby znaleźć sposób na przerwanie walki.

Czy ktoś już wygrał tę wojnę?

Trzeba bowiem zdawać sobie sprawę, iż nawet jeśli ciosy Ameryki nie były skuteczne w sensie politycznym, to jednak wywołały one ogromne zniszczenia, i mogły – nadal mogą – wywołać jeszcze większe. Mimo faktycznej niedostępności części irańskiego arsenału oraz przemysłu wojskowego, ukrytego głęboko pod ziemią, przecież zniszczenie całej marynarki wojennej, całego lotnictwa, i wielu obiektów wojsk lądowych jest faktem. Uderzenia w infrastrukturę Iranu też są faktem, a te przecież dopiero się zaczynały rozkręcać. Owszem, częścią szyicko-islamskiej kultury Iranu jest gotowość na męczeństwo – wydaje się ona być istotna nie tylko dla zwolenników religijnego rządu, ale też dla opozycjonistów w kraju (tych poza krajem odłóżmy na bok – może przy innej okazji poświęcimy odrębny tekst dziwacznemu zjawisku irańskiej diaspory domagającej się bombardowania Iranu), nawet tych nastawionych anty-islamsko. Niszczono też szpitale, ośrodki badawcze, uniwersytety, szkoły, ale też nieraz niszczono celowo lub przypadkiem domy zwykłych ludzi. Dewastacja jest więc, jeśli nie ogromna w skali, to bardzo znacząca w skutkach, choć trzeba też przyznać, że poziom strat ludzkich jest zdumiewająco, porażająco mały – jeden niezbyt duży nalot w czasie drugiej wojny światowej zabijał więcej ludzi niż cała ta wojna dotychczas, a wyrządzał przy tym znacznie mniej istotne straty materialne. W każdym razie: mimo może nawet i uzasadnionej pewności siebie i gotowości do dalszej walki, Iran jako państwo bardzo mocno ucierpiał, i wcale nie jest powiedziane, że w chwili realnego, trwałego zakończenia bombardowań, nie dojdzie jednak do kolejnych zamieszek, prób obalenia rządu, czy jakichś poważniejszych walk.

Ważne jest też mieć świadomość, że dalsze amerykańskie bombardowania mogłyby być tym bardziej dewastujące. Oczywiście, nie powstrzymałyby irańskich rakiet padających na Dubaj, Dohę czy Hajfę, i nie doprowadziłyby do ponownego otwarcia cieśniny Ormuz – ale nie ma wątpliwości że Ameryka mogła wywołać jeszcze ogromne straty, i drastycznie osłabić Iran jako państwo. Błędem – choć kuszącym – jest tutaj porównywanie tego do wojny wietnamskiej, gdzie masywne w skali amerykańskie bombardowania nie osiągnęły żadnych realnych skutków. Wietnam bowiem nie był nowoczesnym państwem i społeczeństwem. Nie był uzależniony od działania wodociągów, stacji benzynowych, i elektrowni. Dwunastomilionowy Teheran to prawdziwe – i nowoczesne – metropolis, które pozbawione podstawowych usług stałoby się śmiertelną pułapką dla wielu swoich mieszkańców. Tak więc: wcale nie jest powiedziane, że Ameryka Trumpa tej wojny wygrać nie mogła. Byłoby to trudne, ale nie niemożliwe. Niemniej, koszt takiej operacji byłby niebotyczny. To jest właśnie to, przed czym ludzie Trumpa go przestrzegali. Nie jest to bowiem po prostu kwestia pieniędzy. Jest to koszt w sprzęcie którego zastąpienie potrwa długie lata ze względu na ograniczenia w zdolnościach produkcyjnych. Jest to koszt w reputacji w kraju i za granicą, w tym niemal pewna przegrana w wyborach połówkowych w listopadzie, za którą poszedłby (i chyba pójdzie, bo przegrana tak czy inaczej jest raczej prawdopodobna) częściowy paraliż administracji na resztę kadencji. I wreszcie, last but not least, byłby to ogromny koszt w stratach ludzkich – widzimy bowiem, słyszymy, ale nie potrafimy chyba do końca zrozumieć jak wrażliwe jest społeczeństwo amerykańskie na straty wśród swoich żołnierzy. A straty te byłyby mimo wszystko nieuniknione – i tak, jak dotychczas, Amerykanie mieli naprawdę dużo szczęścia. Te wszystkie straty mogłyby sprawić, że dalsze walki jednak i tak musiałyby w pewnym momencie zostać przerwane z przyczyn politycznych, a wtedy ewentualny rozejm byłby znacznie bardziej bolesną porażką dla Ameryki, i nic już by nie dało tłumaczenie że zniszczono tyle a tyle rakiet i wyrzutni, tyle a tyle okrętów, i tym podobne wyliczanki.

Wszystko więc sugeruje, że dla obu stron, najbezpieczniejszy byłby trwały rozejm, najlepiej zaś traktat pokojowy. To byłoby również najlepsze dla samych Irańczyków – nie ulega wprawdzie wątpliwości że dla wielu z nich Islamska Republika jest być może nawet gorszą udręką niż swego czasu nasz własny PRL – ale lepszą szansą poprawy ich losu byłby pokój i rozwój gospodarczy, niż katastrofalna w skutkach wojna, za którą, gdyby ktoś poważnie chciał zmienić cały ustrój, musiałaby pójść krwawa wojna domowa. W tym wszystkim jest tylko jedno ale: ktoś jednak Trumpa do tej wojny namówił. Z perspektywy zaś Izraela, zniszczony, zdewastowany Iran jest wysoce pożądanym rozwiązaniem. Choćby bowiem dalej trwała wroga wobec nich Islamska Republika, to jednak przy odpowiedniej skali zniszczeń, Izrael mógłby „zneutralizować” zagrożenie z tego kierunku na przynajmniej kolejną dekadę lub dwie. A to oznacza, że obecny rozejm jest dalece nie po myśli Izraela – mimo iż kraj ten już teraz cierpiał na niedobór anty-rakiet, i kolejne ataki Iranu coraz częściej zadawały bolesne straty, to jednak przerwanie walk bez trwałego zniszczenia Iranu oznacza polityczną katastrofę dla premiera Netanjahu. Nic dziwnego, że już w pierwszym dniu rozejmu okazało się że według interpretacji Izraela, rozejm nie dotyczy walk w Libanie. Niewątpliwie celem Izraela w kolejnych dniach będzie osłabienie lub załamanie rozejmu, przy jednoczesnych wysiłkach mających na celu sabotaż mających się wkrótce zacząć rozmów pokojowych.

Przyszłość nadal niepewna

Tymczasem zaś, trwały pokój jest i tak trudny do osiągnięcia. Już przy ogłoszeniu rozejmu, było jasne że Iran i Ameryka wydają się mówić o skrajnie odmiennych warunkach do dalszych negocjacji. Teoretycznie, Trump poinformował Iran że ich dziesięciopunktowa propozycja jest akceptowalna jako punkt wyjścia do rozmów – co sugeruje właśnie że Trump jest bardziej zdesperowaną stroną – ale właśnie, jako punkt wyjścia. Nie jest żadną miarą oczywiste że tu może dojść do realnej ugody.

Nie jest też żadną miarą oczywiste, że realnej ugody chcą obecnie Amerykanie. Nadal bowiem w okolicach Iranu gromadzą oni dalsze wojska. Amerykańscy marines z jednostki ekspedycyjnej USS Tripoli czekają na sygnał do walki. Druga jednostka ekspedycyjna, USS Boxer, nadal płynie przez Pacyfik w stronę Iranu i jest oczekiwana… w przeciągu właśnie dwóch tygodni. Lotniskowiec USS George H.W. Bush jest gdzieś na Atlantyku i ma też płynąć w stronę Iranu, a USS Gerald R. Ford, chwilowo wycofany z walki, z pewnością jest pospiesznie przygotowywany do ewentualnego powrotu do boju. To są te ruchy wojsk o których wiemy – a kto wie, co jeszcze się dzieje, o czym nie wiemy? W przeciągu dwóch tygodni, może się okazać iż Trump widzi kolejne możliwości eskalacji wojny jako bardziej pożądaną alternatywę niż hańbiący przecież medialnie pokój z nieporównywalnie słabszym wojskowo przeciwnikiem. Poza premierem Netanjahu, spora część republikańskiego establishmentu, zwłaszcza tej części będącej przedłużeniem izraelskiego lobby, będzie pracować nad tym, aby go do tego namówić. Będą wskazywać na teksty i wypowiedzi medialne, gdzie mówi się o tym że Trump znowu „stchórzył”, że się ośmieszył. Będą produkować sondaże – choćby sami mieli je zafałszować – z których będzie wynikać że Amerykanie chcą wojny. Będą szeptać o tym, że przecież na załamaniu eksportu ropy z zatoki perskiej traci tylko Europa, ci „tak zwani” sojusznicy z NATO których Trump tak ostro krytykował, i że potomność zapamięta Trumpa jako prezydenta który prawie „rozwiązał” problem Iranu, lecz poddał się na ostatniej prostej. Każdy argument, każde podejście będzie próbowane. Głosy te będą tym bardziej się potęgować, im bardziej jasne się stanie że na obecnym etapie wojny, Trump nie zdołał wypracować pozycji negocjacyjnej która pozwoliłaby narzucić Iranowi własne warunki. Że Iran jest gotów twardo mówić nie, i obstawać przy swoich warunkach, w tym chociażby ogłoszonych już planów wprowadzenia trwałego reżimu opłat na tankowce przepływające przez cieśninę Ormuz.

Krótko mówiąc: wszystko, co jeszcze tak niedawno przemawiało przeciw realności zawarcia rozejmu, przemawia teraz przeciw możliwości trwałego pokoju. Logika obłędnej eskalacji, która zaczęła się nie w lutym 2026, ale już w czerwcu 2025 a może i jeszcze wcześniej, nadal obowiązuje. Nadal jest wielce prawdopodobne że wojna powróci, i że będzie zataczać coraz większe kręgi, że będzie niszczyć Iran, niszczyć światową gospodarkę, i osłabiać Amerykę, zachęcając Rosję do dalszej walki na Ukrainie, a Chiny do podjęcia starań o ostateczne przyłączenie Tajwanu. Nie jestem dobrej myśli – katastrofalny błąd Trumpa nie będzie prosty do odwrócenia. Ale – przecież tak niedawno uważałem że rozejm jest obecnie niemożliwy, że walki nie ustaną przez kolejne miesiące, i okazało się że jestem w błędzie. Bardzo ucieszę się, jeśli w nadchodzących dwóch tygodniach, mój pesymizm znów okaże się nieuzasadniony. Są bowiem sprawy w których lepiej być w błędzie niż mieć rację.

 

Jakub Majewski

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(3)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie